„Nie chcę tu mieszkać!” – Jak teściowa zniszczyła nasz spokój

– Nie chcę tu mieszkać! – wykrzyczałam, czując jak łzy palą mnie pod powiekami. Stałam na środku salonu, w którym jeszcze unosił się zapach świeżej farby i kurzu po remoncie. Mój mąż, Paweł, spuścił wzrok, a jego matka, pani Zofia, tylko wzruszyła ramionami z wyższością.

– Przesadzasz, Aniu. To świetna inwestycja – powiedziała chłodno teściowa, rozglądając się po wnętrzu z wyraźnym samozadowoleniem. – W Warszawie już nic nie kupicie za takie pieniądze. Tu przynajmniej macie ogród i spokój.

Zacisnęłam pięści. Nie chciałam tej inwestycji. Nie chciałam tego domu na obrzeżach Wawra, gdzie autobus jeździ raz na godzinę, a sklep spożywczy zamykają o siedemnastej. Chciałam zostać w naszym małym mieszkaniu na Ochocie, gdzie czułam się bezpiecznie i swojsko. Ale Paweł uległ presji matki. „To dla nas wszystkich lepiej” – powtarzał jak mantrę przez ostatnie tygodnie.

Wiedziałam, że nie jestem idealną synową. Pani Zofia nigdy nie ukrywała, że jej syn zasługuje na kogoś „bardziej zaradnego”. Ale starałam się. Przez lata znosiłam jej kąśliwe uwagi o mojej pracy w bibliotece, o tym, że nie gotuję tak dobrze jak ona, że nie mamy jeszcze dzieci. Teraz jednak czułam się zdradzona przez własnego męża.

– Paweł, możemy jeszcze wszystko odkręcić – powiedziałam cicho, łamiącym się głosem. – Nie musimy tu mieszkać.

– Aniu… już wszystko podpisane. Kredyt wzięty. Nie możemy się wycofać – odpowiedział bez przekonania.

Poczułam się jak w pułapce. Własny mąż nie stanął po mojej stronie. Zdecydował za mnie razem z matką. Przez kolejne dni chodziłam po nowym domu jak cień. Każdy kąt przypominał mi o tej zdradzie. Nawet kiedy próbowałam urządzać pokoje, nie czułam żadnej radości.

Pierwszy konflikt wybuchł już po tygodniu. Pani Zofia przyjechała „pomóc” nam rozpakować rzeczy.

– Aniu, te talerze lepiej schować wyżej, żeby dzieci nie dosięgły – rzuciła mimochodem.

– Jakie dzieci? – zapytałam z goryczą.

– No przecież teraz macie dom, czas pomyśleć o powiększeniu rodziny – odpowiedziała z uśmiechem.

Paweł milczał. Zawsze milczał przy takich rozmowach. Czułam się coraz bardziej samotna w tym związku. Wieczorami płakałam w łazience, żeby nie słyszał. On udawał, że wszystko jest w porządku.

Z czasem zaczęliśmy się coraz częściej kłócić. O drobiazgi: o to, kto wyniesie śmieci, kto pojedzie po zakupy do oddalonego o kilka kilometrów supermarketu, kto odbierze paczkę z paczkomatu. Ale pod tymi sprzeczkami kryło się coś głębszego – moje poczucie zdrady i jego bezradność wobec matki.

Pewnego dnia wróciłam z pracy i zobaczyłam panią Zofię w naszej kuchni.

– Co ty tu robisz? – zapytałam zaskoczona.

– Paweł dał mi klucze. Chciałam ci pomóc zrobić obiad – odpowiedziała spokojnie.

Poczułam zimny dreszcz na plecach. Nie pytała mnie o zgodę. Po prostu weszła do mojego domu jak do siebie.

– Proszę oddać mi klucze – powiedziałam stanowczo.

Spojrzała na mnie z pogardą.

– Przesadzasz, Aniu. Chcę tylko pomóc.

Tego wieczoru pokłóciliśmy się z Pawłem jak nigdy wcześniej.

– Dlaczego dałeś jej klucze?!

– To moja mama! Chciała tylko pomóc!

– To jest NASZ dom! A ona traktuje mnie jak powietrze!

Krzyczałam tak głośno, że aż sąsiadka zza płotu wyszła zobaczyć, co się dzieje. Po tej kłótni przez dwa dni nie odzywaliśmy się do siebie wcale.

Zaczęłam coraz częściej wracać późno z pracy. Wolałam siedzieć w bibliotece niż wracać do domu, który przestał być moim azylem. Paweł zamknął się w sobie. Coraz częściej wychodził z kolegami na piwo albo zaszywał się w garażu przy samochodzie.

W weekendy pani Zofia przyjeżdżała „na kawę” i komentowała wszystko: od koloru zasłon po to, że trawnik jest za rzadko koszony.

– Gdybyście mieli dzieci, miałabym komu czytać bajki – westchnęła kiedyś teatralnie.

Nie wytrzymałam.

– Może powinna pani znaleźć sobie inne zajęcie niż kontrolowanie naszego życia! – wybuchłam.

Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Aniu, przesadzasz…

Wtedy coś we mnie pękło. Przestałam walczyć o ten dom i o ten związek. Zaczęłam rozważać powrót do rodziców na Ursynów. Ale bałam się przyznać do porażki przed sobą i przed światem.

Któregoś wieczoru usiadłam z Pawłem przy kuchennym stole.

– Paweł… czy ty mnie jeszcze kochasz? – zapytałam cicho.

Długo milczał.

– Nie wiem… Wszystko się pogmatwało…

Wiedziałam już wtedy, że coś się skończyło. Że dom nie jest domem bez poczucia bezpieczeństwa i wsparcia. Że można mieć cztery ściany i ogród, a czuć się bardziej samotnym niż kiedykolwiek wcześniej.

Dziś siedzę w pustym salonie i patrzę przez okno na ogród, który miał być miejscem rodzinnych spotkań i dziecięcych zabaw. Zamiast tego jest symbolem mojej porażki i niespełnionych marzeń.

Czy można odbudować zaufanie tam, gdzie raz zostało złamane? Czy warto walczyć o rodzinę za wszelką cenę? Czekam na wasze historie i rady…