Gorzka prawda o ojcostwie: Historia, której nie chciałem poznać

— Znowu siedzisz cały dzień w domu? — wycedziłem przez zęby, patrząc na Martę, która z kubkiem kawy stała przy oknie. — Może w końcu wrócisz do pracy, zamiast narzekać, że jesteś zmęczona?

Marta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. W jej oczach zobaczyłem coś, czego nie widziałem od dawna — zmęczenie pomieszane z żalem. — Myślisz, że to takie proste? — odpowiedziała cicho. — Spróbuj sam przez tydzień.

Nie odpowiedziałem. Byłem przekonany, że przesadza. Przecież ja pracuję po dziesięć godzin dziennie w warsztacie samochodowym, a ona… co ona właściwie robi? Pranie, gotowanie, opieka nad naszym czteroletnim synem, Antkiem? Przecież to nie może być aż tak trudne.

Następnego dnia Marta spakowała torbę i wyszła do pracy. Zostałem sam z Antkiem. Na początku czułem się pewnie. Zrobiłem mu śniadanie — płatki z mlekiem, które rozsypał na podłogę. Sprzątnąłem, choć już wtedy poczułem pierwszą irytację.

— Tata, a gdzie jest mama? — zapytał Antek, patrząc na mnie wielkimi oczami.

— Mama poszła do pracy. Teraz ja się tobą zajmuję — odpowiedziałem z uśmiechem.

Nie minęła godzina, a już miałem dość. Antek biegał po mieszkaniu, rozrzucał zabawki, płakał bez powodu. Próbowałem go uspokoić bajką, ale po pięciu minutach znudził się i zaczął domagać się mamy.

— Tata, chcę do mamy! — krzyczał.

— Mama wróci wieczorem — powtarzałem z coraz większym zniecierpliwieniem.

Z każdym dniem było coraz gorzej. Nie potrafiłem ogarnąć obiadu, prania i zabawy z dzieckiem jednocześnie. Wieczorami padałem na łóżko wykończony. Zaczynałem rozumieć, jak bardzo się myliłem.

Któregoś dnia zadzwoniła moja matka.

— Michał, co tam u was? — zapytała.

— Wszystko dobrze — skłamałem.

— Słyszałam od Marty, że teraz ty zajmujesz się Antkiem. Dobrze ci idzie?

— Jasne… — mruknąłem.

— Synu, nie udawaj twardziela. Wiem, jak to jest. Twój ojciec nigdy nie pomagał mi w domu i do dziś tego żałuję.

Zamilkłem. Nie chciałem przyznać się do porażki.

Wieczorem Marta wróciła zmęczona po pracy. Zastała mnie siedzącego na podłodze wśród klocków i brudnych naczyń.

— I jak ci minął dzień? — zapytała spokojnie.

Nie odpowiedziałem od razu. W gardle ścisnęło mnie coś dziwnego.

— Przepraszam — powiedziałem w końcu cicho. — Myślałem, że to łatwe.

Marta usiadła obok mnie i objęła mnie ramieniem.

— Wiem. Ale musiałeś sam to zobaczyć.

Przez kolejne dni próbowałem lepiej radzić sobie z domowymi obowiązkami. Zacząłem doceniać każdy gest Marty — ciepłą herbatę wieczorem, czyste ubrania w szafie, cierpliwość wobec Antka. Zrozumiałem też, jak bardzo zaniedbałem naszą relację przez własną dumę i przekonanie o swojej nieomylności.

Pewnego wieczoru usłyszałem rozmowę Marty przez telefon z jej siostrą:

— On się zmienia… chyba zaczyna rozumieć — mówiła cicho.

Zrobiło mi się wstyd. Ile razy ją raniłem swoimi słowami? Ile razy nie zauważałem jej łez?

Wkrótce pojawiły się nowe problemy. Marta zaczęła pracować na zmiany i coraz częściej wracała późno do domu. Antek tęsknił za nią coraz bardziej. Zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi: kto ma zrobić zakupy, kto odbierze dziecko z przedszkola, kto posprząta łazienkę.

Pewnego dnia wybuchłem:

— Mam już dość! Wszystko jest na mojej głowie! Ty tylko pracujesz i wracasz zmęczona!

Marta spojrzała na mnie z bólem w oczach.

— A myślisz, że ja mam łatwiej? Codziennie walczę o to, żebyśmy mieli za co żyć! Chciałam tylko trochę pomocy!

Zamilkliśmy oboje. W powietrzu wisiała cisza pełna niewypowiedzianych pretensji.

Następnego dnia Antek zachorował. Gorączka nie spadała mimo leków. Spędziłem całą noc przy jego łóżku, martwiąc się o każdy jego oddech. Marta wróciła z pracy nad ranem i zobaczyła mnie zapłakanego przy łóżku syna.

— Michał… — wyszeptała i przytuliła mnie mocno.

Wtedy pękło we mnie coś twardego. Zrozumiałem, że nie jestem niezniszczalny. Że potrzebuję Marty tak samo mocno jak ona mnie.

Po kilku dniach Antek wyzdrowiał. My jednak byliśmy inni niż wcześniej. Zaczęliśmy rozmawiać szczerze o naszych uczuciach i problemach. Przestaliśmy udawać przed sobą nawzajem.

Któregoś wieczoru usiedliśmy razem przy kuchennym stole.

— Wiesz… — zacząłem niepewnie — chyba nigdy nie byłem gotowy na bycie ojcem. Myślałem, że wszystko pójdzie samo.

Marta uśmiechnęła się smutno.

— Ja też się bałam. Ale razem damy radę.

Od tamtej pory staram się być lepszym mężem i ojcem. Pomagam w domu, spędzam więcej czasu z Antkiem, słucham Marty zamiast ją oceniać. Wiem już, że rodzina to nie tylko obowiązki i rutyna — to codzienna walka o bliskość i wzajemne wsparcie.

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze muszę popełnić błędów, żeby naprawdę nauczyć się kochać? Czy inni ojcowie też musieli przejść przez taki kryzys? Może warto o tym rozmawiać głośniej…