Między Rodziną a Marzeniami: Opowieść o Ślubie Brata i Własnych Wyborych

Pociąg szarpał się na zakrętach, a ja, leżąc na górnej półce, czułem jakby każda chwila przybliżała mnie do czegoś nieuchronnego. Nie spałem całą noc. W głowie dudniły mi słowa mamy z ostatniej rozmowy: „Radosław, nie zawiedź nas. To ważny dzień dla rodziny.” A ja? Ja miałem wrażenie, że wracam nie do domu, ale na pole bitwy.

Przez brudne okno widziałem znajome pola, na których kiedyś z bratem graliśmy w piłkę. Teraz on – Michał – miał się żenić. Najstarszy, zawsze odpowiedzialny, zawsze pierwszy do pomocy. Ja byłem tym drugim, tym, który wyjechał do Warszawy i rzadko dzwonił. „Karierowicz” – tak mówił o mnie ojciec, gdy myślał, że nie słyszę.

Drzwi przedziału skrzypnęły. Do środka wszedł konduktor. „Bilety do kontroli!” – rzucił zaspanym głosem. Podałem mu swój bilet i przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały. W jego oczach zobaczyłem coś znajomego – zmęczenie i rezygnację. Może też miał rodzinę, która czekała na niego z pretensjami?

Gdy pociąg zatrzymał się na stacji w mojej rodzinnej miejscowości, poczułem ścisk w żołądku. Mama już czekała na peronie, ubrana w najlepszy płaszcz. „Radosławku!” – krzyknęła i rzuciła mi się na szyję. Pachniała domem i czymś jeszcze – troską, której nigdy nie potrafiłem odwzajemnić.

W domu panował chaos. Ciotki krzątały się po kuchni, dzieci biegały po korytarzu, a ojciec siedział przy stole z sąsiadem i popijał herbatę. Michał był w swoim pokoju. Zastałem go przed lustrem, poprawiającego krawat.

– Gotowy? – zapytałem.

– A mam wybór? – uśmiechnął się krzywo.

– Zawsze masz wybór.

– Ty może masz. Ja muszę zostać tutaj. Ktoś musi zająć się gospodarstwem.

Chciałem mu powiedzieć, że rozumiem, ale przecież nie rozumiałem. Uciekłem do miasta właśnie dlatego, że nie chciałem być jak on – uwięziony między polem a oczekiwaniami rodziców.

W kuchni ciotka Halina zagadnęła mnie szeptem:

– Słyszałam, że masz jakąś dziewczynę w Warszawie. Kiedy ją przywieziesz?

– Może kiedyś – odpowiedziałem wymijająco.

– Nie czekaj za długo, bo matka ci serce złamie.

Zacisnąłem zęby. W tej rodzinie każdy wiedział lepiej, co powinienem robić ze swoim życiem.

Przed kościołem zebrało się pół wsi. Michał stał przy ołtarzu blady jak ściana. Jego narzeczona, Ania, wyglądała pięknie i przerażająco spokojnie. Przez całą ceremonię czułem na sobie wzrok ojca. Po przysiędze podszedł do mnie i szepnął:

– Widzisz? Tak wygląda prawdziwy mężczyzna.

Zacisnąłem pięści. Chciałem mu odpowiedzieć, że prawdziwy mężczyzna to ktoś, kto potrafi być sobą, ale zabrakło mi odwagi.

Na weselu wszyscy pili za zdrowie młodej pary. Wujek Zbyszek podszedł do mnie z kieliszkiem:

– Radosław! Kiedy ty się wreszcie ustatkujesz? Ile można gonić za karierą?

– Może nigdy – odpowiedziałem z uśmiechem.

– Szkoda matki – pokręcił głową i odszedł.

Wyszedłem na dwór zaczerpnąć powietrza. Noc była cicha, tylko gdzieś w oddali szczekał pies. Michał wyszedł za mną.

– Zazdroszczę ci – powiedział nagle.

– Czego?

– Tego, że potrafiłeś wyjechać. Ja nigdy nie miałem tyle odwagi.

Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Po raz pierwszy poczułem, że jesteśmy do siebie podobni – obaj uwięzieni przez oczekiwania innych.

Następnego dnia rano mama zaprosiła mnie do kuchni.

– Radosławku… – zaczęła niepewnie – Może byś został na dłużej? Michałowi przyda się pomoc.

– Mamo… ja mam swoje życie w Warszawie.

– Ale tu jest twój dom.

Spojrzałem na nią i zobaczyłem łzy w jej oczach. Poczułem się winny, choć wiedziałem, że nie mogę zostać.

Przed wyjazdem ojciec zatrzymał mnie na ganku.

– Synu… Może nie zawsze to okazuję, ale jestem z ciebie dumny. Po prostu… chciałbym cię częściej widywać.

Nie potrafiłem odpowiedzieć. Wsiadłem do pociągu z poczuciem ulgi i żalu jednocześnie.

Patrząc przez okno na oddalający się dom, zastanawiałem się: Czy można być szczęśliwym, jeśli zawsze trzeba wybierać między sobą a rodziną? Czy kiedykolwiek przestanę czuć się rozdarty między dwoma światami?