Nigdy nie sądziłam, że mój syn tak się zmieni: moja synowa traktuje mnie jak obcą
— Michał, czy naprawdę musisz już iść? — zapytałam, patrząc na zegarek, choć dobrze wiedziałam, że jest jeszcze wcześnie. Siedzieliśmy przy stole w moim małym mieszkaniu na Pradze, a Magda, moja synowa, już zbierała się do wyjścia, nerwowo spoglądając na telefon. Michał spojrzał na nią, potem na mnie, i wzruszył ramionami. — Mamo, Magda jest zmęczona, mieliśmy ciężki tydzień. Może następnym razem zostaniemy dłużej.
To „następnym razem” słyszałam już tyle razy, że przestałam w nie wierzyć. Kiedyś Michał wpadał do mnie bez zapowiedzi, przynosił świeże bułki z piekarni, opowiadał o pracy, żartował. Odkąd pojawiła się Magda, wszystko się zmieniło. Najpierw były to drobne rzeczy — niechęć do mojej kuchni, krytyczne uwagi o wystroju mieszkania, potem coraz rzadsze wizyty. Teraz widujemy się raz na miesiąc, czasem rzadziej, a każda rozmowa jest jak spacer po cienkim lodzie.
Pamiętam dzień ich ślubu. Byłam taka dumna, patrząc jak Michał prowadzi Magdę do ołtarza. Myślałam wtedy, że zyskuję córkę, że nasza rodzina się powiększa. Ale już na weselu poczułam się jak gość, nie jak matka pana młodego. Magda otaczała się swoimi przyjaciółkami, jej rodzina była wszędzie, a ja siedziałam z boku, rozmawiając z ciotką, której nie widziałam od lat. Michał był zajęty, nie miał dla mnie czasu. „To normalne”, tłumaczyłam sobie. „Nowe życie, nowe obowiązki”. Ale z każdym miesiącem czułam, jak oddala się ode mnie coraz bardziej.
Najgorsze były święta. Kiedyś cała rodzina spotykała się u mnie — Michał, moi bracia, kuzynki, dzieci. Po ślubie Magda zaczęła organizować Wigilię u siebie. „Mamo, Magda chce, żebyśmy wszyscy przyszli do nich”, mówił Michał. Ale tam czułam się jak intruz. Magda miała swoje zasady — nie wolno było przynosić własnych potraw, wszystko musiało być idealnie. Kiedy raz przyniosłam mój sernik, który Michał zawsze uwielbiał, Magda nawet go nie postawiła na stole. „Nie pasuje do reszty menu”, powiedziała cicho, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszała. Michał udawał, że nie słyszy.
Próbowałam rozmawiać z synem. — Michał, czy coś się stało? — pytałam, kiedy udało mi się go złapać sam na sam. — O co ci chodzi, mamo? — odpowiadał zniecierpliwiony. — Przecież wszystko jest w porządku. Magda po prostu lubi mieć wszystko pod kontrolą. To jej dom, jej zasady. — A ja? — pytałam. — Czy ja już nie jestem twoją rodziną? — Mamo, nie przesadzaj. Przecież cię nie zostawiłem.
Ale czułam się zostawiona. Każda rozmowa z Magdą była jak egzamin. — Barbara, czy mogłabyś nie przynosić już tych starych zdjęć Michała? On nie lubi wracać do przeszłości — mówiła, kiedy próbowałam pokazać wnuczce album z dzieciństwa syna. — Barbara, proszę nie kupować tyle słodyczy, Lena ma alergię — rzucała, kiedy przynosiłam czekoladki. Zawsze „Barbara”, nigdy „mamo”. Nawet nie próbowała udawać, że jesteśmy rodziną.
Z czasem zaczęłam się wycofywać. Przestałam dzwonić codziennie, przestałam proponować spotkania. Czekałam, aż Michał sam się odezwie. Ale on dzwonił coraz rzadziej. Kiedy pytałam, czy mogę zabrać Lenę na spacer, słyszałam: — Magda woli, żebyśmy wszyscy byli razem. — A kiedy proponowałam, że mogę pomóc przy remoncie, Magda mówiła: — Dziękujemy, ale już wszystko załatwiliśmy.
Czułam się niepotrzebna. W pracy przeszłam na emeryturę, przyjaciółki wyjechały na wieś albo zajęły się wnukami. Ja miałam tylko Michała i Lenę. Ale teraz nawet oni byli dla mnie jak za szybą. Czasem siedziałam wieczorem przy oknie, patrzyłam na światła miasta i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy byłam zbyt opiekuńcza? Czy powinnam była bardziej zaakceptować Magdę, nawet jeśli czułam, że mnie odrzuca?
Pewnego dnia zebrałam się na odwagę i zaprosiłam ich na obiad. — Michał, chciałabym, żebyście przyszli w niedzielę. Upiekę twoje ulubione pierogi. — Zobaczymy, mamo, dam znać — odpowiedział. Czekałam całą sobotę, przygotowałam wszystko, a w niedzielę rano dostałam SMS-a: „Mamo, Lena się przeziębiła, nie damy rady. Może za tydzień”. Pierogi wylądowały w zamrażarce, a ja znowu zostałam sama.
Zaczęłam rozmawiać z sąsiadką, panią Zofią. — Pani Barbaro, niech się pani nie przejmuje. Młodzi teraz tacy są. Mają swoje życie. — Ale to mój jedyny syn — odpowiedziałam. — Zawsze byliśmy blisko. — Może to Magda jest zazdrosna? — zasugerowała Zofia. — Może boi się, że Michał będzie bardziej pani słuchał niż jej? — Ale ja nie chcę się wtrącać. Chcę tylko być częścią ich życia.
Któregoś dnia postanowiłam porozmawiać z Magdą. Zadzwoniłam, zaprosiłam ją na kawę. Przyszła niechętnie, usiadła sztywno przy stole. — Magdo, czy coś zrobiłam nie tak? — zapytałam wprost. — Mam wrażenie, że mnie unikasz. — Pani Barbaro, ja po prostu chcę, żebyśmy mieli z Michałem własne życie. On jest dorosły, ma rodzinę. Proszę to zrozumieć. — Ale ja jestem jego matką. — I zawsze panią szanowałam. Ale proszę nie oczekiwać, że będziemy się widywać co tydzień. Mamy swoje sprawy, swoje problemy. — Rozumiem — powiedziałam cicho, choć wcale nie rozumiałam.
Od tamtej pory widujemy się jeszcze rzadziej. Michał dzwoni raz na dwa tygodnie, Lena czasem przyśle mi rysunek. Czasem myślę, że może powinnam wyjechać, zacząć nowe życie gdzieś indziej. Ale potem przypominam sobie, jak Michał był mały, jak tulił się do mnie, jak mówił: „Mamo, jesteś najlepsza na świecie”. Czy to wszystko naprawdę już minęło?
Czasem pytam siebie: czy matczyna miłość wystarczy, żeby odbudować to, co zostało utracone? Czy można jeszcze odzyskać syna, kiedy ktoś inny zajął w jego sercu miejsce? Może powinnam po prostu odpuścić i pozwolić im żyć po swojemu? Ale jak pogodzić się z tym, że jestem tylko gościem w życiu własnego dziecka?