Czy to jeszcze nasz dom? Historia o granicach, rodzinie i walce o siebie
— To nie jest twoja decyzja, Marto! — głos teściowej odbił się echem od ścian naszego salonu. Stałam przy oknie, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Jakub siedział na kanapie, z twarzą ukrytą w dłoniach. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Jeszcze kilka miesięcy temu byłam pewna, że nasze życie w Krakowie zaczyna się idealnie. Po studiach dostałam pracę w agencji reklamowej, Jakub — mój chłopak od trzech lat — zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem. Wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie na Podgórzu. Było małe, ale nasze. Każdy kąt pachniał świeżością i nadzieją na wspólną przyszłość.
Pierwszy raz spotkałam panią Halinę — mamę Jakuba — na naszej parapetówce. Była energiczna, trochę zbyt bezpośrednia, ale pomyślałam: „Taka już jest, pewnie minie”. Nie minęło. Z czasem jej wizyty stawały się coraz częstsze. Najpierw przynosiła ciasta i domowe obiady, potem zaczęła przestawiać rzeczy w kuchni, komentować nasze wybory mebli i kolorów ścian.
— Marta, nie sądzisz, że ta zasłona jest za ciemna? — pytała, nie czekając na odpowiedź, już zdejmując ją z karnisza.
Jakub śmiał się z tego, mówił: „Mama po prostu chce dobrze”. Ale ja czułam się coraz bardziej jak gość we własnym domu. Próbowałam rozmawiać z Jakubem, tłumaczyć mu, że potrzebuję prywatności. On wzruszał ramionami: „To tylko mama. Przecież nie mieszka z nami”.
Aż do tamtego dnia.
Pamiętam dokładnie — był poniedziałek, wróciłam z pracy zmęczona i marzyłam tylko o gorącej kąpieli. W przedpokoju stały dwie duże walizki. W kuchni siedziała pani Halina z nieznajomym mężczyzną. Uśmiechnęła się szeroko:
— Marta! Poznaj Zbyszka. Od dziś będziemy tu razem mieszkać.
Zamarłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Jakub pojawił się w drzwiach i spojrzał na mnie przepraszająco.
— Mama miała problemy z mieszkaniem… Zbyszek też… To tylko na chwilę — powiedział cicho.
Chciałam krzyczeć. Chciałam wybiec z mieszkania i nigdy nie wracać. Ale zostałam. Przez kolejne dni próbowałam udawać, że nic się nie zmieniło. Ale wszystko się zmieniło.
Zbyszek był miły, ale obcy. Zajmował naszą łazienkę godzinami, zostawiał swoje rzeczy wszędzie. Pani Halina gotowała obiady dla wszystkich i oczekiwała wdzięczności. Wieczorami siedzieli razem w salonie, oglądając telewizję tak głośno, że nie mogłam zasnąć.
Zaczęły się kłótnie z Jakubem.
— To twoja mama! Powiedz jej, że to nie jest hotel! — krzyczałam pewnego wieczoru.
— Przesadzasz! To tylko na chwilę! — odpowiadał coraz bardziej zirytowany.
Ale „chwila” trwała tygodniami. Moje rzeczy znikały z półek, bo „przeszkadzały”. Moje ubrania lądowały w innym pokoju, bo „trzeba zrobić miejsce dla Zbyszka”. Czułam się niewidzialna we własnym domu.
Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy i usłyszałam rozmowę w kuchni.
— Marta jest taka sztywna… Nie wiem, co Jakub w niej widzi — mówiła pani Halina do Zbyszka.
Zrobiło mi się zimno. Weszłam do kuchni bez słowa. Spojrzeli na mnie zaskoczeni.
— Przepraszam, że przeszkadzam we własnym mieszkaniu — powiedziałam lodowatym tonem i wyszłam.
Wieczorem próbowałam porozmawiać z Jakubem.
— Nie mogę tak żyć! To nie jest już nasze mieszkanie! — powiedziałam ze łzami w oczach.
— Marta… Oni naprawdę nie mają dokąd pójść… — próbował tłumaczyć.
— A ja? Ja mam gdzie pójść? Czy moje zdanie się nie liczy?
Milczał długo. W końcu wyszedł z pokoju bez słowa.
Zaczęłam szukać nowego mieszkania. Każdego dnia wracałam do domu z coraz większym lękiem. Bałam się kolejnych zmian, kolejnych gości, kolejnych komentarzy pani Haliny.
W pracy byłam rozkojarzona, przyjaciele pytali, co się dzieje. Wstydziłam się przyznać, że straciłam kontrolę nad własnym życiem.
Pewnego wieczoru wróciłam do mieszkania i zobaczyłam panią Halinę pakującą swoje rzeczy do walizek.
— Wyprowadzamy się — powiedziała krótko. — Zbyszek znalazł pokój u znajomego.
Poczułam ulgę i… pustkę jednocześnie. Przez chwilę miałam nadzieję, że wszystko wróci do normy. Ale między mną a Jakubem coś pękło na zawsze.
Dziś siedzę sama w naszym mieszkaniu i zastanawiam się: czy to jeszcze mój dom? Czy można odzyskać poczucie bezpieczeństwa po tym wszystkim? Czy warto było walczyć o własną przestrzeń kosztem miłości?
Czasem myślę: może powinnam była być bardziej wyrozumiała? A może właśnie wtedy nauczyłam się stawiać granice? Czy dom to miejsce czy ludzie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?