Miłość, która spaliła wszystko: Historia z małego miasteczka pod Łodzią

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a echo tego dźwięku rozeszło się po moim ciasnym mieszkaniu w Koluszkach. Stałam przy oknie, patrząc na szarą ulicę, gdy Bartek wbiegł po schodach, z walizką w ręku i oczami pełnymi rozpaczy. „To już koniec, Anka. Nie mogłem dłużej tak żyć. Wybrałem ciebie” – powiedział, a ja poczułam, jak serce wali mi jak oszalałe. Przez chwilę świat zatrzymał się w miejscu. To był ten moment, na który czekałam od lat.

Bartek był moją obsesją od czasów studenckich. Poznaliśmy się na wydziale filologii polskiej w Łodzi. On – dusza towarzystwa, zawsze otoczony ludźmi, ja – cicha, nieśmiała dziewczyna z prowincji. Widywałam go na korytarzach, czasem zamienialiśmy kilka słów o literaturze czy planach na przyszłość. Potem nasze drogi się rozeszły – on ożenił się z Martą, ja wróciłam do rodzinnego miasteczka i zaczęłam pracę w bibliotece. Ale nigdy o nim nie zapomniałam.

Przez lata śledziłam jego życie na Facebooku. Zdjęcia z wakacji nad Bałtykiem, uśmiechnięta żona, dwójka dzieci – Ola i Michał. Czułam ukłucie zazdrości za każdym razem, gdy widziałam ich razem. Aż pewnego dnia napisał do mnie wiadomość: „Anka, pamiętasz mnie jeszcze?”. Od tego wszystko się zaczęło.

Nasze spotkania były najpierw niewinne – kawa w kawiarni przy rynku, rozmowy o dawnych czasach. Potem przyszły długie spacery po lesie, ukradkowe spojrzenia i dotyk dłoni. Wiedziałam, że to niebezpieczne, ale nie potrafiłam przestać. Bartek mówił: „Z Martą już od dawna nic mnie nie łączy. Jesteśmy razem tylko dla dzieci”. Wierzyłam mu, bo chciałam wierzyć.

Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie roztrzęsiony: „Anka, powiedziałem Marcie prawdę. Wyprowadzam się”. Byłam w szoku i jednocześnie szczęśliwa – w końcu będziemy razem! Nie przewidziałam jednak burzy, która miała nadejść.

Bartek zamieszkał u mnie. Przez pierwsze dni byliśmy jak nastolatkowie – śmialiśmy się, gotowaliśmy razem obiady, oglądaliśmy filmy do późna w nocy. Ale szybko rzeczywistość zaczęła nas doganiać. Telefon Bartka dzwonił bez przerwy – Marta płakała, dzieci prosiły, żeby wrócił do domu. „Tato, dlaczego nas zostawiłeś?” – słyszałam głos małego Michała przez słuchawkę i czułam wyrzuty sumienia.

Moja mama dowiedziała się o wszystkim od sąsiadki. Przyszła do mnie z płaczem: „Anka, co ty robisz? Rozbijasz rodzinę! Ludzie już gadają po całym miasteczku!”. Ojciec milczał przez kilka tygodni, nie odbierał moich telefonów. W pracy koleżanki patrzyły na mnie z ukosa, szeptały coś za moimi plecami.

Bartek coraz częściej był rozdrażniony. „Nie rozumiesz, jak mi ciężko? Straciłem dzieci przez ciebie!” – krzyczał pewnego wieczoru, rzucając talerzem o ścianę. Próbowałam go pocieszyć: „Bartek, przecież mamy siebie… Zbudujemy coś nowego”. Ale on tylko wzdychał ciężko i wychodził na długie spacery.

Pewnej nocy obudziłam się i zobaczyłam go siedzącego przy stole z butelką wódki. „Nie umiem tak żyć, Anka… Wszystko się posypało” – powiedział cicho. Usiadłam obok niego i zaczęłam płakać razem z nim.

Marta zaczęła pisać do mnie wiadomości pełne nienawiści: „Zabrałaś mi męża! Zniszczyłaś moim dzieciom dom!”. Czułam się winna i jednocześnie bezsilna. Próbowałam tłumaczyć Bartkowi: „Może powinieneś częściej widywać się z dziećmi?”. On tylko wzruszał ramionami: „Marta mi nie pozwala”.

W końcu Bartek zaczął coraz częściej znikać z domu na całe noce. Kiedy pytałam go, gdzie był, odpowiadał wymijająco: „Musiałem przemyśleć wszystko” albo „Byłem u kolegi”. Zaczęłam podejrzewać najgorsze – że wraca do Marty.

Pewnego dnia zobaczyłam ich razem na rynku – stali blisko siebie i rozmawiali szeptem. Bartek zobaczył mnie i podszedł: „Anka, musimy porozmawiać”. Wróciliśmy do mieszkania w milczeniu.

„Nie potrafię tak żyć… Dzieci mnie potrzebują. Marta jest załamana. Ty też nie jesteś szczęśliwa… Może to wszystko był błąd?” – powiedział drżącym głosem.

Poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. „Bartek… Ja cię kocham! Poświęciłam dla ciebie wszystko!” – krzyczałam przez łzy.

On tylko spuścił głowę: „Przepraszam…”

Następnego dnia spakował rzeczy i wyszedł bez słowa.

Zostałam sama w pustym mieszkaniu, otoczona plotkami i pogardą sąsiadów. Mama przestała się do mnie odzywać na kilka miesięcy. W pracy byłam traktowana jak trędowata.

Minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Bartek wrócił do Marty – przynajmniej tak mówią ludzie w miasteczku. Ja próbuję ułożyć sobie życie na nowo, ale blizny zostały.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy warto było niszczyć czyjeś życie dla własnego szczęścia? Czy miłość naprawdę usprawiedliwia wszystko?

A wy? Czy kiedykolwiek byliście gotowi poświęcić wszystko dla miłości? Czy można odbudować siebie po takim upadku?