Droga donikąd: Historia Agaty i jej dzieci na polskiej prowincji
„Mamo, dlaczego tata znowu nie wrócił na noc?” – głos mojej córki Julki rozdarł ciszę kuchni, gdy próbowałam rozpalić ogień w starej kuchence kaflowej. Jej pytanie przeszyło mnie na wskroś, a dłonie zaczęły mi drżeć tak bardzo, że niemal upuściłam zapałki. Mój syn Bartek siedział skulony przy stole, rysując coś zawzięcie na marginesie starego zeszytu – uciekał w swój świat, jakby próbował odgrodzić się od naszej rzeczywistości. W tej chwili poczułam, że grunt pod moimi nogami rozstępuje się coraz szerzej.
Mój mąż, Andrzej, zawsze był człowiekiem o silnym charakterze. Wszystko musiało być po jego myśli – od tego, co zjemy na obiad, po to, gdzie zamieszkamy. Gdy pewnego dnia oznajmił: „Agata, wyprowadzamy się z miasta. Dość tego hałasu i ludzi. Na wsi będzie lepiej – dzieci będą miały świeże powietrze, a ja spokój”, nie miałam odwagi protestować. Wychowano mnie w przekonaniu, że żona powinna być posłuszna. Przenieśliśmy się więc z naszego dwupokojowego mieszkania w Radomiu do starego domu po jego ciotce na końcu wsi pod Kozienicami.
Pierwsze tygodnie były trudne, ale przynajmniej byliśmy razem. Potem Andrzej zaczął coraz częściej znikać – tłumaczył się pracą w lesie albo wyjazdami do miasta. Z czasem wracał coraz później, aż pewnego dnia nie wrócił wcale. Zostawił tylko kartkę na stole: „Muszę odejść. Nie szukajcie mnie.”
Zostałam sama z dwójką dzieci i domem, który rozpadał się szybciej niż moje poczucie bezpieczeństwa. Dach przeciekał, okna były nieszczelne, a zimą spałam z dziećmi pod trzema kołdrami w ubraniach. Pieniądze z naszego wspólnego konta zniknęły razem z Andrzejem. Szybko zaczęły się plotki – sąsiedzi patrzyli na mnie z ukosa, szeptali za plecami: „Co to za kobieta, skoro mąż ją zostawił?”
Pewnego ranka zebrałam się na odwagę i poszłam do sołtyski, pani Zawadzkiej. „Pani sołtys, potrzebuję pracy. Cokolwiek”, powiedziałam drżącym głosem. Spojrzała na mnie z mieszanką współczucia i zmęczenia: „Agata, sama wiesz, jak tu jest. Może mogłabyś pomóc w szkolnej stołówce albo u Kowalskich na gospodarstwie?”
Chwytałam się wszystkiego – rano szykowałam dzieci do szkoły, potem biegłam do stołówki myć gary, po południu zbierałam ziemniaki albo sortowałam jabłka u Kowalskich. Wracałam do domu wykończona i brudna, ale przynajmniej mieliśmy co jeść.
Julka zamknęła się w sobie. Pewnego wieczoru przyszła do mnie do kuchni: „Mamo, czy tata nas nie kochał?” Przytuliłam ją mocno, czując jak jej drobne ciało drży od płaczu. „To nie twoja wina, Julka. Tata miał swoje problemy.” Sama nie wierzyłam w te słowa.
Bartek zaczął sprawiać kłopoty w szkole – bił się z chłopakami z sąsiedztwa. Wychowawczyni próbowała mnie uspokoić: „To minie, pani Agato.” Ale ja widziałam w jego oczach gniew i bezsilność.
Któregoś dnia przyszła do nas pracownica opieki społecznej. Oglądała dom, zadawała pytania: „Czy macie co jeść? Czy dzieci chodzą do szkoły? Macie ciepłą wodę?” Wstydziłam się przyznać, że czasem nie mamy nawet chleba i wodę grzeję na piecu.
Zimą zamarzła nam studnia. Musiałam nosić wiadra z wodą od sąsiadki – pani Nowickiej z końca ulicy. Pewnego razu podała mi kubek gorącej herbaty i powiedziała: „Nie martw się, Agata. Dasz radę. Jesteś silna.” Chciałam jej wierzyć.
Każda noc była coraz dłuższa i cięższa. Dzieci często chorowały – kaszel, gorączka, kolejne wizyty u lekarza w miasteczku oddalonym o 10 kilometrów. Na leki musiałam pożyczać pieniądze od sołtyski.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy przy świeczce – odcięli nam prąd za niezapłacone rachunki – i Julka zapytała: „Mamo, czy jeszcze kiedyś będziemy szczęśliwi?” Nie umiałam odpowiedzieć.
Po roku takiego życia byłam wrakiem człowieka. Pracowałam ponad siły, dzieci były smutne i zamknięte w sobie. Andrzej nigdy się nie odezwał.
Któregoś wieczoru Julka przyniosła mi list: „Napisałam do taty. Może nam odpisze.” Spojrzałam na nią ze złością i bezradnością: „Julka, niektórzy ludzie po prostu odchodzą i już nie wracają.”
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy powinnam była walczyć bardziej? Czy powinnam była odejść wcześniej? A może to po prostu los takich kobiet jak ja?
Na wiosnę znów odwiedziła nas opiekunka społeczna – tym razem była bardziej stanowcza: „Pani Agato, jeśli sytuacja się nie poprawi, będziemy musieli zabrać dzieci do domu dziecka.” Te słowa złamały mnie ostatecznie.
Starałam się jeszcze bardziej – brałam dodatkowe prace przy sprzątaniu u ludzi we wsi, prosiłam o pomoc każdego sąsiada. Ale to nie wystarczyło.
W końcu zabrali mi dzieci. Julka i Bartek trafili do domu dziecka w Kozienicach. Ja zostałam sama w pustym domu na końcu świata.
Każdego dnia pytam siebie: czy ta droga miała sens? Czy mogłam coś zmienić? A może to tylko kolejna historia kobiety z polskiej prowincji, która chciała zacząć od nowa i straciła wszystko?
Może wy mi odpowiecie: Co byście zrobili na moim miejscu? Czy dla takich kobiet jak ja jest jeszcze nadzieja?