„Nie ma łóżeczka, nie ma przewijaka, nawet butelki” – Mój powrót do domu w chaosie. Historia o samotności i walce o rodzinę

— Gdzie jest łóżeczko? — zapytałam, stojąc w progu naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie, z maleńką Zosią w nosidełku i torbą szpitalną na ramieniu. W przedpokoju pachniało kurzem i starym obiadem. Cisza była tak gęsta, że aż bolała w uszach.

Nie było łóżeczka. Nie było przewijaka. Nawet butelki nie znalazłam w kuchni, choć prosiłam Andrzeja, żeby wszystko przygotował. Przez okno wpadało blade światło marcowego popołudnia, a ja stałam jak wmurowana, czując jak narasta we mnie panika.

— Andrzej! — zawołałam głośniej, ale odpowiedziało mi tylko echo. Zosia zaczęła płakać. Moje ręce drżały, kiedy próbowałam ją uspokoić. W głowie kłębiły się myśli: „Może coś się stało? Może miał wypadek?”. Ale nie. Po chwili usłyszałam dźwięk klucza w zamku.

— O, już jesteście? — Andrzej wszedł do mieszkania z laptopem pod pachą i telefonem przy uchu. Nawet nie spojrzał na Zosię.

— Gdzie jest łóżeczko? — powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.

— Nie zdążyłem… Miałem ważny projekt w pracy, szef mnie nie puszczał…

— A przewijak? Butelka? Cokolwiek?!

— Przepraszam, naprawdę… — mruknął, ale już zerkał na telefon.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez dziewięć miesięcy wyobrażałam sobie ten moment: wracamy razem do domu, on tuli nas obie, a ja czuję się bezpieczna. Tymczasem byłam sama. Sama z dzieckiem, sama z lękiem, sama z bałaganem.

Przez pierwsze dni po powrocie ze szpitala płakałam po nocach. Zosia budziła się co dwie godziny, a Andrzej spał w salonie „żeby się wyspać przed pracą”. Kiedy pytałam go o pomoc, odpowiadał: „Muszę być wypoczęty, inaczej mnie zwolnią”.

Moja mama dzwoniła codziennie:

— Jak się czujesz, kochanie?

— Dobrze… — kłamałam. Nie chciałam jej martwić, choć miałam ochotę krzyczeć z bezsilności.

Zaczęłam nienawidzić naszego mieszkania. Każdy kąt przypominał mi o tym, czego nie mam: wsparcia, czułości, partnerstwa. Zosia była cudowna, ale ja czułam się coraz bardziej przezroczysta. Nawet kiedy Andrzej był w domu, był jakby obok — obecny ciałem, nie duchem.

Pewnego wieczoru, kiedy Zosia miała kolki i płakała bez przerwy od dwóch godzin, nie wytrzymałam.

— Pomóż mi! — krzyknęłam do Andrzeja.

— Przecież pracuję! — odburknął zza laptopa.

— Pracujesz cały czas! Nawet nie spojrzysz na własne dziecko!

— Przesadzasz. Inni mają gorzej.

Wtedy coś we mnie pękło. Wzięłam Zosię na ręce i wyszłam na klatkę schodową. Stałam tam przez kilka minut, kołysząc ją i płacząc razem z nią. Sąsiadka z naprzeciwka spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Wszystko w porządku? — zapytała cicho.

— Nie wiem… — odpowiedziałam szczerze po raz pierwszy od dawna.

Następnego dnia zadzwoniłam do mamy i poprosiłam ją o pomoc. Przyjechała natychmiast z torbą pełną pieluch i słoiczków dla niemowląt. Razem posprzątałyśmy mieszkanie, ustawiłyśmy prowizoryczne łóżeczko z kartonu i koca.

Andrzej wrócił późno wieczorem. Kiedy zobaczył moją mamę w kuchni, skrzywił się.

— Musiałaś ją wzywać? Nie przesadzasz trochę?

— Nie radzę sobie sama — powiedziałam spokojnie. — Potrzebuję pomocy.

Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz od miesięcy.

— Przepraszam… Nie wiedziałem, że jest aż tak źle — powiedział cicho.

Ale przeprosiny nie wystarczyły. Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Ja zajmowałam się Zosią i domem, on pracował coraz więcej. Czułam się coraz bardziej niewidzialna.

Pewnej nocy usiadłam przy oknie z kubkiem zimnej herbaty i zaczęłam pisać list do Andrzeja. Napisałam wszystko: o strachu, samotności, żalu i tęsknocie za dawnym nami. List leżał na stole przez dwa dni zanim odważyłam się mu go dać.

Przeczytał go bez słowa i wyszedł z domu. Myślałam, że to koniec.

Wrócił po godzinie z małym łóżeczkiem pod pachą i butelką dla Zosi.

— Chcę spróbować jeszcze raz — powiedział cicho. — Nie umiem być ojcem od razu. Ale chcę się nauczyć.

Nie uwierzyłam mu od razu. Potrzebowałam czasu — i on też. Zaczęliśmy rozmawiać wieczorami, czasem płakaliśmy razem nad tym wszystkim, co nas przerosło. Były dni lepsze i gorsze. Były chwile bliskości i kolejne kłótnie o drobiazgi.

Dziś Zosia ma już pół roku. Nadal nie jest idealnie — czasem czuję się samotna nawet we własnym domu. Ale nauczyłam się prosić o pomoc i mówić o swoich uczuciach. Andrzej stara się bardziej niż kiedyś, choć czasem wraca stary lęk: czy to wystarczy?

Często patrzę na śpiącą Zosię i zastanawiam się: czy można odbudować rodzinę na nowo? Czy wystarczy nam siły i odwagi? A może czasem trzeba pozwolić sobie na słabość i poprosić o wsparcie?

Czy Wy też mieliście momenty, kiedy wszystko wydawało się rozpadać? Jak sobie wtedy radziliście?