Nie nazywaj mnie mamą – postarzasz mnie!
Wpadłam do mieszkania mamy jak burza, z torbą w ręku i łzami w oczach. W powietrzu unosił się zapach jej ulubionych perfum, a w tle cicho grało radio. – Mamo, muszę z tobą porozmawiać – powiedziałam, ledwo łapiąc oddech. Danuta spojrzała na mnie znad filiżanki kawy, z niechęcią marszcząc brwi. Miała na sobie elegancką sukienkę, starannie ułożone włosy i makijaż, jakby zaraz miała wyjść na spotkanie z kimś ważnym.
– Klaudia, nie teraz. Mam spotkanie online za piętnaście minut – rzuciła chłodno, nie podnosząc się z krzesła.
– To ważne. Jestem w ciąży – wybuchłam, nie mogąc już dłużej trzymać tego w sobie.
Zamarła. Przez chwilę patrzyła na mnie, jakby nie rozumiała, co właśnie usłyszała. Potem jej twarz stężała. – I co z tego? Myślisz, że będę niańczyć twoje dziecko? Mam swoje życie, Klaudia. Nie nazywaj mnie mamą, postarzasz mnie! – wycedziła przez zęby, a ja poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.
Zawsze wiedziałam, że Danuta jest inna niż inne matki. Zawsze młoda, zawsze zadbana, zawsze w centrum uwagi. Gdy byłam dzieckiem, wstydziła się przychodzić na wywiadówki, bo „nie pasowała do tych wszystkich zaniedbanych matek”. Zamiast tego wysyłała babcię, a sama szła na siłownię albo do kosmetyczki. Mówiła, że „życie jest za krótkie, żeby się postarzać przez dzieci”.
Kiedy miałam 18 lat i dostałam się na studia w Warszawie, Danuta urządziła imprezę, na której była gwiazdą. Tańczyła z moimi znajomymi, flirtowała z moim chłopakiem, a potem przez tydzień nie odbierała ode mnie telefonu. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że jestem dla niej ciężarem, nie powodem do dumy.
Teraz, kiedy sama miałam zostać matką, liczyłam, że coś się zmieni. Że Danuta zrozumie, jak bardzo jej potrzebuję. Ale ona tylko patrzyła na mnie z pogardą, jakby moja ciąża była jej osobistą porażką.
– Nie licz na mnie, Klaudia. Mam swoje życie, swoje plany. Nie będę babcią, nie będę się starzeć przez twoje błędy – powiedziała, a jej głos był zimny jak lód.
Wyszłam z mieszkania, trzaskając drzwiami. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę, panią Zofię, która spojrzała na mnie z troską. – Wszystko w porządku, dziecko? – zapytała cicho.
– Nie wiem, pani Zosiu. Chyba już nigdy nie będzie w porządku – odpowiedziałam, czując, jak łzy spływają mi po policzkach.
Przez kolejne dni nie mogłam się pozbierać. Mój chłopak, Bartek, próbował mnie pocieszać, ale sam był przerażony perspektywą ojcostwa. – Może twoja mama się jeszcze przekona? – pytał niepewnie.
– Nie znasz jej. Dla niej liczy się tylko ona sama – odpowiedziałam gorzko.
Zaczęłam unikać ludzi. Przestałam odbierać telefony od znajomych, nie odpisywałam na wiadomości. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Nawet Bartek coraz częściej wychodził z domu, tłumacząc się pracą. W nocy leżałam w łóżku, głaszcząc brzuch i zastanawiając się, czy dam radę być lepszą matką niż Danuta.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie babcia. – Klaudio, słyszałam, że będziesz mamą. Gratuluję, kochanie. Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziała ciepło.
Rozpłakałam się. – Babciu, mama mnie odrzuciła. Powiedziała, że nie chce być babcią, bo to ją postarza.
– Twoja mama zawsze była trudna. Ale ty jesteś silna, dasz sobie radę. Ja ci pomogę, obiecuję – zapewniła babcia, a jej słowa były jak plaster na moje zranione serce.
Mimo wsparcia babci, czułam się coraz gorzej. W pracy zaczęli na mnie patrzeć z politowaniem. Koleżanki szeptały za moimi plecami, że „Klaudia została sama z brzuchem”. Nawet szefowa, pani Iwona, zaprosiła mnie na rozmowę. – Klaudio, wiem, że masz trudny czas, ale musisz być profesjonalna. Nie możesz pozwolić, żeby prywatne sprawy wpływały na twoją pracę – powiedziała surowo.
Wróciłam do domu i znowu się rozpłakałam. Czułam, że wszystko się sypie. Bartek coraz częściej znikał, a ja bałam się, że zostanę zupełnie sama. Pewnego wieczoru, kiedy wrócił późno, wybuchłam. – Gdzie byłeś? Potrzebuję cię, a ty ciągle uciekasz!
– Klaudia, ja też mam dość! Twoja matka, twoje humory, ta cała sytuacja… Nie wiem, czy jestem gotowy na to wszystko – krzyknął, trzaskając drzwiami od sypialni.
Zostałam sama w kuchni, z głową w dłoniach. Przypomniałam sobie, jak Danuta mówiła, że „dzieci tylko komplikują życie”. Czy miała rację? Czy ja też kiedyś odrzucę swoje dziecko, żeby nie czuć się starą i niepotrzebną?
Minęły tygodnie. Brzuch rósł, a ja coraz bardziej zamykałam się w sobie. Bartek wyprowadził się do kolegi, tłumacząc, że „potrzebuje czasu”. Mama nie dzwoniła, nie pisała. Tylko babcia przychodziła co kilka dni, przynosząc zupę i dobre słowo.
Pewnego dnia, kiedy siedziałam na ławce w parku, zobaczyłam Danutę. Szła z jakimś mężczyzną, śmiała się głośno, wyglądała na szczęśliwą. Zobaczyła mnie, ale odwróciła wzrok, jakby mnie nie znała. Poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce.
Wieczorem zadzwoniłam do niej. – Mamo, proszę, porozmawiaj ze mną. Potrzebuję cię – wyszeptałam do słuchawki.
– Klaudia, nie dzwoń do mnie z takimi sprawami. Mam swoje życie. Nie chcę, żebyś mnie postarzała swoimi problemami. Musisz sobie radzić sama – odpowiedziała, a jej głos był zimny i obcy.
Po tej rozmowie coś we mnie pękło. Przestałam walczyć o jej uwagę, przestałam się łudzić, że kiedyś będzie inaczej. Skupiłam się na sobie i na dziecku. Zaczęłam chodzić na zajęcia dla przyszłych mam, poznałam kilka kobiet w podobnej sytuacji. Z niektórymi zaprzyjaźniłam się na tyle, że mogłam do nich zadzwonić w środku nocy.
Kiedy urodził się mój syn, Janek, byłam przerażona i szczęśliwa jednocześnie. Babcia była przy mnie, trzymała mnie za rękę i szeptała, że wszystko będzie dobrze. Bartek pojawił się w szpitalu, ale był zagubiony i niepewny. – Nie wiem, czy dam radę być ojcem – powiedział cicho, patrząc na maleńkiego Janka.
– Ja też nie wiem, czy dam radę być matką. Ale musimy spróbować – odpowiedziałam, czując, że to jedyne, co możemy zrobić.
Danuta nie przyszła do szpitala. Nie zadzwoniła, nie napisała. Dla niej nie istnieliśmy.
Minęły miesiące. Janek rósł, a ja powoli odzyskiwałam równowagę. Babcia pomagała mi, jak mogła, a Bartek zaczął coraz częściej odwiedzać syna. Czasem rozmawialiśmy o przyszłości, czasem tylko milczeliśmy, patrząc na śpiącego Janka.
Pewnego dnia dostałam wiadomość od Danuty. „Nie mogę być babcią. Nie chcę, żebyś mnie tak nazywała. Życzę ci szczęścia, ale nie licz na mnie.”
Przeczytałam te słowa kilka razy, zanim zrozumiałam, że to koniec. Że moja matka wybrała iluzję młodości zamiast rodziny. Że dla niej ważniejsze było to, jak wygląda, niż to, kim jest.
Czasem zastanawiam się, czy kiedyś zrozumie, ile straciła. Czy kiedy spojrzy w lustro, zobaczy kobietę, która uciekła przed własnym życiem? Czy ja też kiedyś stanę przed takim wyborem?
Czy naprawdę warto poświęcić wszystko dla pozorów wiecznej młodości? Czy rodzina nie jest ważniejsza niż to, jak widzą nas inni? Co wy byście zrobili na moim miejscu?