Chłopak, który kradł kwiaty z cmentarza: Historia, która zmieniła moje życie
„Zostaw to!” – wrzasnąłem, widząc jak chłopak w szarej bluzie z kapturem wyrywa świeże róże z grobu pani Zawadzkiej. Była niedziela, siódma rano, mgła jeszcze nie opadła, a ja już czułem narastającą złość. Pracuję tu od lat, widziałem już wszystko: pijaków, wandali, nawet pary szukające intymności między nagrobkami. Ale żeby ktoś kradł kwiaty? To już przesada.
Chłopak spojrzał na mnie przelotnie, oczy szerokie ze strachu, i rzucił się do ucieczki. Trzy róże wypadły mu z rąk. Podniosłem je, otrzepałem z ziemi i odłożyłem na miejsce. Przez resztę dnia kląłem pod nosem. Kwiaty kosztują, rodziny zostawiają je z miłością, a tu taki gówniarz…
Tydzień później znowu go zobaczyłem. Tym razem w innej części cmentarza, przy grobie starego pana Nowaka. Zamiast róż – stokrotki. Znowu próbowałem go złapać, ale był szybszy. Zadzwoniłem na policję. Przyjechał młody posterunkowy, pan Majewski. „Będziemy patrolować częściej” – obiecał, ale chłopak był sprytny. Zmieniał godziny, sekcje, czasem przychodził nawet w deszczu. Zawsze znikał, zanim zdążyłem go dogonić.
Minęły dwa miesiące. Złość we mnie narastała. Zacząłem podejrzewać, że może sprzedaje te kwiaty na bazarze albo daje dziewczynie. W końcu to Warszawa, tu każdy kombinuje. Ale coś mi nie pasowało – był za regularny, za zdeterminowany. Pewnej niedzieli postanowiłem go śledzić. Ukryłem się za pomnikiem, gdy znowu się pojawił. Tym razem miał plecak, do którego pakował naręcza kwiatów. Gdy wychodził przez boczną bramę, ruszyłem za nim. Szedł szybko, nie oglądając się. Przeszedł sześć przecznic, aż dotarł do szpitala dziecięcego na Kasprzaka.
Zatrzymałem się przed wejściem, obserwując, jak znika w środku. Czekałem pół godziny. Wyszedł bez kwiatów. Zaciekawiony, wszedłem do środka i podszedłem do recepcji. „Przepraszam, czy przed chwilą nie przyszedł tu taki chłopak, może siedemnastoletni, z plecakiem?” – zapytałem. Starsza wolontariuszka uśmiechnęła się ciepło. „A, Dominik? Przychodzi co tydzień. Przynosi kwiaty dla dzieci na onkologii. Układa je w świetlicy. Dzieciaki go uwielbiają.”
Poczułem, jak coś ściska mnie w środku. „On… przynosi kwiaty tutaj?” – powtórzyłem głucho. „Tak. Od miesięcy. Jego młodsza siostra była tu leczona. Zmarła w zeszłym roku.”
Wyszedłem na zewnątrz, usiadłem w samochodzie i przez długi czas nie mogłem się ruszyć. Czułem się jak ostatni drań. Przez tyle tygodni widziałem tylko złodzieja, nie człowieka. Nie znałem jego historii, nie próbowałem zrozumieć.
Następnej niedzieli czekałem na niego przy bramie. Gdy mnie zobaczył, zamarł. Zrobił krok w tył, gotów do ucieczki. „Poczekaj” – powiedziałem łagodnie. „Wiem, gdzie zanoszisz te kwiaty.” Zatrzymał się, spojrzał na mnie z niepokojem. „Twoja siostra… Przykro mi.” Jego oczy zaszkliły się łzami. Nie odpowiedział. Wyciągnąłem portfel, wyjąłem czterdzieści złotych i podałem mu. „Kup świeże kwiaty. W kwiaciarni na głównej. Powiedz, że Karol cię przysłał, dadzą ci zniżkę.”
Patrzył na mnie z niedowierzaniem. „Dlaczego?”
„Bo kwiaty na cmentarzu są dla zmarłych. A te dzieci potrzebują ich dla życia.”
Wziął pieniądze, ścisnął w dłoni. „Dziękuję” – wyszeptał. Odwrócił się, ale po chwili wrócił. „Ola… tak miała na imię. Uwielbiała słoneczniki. Nie mieliśmy pieniędzy na kwiaty na jej pogrzebie. Obiecałem jej, że zadbam, by inne dzieci je miały.”
Odszedł, a ja długo patrzyłem za nim. Następnego dnia poszedłem do kierownika. „Co robimy z kwiatami, które się nie sprzedają? Takimi, które jeszcze są ładne, ale już nikt ich nie kupi?”
„Wyrzucamy” – odpowiedział bez namysłu.
„A gdybyśmy je oddawali?”
Od tej pory co sobotę zbieram niesprzedane kwiaty. Dominik czeka na mnie pod szpitalem. Razem układamy je w wazonach na oddziale onkologicznym. Dzieci już nas znają. „Panowie od kwiatów!” – wołają, gdy wchodzimy. Ostatnio mała dziewczynka, łysa po chemii, wybrała słonecznik. „To mój ulubiony.” Dominik uklęknął przy niej, uśmiechnął się. „Mój też.”
Myślałem, że widzę złodzieja. A widziałem kogoś, kto daje. Czasem to, co wydaje się złe, jest po prostu miłością w przebraniu, której nie potrafimy rozpoznać.
Jestem Karol. Pilnuję zmarłych. Ale Dominik przypomniał mi, że żywi też potrzebują piękna. I czasem trzeba, żeby ktoś ukradł kwiaty, by stary człowiek zrozumiał, co naprawdę się liczy.
Czy potrafimy dostrzec dobro tam, gdzie na pierwszy rzut oka widzimy tylko zło? Ile razy oceniliśmy kogoś, nie znając jego historii? Może warto czasem zapytać: „Dlaczego?” zanim powiemy: „Zostaw to!”