„Moja córka prawie urodziła w kuchni, gotując obiad dla męża. Czy naprawdę tak wygląda miłość?”
— Zuzia, błagam cię, zostaw ten garnek! — krzyknęłam, widząc jak moja córka zgięta w pół, z ręką na brzuchu, miesza zupę. Pot spływał jej po czole, a twarz miała bladą jak ściana. — Mamo, jeszcze tylko chwilka… Damian wróci zaraz z pracy, musi mieć ciepły obiad — wyszeptała przez zaciśnięte zęby.
To był ósmy miesiąc ciąży. Wiedziałam, że termin jest blisko, ale nie sądziłam, że aż tak. W kuchni pachniało rosołem i smażonym schabowym. Zegar na ścianie tykał głośniej niż zwykle. Czułam narastającą panikę. — Zuzanna! Jedziemy do szpitala! — podniosłam głos, ale ona tylko pokręciła głową. — Damian miał ciężki dzień… Nie mogę go tak zostawić… — powtarzała jak mantrę.
Wtedy poczułam coś, czego nie potrafię opisać: mieszaninę gniewu, rozpaczy i bezradności. Moja córka, moja ukochana dziewczynka, która zawsze była taka silna i niezależna, teraz stała w kuchni na granicy omdlenia, bo bała się zawieść swojego męża.
— Zuzia, on sobie poradzi! Ty jesteś ważniejsza! — próbowałam przemówić jej do rozsądku. Ale ona tylko zacisnęła usta i wróciła do krojenia pietruszki. Wtedy zobaczyłam na podłodze pierwszą plamę krwi.
— Boże Święty! — krzyknęłam i chwyciłam ją za ramię. — Jedziemy! Natychmiast! — Zuzia spojrzała na mnie z przerażeniem. — Ale… schabowy… — wyszeptała słabo.
Nie słuchałam już ani słowa. Złapałam klucze od samochodu i niemal siłą wyciągnęłam ją z mieszkania. W samochodzie oddychała ciężko, łzy spływały jej po policzkach. — Mamo… jeśli coś się stanie… Damian nie umie nawet zagotować wody… Obiecaj mi, że będziesz mu gotować obiady… Proszę cię… — szlochała.
W tamtej chwili poczułam się tak bezsilna jak nigdy wcześniej. Czy naprawdę wychowałam córkę na kobietę, która w najważniejszym momencie swojego życia myśli tylko o tym, czy jej mąż będzie miał ciepły posiłek? Czy to ja zawiodłam jako matka?
W szpitalu wszystko potoczyło się błyskawicznie. Lekarze biegali po korytarzach, pielęgniarki zadawały pytania, a ja stałam pod drzwiami sali porodowej i modliłam się w duchu. Damian przyjechał dopiero po godzinie. Wbiegł zdyszany, zdezorientowany. — Co się stało? Przecież miała jeszcze czas… — zapytał mnie z wyrzutem.
— Gdybyś był w domu, wiedziałbyś więcej — odpowiedziałam chłodno. Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
Po kilku godzinach przyszła na świat mała Hania. Piękna, zdrowa dziewczynka. Zuzia była wyczerpana, ale szczęśliwa. Damian stał przy łóżku i głaskał ją po włosach. Przez chwilę miałam nadzieję, że może teraz coś się zmieni.
Ale już następnego dnia Zuzia zadzwoniła do mnie ze szpitala: — Mamo, Damian nie umie znaleźć pieluchy w domu… Możesz mu pomóc? I może ugotujesz mu coś na obiad? On nie lubi jedzenia ze słoika…
Poczułam narastającą złość. Przez kolejne tygodnie byłam w ich domu niemal codziennie: gotowałam obiady, prałam ubrania Damiana, sprzątałam po nim talerze. Zuzia leżała w łóżku z Hanią i przepraszała mnie za wszystko: — Mamo, wiem, że masz swoje życie… Ale Damian nie daje sobie rady…
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Damian wrócił z pracy i rzucił kurtkę na krzesło. Nawet nie spojrzał na mnie ani na Zuzię. Usiadł do stołu i zapytał: — Co dziś na obiad?
— A co sam ugotowałeś? — odpowiedziałam ostro.
Spojrzał na mnie zdziwiony: — Przecież to pani zawsze gotuje… Albo Zuzia…
— A ty? Ty nigdy nie pomyślałeś o tym, żeby zrobić coś dla niej? Dla własnej żony? — głos mi się załamał.
Zuzia patrzyła na nas przerażona. — Mamo, proszę… Nie kłóćcie się…
— Nie kłócimy się! Po prostu chcę wiedzieć: czy ty naprawdę myślisz tylko o sobie? Czy widzisz, jak bardzo ona się dla ciebie poświęca? Jak bardzo zatraciła siebie?
Damian wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni bez słowa.
Wieczorem usiadłam z Zuzią przy łóżku. Była blada i zmęczona.
— Zuziu… czy ty jesteś szczęśliwa? — zapytałam cicho.
Zamilkła na dłuższą chwilę.
— Nie wiem… Chyba tak trzeba… Tak robiły wszystkie kobiety w naszej rodzinie… Babcia zawsze mówiła: „Mąż najważniejszy”.
— Ale ty jesteś ważna! Ty i Hania! Twoje zdrowie! Twoje marzenia!
Zuzia rozpłakała się.
— Boję się być egoistką… Boję się, że jeśli przestanę się starać, on odejdzie…
Przytuliłam ją mocno.
— Jeśli ktoś cię kocha tylko za to, co dla niego robisz — to czy to jest prawdziwa miłość?
Od tamtej pory próbuję rozmawiać z Zuzią coraz częściej o jej potrzebach. Staram się pokazać jej, że ma prawo do własnego życia i szczęścia. Ale wiem też, że zmiana myślenia wyniesionego z domu trwa latami.
Czasem patrzę na nią i zastanawiam się: ile kobiet w Polsce żyje tak jak ona? Ile matek patrzy bezradnie na to, jak ich córki zatracają siebie dla innych?
Czy naprawdę musimy powielać te same schematy? Czy miłość zawsze musi oznaczać rezygnację z siebie?
Może ktoś z Was zna odpowiedź na te pytania? Może ktoś przeżył coś podobnego?