Kiedy wszyscy odeszli: Moja walka o syna i siebie

– Weronika, nie możesz tak dalej żyć! – głos mojej matki przebił ciszę kuchni, w której od rana próbowałam zmusić się do zjedzenia śniadania. – Musisz pomyśleć o sobie, a nie tylko o Kubie!

Zacisnęłam dłonie na kubku z zimną już herbatą. Chciałam odpowiedzieć, ale w gardle miałam wielką kulę. Kuba spał w swoim pokoju po kolejnej nieprzespanej nocy. Jego oddech był płytki, a ja nasłuchiwałam każdego szmeru, jakbym mogła wyczuć, kiedy znowu zacznie się atak.

– Mamo, jeśli nie ja, to kto? – wyszeptałam w końcu. – On ma tylko mnie.

Mama spojrzała na mnie z mieszaniną litości i złości. – Twój ojciec mówił, żebyś nie rodziła sama. Żebyś nie ufała temu… temu Piotrowi. A teraz? Gdzie on jest?

Nie odpowiedziałam. Piotr zniknął zaraz po tym, jak lekarze postawili diagnozę: przewlekła niewydolność nerek. Kuba miał wtedy siedem lat. Piotr nie wytrzymał ciężaru choroby syna ani mojej rozpaczy. Po prostu pewnego dnia spakował walizkę i wyszedł.

Od tamtej pory byłam sama. Sama w szpitalnych korytarzach, sama przy łóżku Kuby podczas dializ, sama w domu, kiedy wracałam po kolejnej nocy bez snu.

Rodzina? Mama i ojciec przychodzili coraz rzadziej. Brat, Michał, przestał odbierać telefony. „Nie mogę patrzeć na to wszystko” – tłumaczył się raz przez SMS-a. Teściowa? „To twoja sprawa, Weroniko. Każdy ma swoje życie” – usłyszałam przez telefon.

Zostałam tylko ja i Kuba. I strach.

Pamiętam dzień, kiedy lekarz powiedział mi wprost: „Pani syn potrzebuje przeszczepu. Czas ucieka”. Wyszłam wtedy ze szpitala i przez godzinę chodziłam bez celu po parku przy ulicy Kopernika. Ludzie mijali mnie obojętnie, a ja czułam się przezroczysta.

Wróciłam do domu i zaczęłam szukać informacji w internecie. Przeszczep nerki – lista oczekujących, procedury, koszty leków po operacji… Z każdą kolejną stroną czułam coraz większą bezsilność.

Wieczorem zadzwoniłam do mamy. – Mamo, może ktoś z rodziny mógłby być dawcą? Może Michał?

– Nie mieszaj w to wszystkich! – usłyszałam ostro. – Michał ma swoje dzieci! Nie możesz wymagać od nas takich rzeczy.

Zamilkłam. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą złość na własną rodzinę.

Kuba był coraz słabszy. Coraz częściej pytał: – Mamo, czy umrę?

Za każdym razem kłamałam: – Nie, kochanie. Nie pozwolę na to.

Ale nocami płakałam w poduszkę, żeby nie słyszał.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Zofia. – Weroniko, słyszałam o Kubie… Może potrzebujesz pomocy?

Nie chciałam litości ani współczucia. Ale ona przyszła z zakupami i ciepłym obiadem. Usiadła ze mną przy stole i po prostu słuchała. Po raz pierwszy od miesięcy mogłam się wygadać.

– Wiesz – powiedziała cicho – czasem rodzina to nie ci, którzy mają twoją krew, tylko ci, którzy zostają przy tobie wtedy, gdy inni odchodzą.

Te słowa długo we mnie rezonowały.

Wkrótce zaczęły się plotki na osiedlu. „Weronika przesadza z tą chorobą”, „Może chce wyciągnąć pieniądze?”, „Gdzie jest ojciec dziecka?” – słyszałam za plecami w sklepie i na przystanku.

Pewnego dnia spotkałam Michała na ulicy. Próbowałam go zatrzymać:

– Michał! Proszę cię… Porozmawiajmy!

Spojrzał na mnie chłodno:

– Weronika, ja nie dam rady. Mam swoje życie. Nie mogę ci pomóc.

– To twój siostrzeniec! – krzyknęłam rozpaczliwie.

Wzruszył ramionami i odszedł.

Wróciłam do domu i długo siedziałam przy łóżku Kuby. Patrzyłam na jego wychudzoną twarz i zastanawiałam się, ile jeszcze wytrzymam.

Któregoś wieczoru Kuba zapytał:

– Mamo, dlaczego nikt nas nie odwiedza?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przytuliłam go mocno i obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę mu poczuć się niekochanym.

Zaczęłam pisać bloga o naszej walce z chorobą. Opisywałam każdy dzień: dializy, wizyty u lekarzy, samotność i strach. Ku mojemu zdziwieniu zaczęli odzywać się ludzie z całej Polski – matki w podobnej sytuacji, pielęgniarki, nawet obcy mężczyzna zaoferował pomoc finansową.

To wtedy zrozumiałam, że nie jestem sama – choć moja rodzina mnie zawiodła, świat nie jest taki obojętny.

Po kilku miesiącach znalazł się dawca nerki dla Kuby. Operacja była ryzykowna, ale się udała.

Dziś Kuba powoli wraca do zdrowia. Ja nauczyłam się prosić o pomoc i przyjmować ją bez wstydu.

Czasem spotykam mamę na ulicy – patrzy na mnie z dystansem, jakby chciała powiedzieć: „A jednak dałaś radę”.

Ale ja już nie czekam na jej uznanie ani wsparcie Michała czy kogokolwiek z rodziny.

Bo wiem jedno: czasem trzeba stracić wszystko, żeby odnaleźć siebie i prawdziwych ludzi wokół siebie.

Czy naprawdę rodzina musi być tą najważniejszą siłą w życiu? A może to my sami decydujemy, kto zasługuje na miano bliskich?