„Nie chcę być jak moja matka” – historia o rodzinie, wyborach i cenie szczęścia

– Znowu to samo, Anka! – głos mojej matki przeszył ciszę kuchni jak nóż. – Ile razy mam ci powtarzać, że nie tak się robi pierogi? Ty zawsze wszystko musisz robić po swojemu!

Zacisnęłam dłonie na stolnicy. Mąka lepiła się do palców, a w gardle rosła gula. Miałam trzydzieści cztery lata, dwójkę dzieci i męża, który coraz częściej wracał do domu późno. A jednak w tym domu, w którym dorastałam, wciąż byłam tylko córką, która nie potrafi nawet dobrze ulepić pieroga.

– Mamo, przecież to tylko pierogi – wyszeptałam, nie patrząc jej w oczy.

– Dla ciebie wszystko jest „tylko”! – syknęła. – A potem się dziwisz, że twoje życie wygląda jak wygląda.

Wyszłam z kuchni, zanim łzy zdążyły popłynąć po policzkach. W przedpokoju minęłam ojca. Siedział na krześle, zapatrzony w telewizor. Nawet nie podniósł wzroku.

Wróciłam do siebie do mieszkania na warszawskim Ursynowie późnym wieczorem. Dzieci spały. Michał siedział przy komputerze.

– I jak było u twojej mamy? – zapytał bez odrywania wzroku od ekranu.

– Jak zwykle – odpowiedziałam cicho.

Nie dopytywał. Ostatnio rozmawialiśmy coraz mniej. Każde z nas miało swoje zmęczenie i swoje żale. Czułam się jak cień we własnym domu.

Następnego dnia rano zadzwoniła do mnie Basia, moja starsza siostra.

– Anka, mama znowu narzekała na ciebie. Że dzieci źle wychowujesz, że Michał cię nie szanuje…

– Basia, proszę cię…

– Wiem, wiem. Ale ona się nie zmieni. Musisz się nauczyć to ignorować.

Tylko jak?

Przez kolejne tygodnie żyłam na autopilocie. Praca w szkole, zakupy, obiady, pranie. Dzieci – Zosia i Kuba – coraz częściej zamykały się w swoich pokojach. Zosia miała piętnaście lat i zaczynała buntować się przeciwko wszystkiemu. Kuba miał jedenaście i był cichy jak myszka.

Pewnego wieczoru usłyszałam pod drzwiami cichy płacz. To była Zosia.

– Co się stało? – zapytałam, siadając obok niej na łóżku.

– Nic… Po prostu… Czuję się taka samotna…

Objęłam ją mocno. W jej oczach zobaczyłam siebie sprzed lat.

– Zosiu… Ja też czasem tak się czuję.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Ty? Ale przecież masz nas…

Uśmiechnęłam się smutno.

– Czasem nawet mając rodzinę można czuć się samotnym.

Zosia wtuliła się we mnie mocniej.

Kilka dni później zadzwoniła Basia. Była roztrzęsiona.

– Anka, mama miała atak serca. Jest w szpitalu na Banacha.

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.

W szpitalu matka wyglądała na starszą niż kiedykolwiek. Jej twarz była blada, a dłonie drżały lekko na białej pościeli.

– Anka… – wyszeptała słabo. – Przepraszam…

Nie wiedziałam, czy mówi do mnie, czy do siebie. Usiadłam przy jej łóżku i przez chwilę milczałyśmy obie.

Po powrocie do domu długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: dzieciństwo pełne surowych zasad, wieczne porównania do Basi („Basia zawsze była grzeczniejsza”), poczucie winy za każdy błąd.

Michał przyszedł do sypialni późno w nocy.

– Wszystko w porządku? – zapytał cicho.

– Nie wiem…

Usiadł obok mnie na łóżku i po raz pierwszy od dawna objął mnie mocno.

– Może powinniśmy gdzieś wyjechać? Chociaż na weekend?

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Naprawdę tego chcesz?

– Chcę spróbować jeszcze raz… dla nas…

Poczułam łzy pod powiekami. Może jeszcze nie wszystko stracone?

Wyjechaliśmy do Kazimierza Dolnego. Spacerowaliśmy po rynku, piliśmy kawę w małej kawiarni nad Wisłą. Dzieci śmiały się i biegały po rynku. Przez chwilę poczułam się szczęśliwa.

Po powrocie do Warszawy matka wróciła ze szpitala. Była słabsza, ale bardziej łagodna. Próbowała rozmawiać ze mną inaczej niż dotąd.

– Anka… Ja wiem, że byłam dla ciebie surowa… Ale chciałam cię przygotować do życia…

Patrzyłam na nią długo w milczeniu.

– Mamo… Ja nie chcę być taka jak ty…

Zamilkła. W jej oczach zobaczyłam cień bólu i żalu.

Przez kolejne miesiące próbowałyśmy budować nową relację. Nie było łatwo. Często wracały stare schematy: krytyka, pretensje, niedopowiedzenia. Ale czasem udawało nam się rozmawiać naprawdę szczerze.

Któregoś dnia Zosia przyszła do mnie z pytaniem:

– Mamo… Czy ty jesteś szczęśliwa?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem bardziej niż mogłabym przypuszczać.

– Nie wiem… Staram się być…

Zosia przytuliła mnie mocno.

Dziś moje dzieci są już dorosłe. Zosia studiuje psychologię w Krakowie, Kuba wyjechał na Erasmusa do Hiszpanii. Michał i ja nadal jesteśmy razem – czasem szczęśliwi, czasem zmęczeni życiem, ale razem.

Często myślę o mojej matce. O tym, ile rzeczy chciałabym jej powiedzieć, a których nigdy nie powiedziałam. O tym, jak bardzo bałam się powtórzyć jej błędy – i jak wiele z nich nieświadomie powieliłam.

Czy można być szczęśliwym bez ranienia tych, których kochamy? Czy da się naprawdę zerwać z przeszłością? A może wszyscy jesteśmy tylko kolejnym ogniwem w łańcuchu rodzinnych historii?