Odeszłam z domu, gdy mąż i teściowa byli nieobecni. Czy miałam prawo uciec?
— Gdzie idziesz? — głos mojej teściowej odbił się echem w mojej głowie, choć w rzeczywistości nie było jej wtedy w domu. Stałam w przedpokoju, trzymając w ręku walizkę, która wydawała się cięższa niż kiedykolwiek. Moje serce waliło jak oszalałe. Wiedziałam, że jeśli nie wyjdę teraz, już nigdy nie znajdę w sobie odwagi.
Zamknęłam za sobą drzwi mieszkania na warszawskim Mokotowie. Przez chwilę stałam na klatce schodowej, nasłuchując, czy ktoś nie wraca. Cisza. Tylko echo moich własnych kroków i szelest kurtki. Wyszłam na ulicę, czując się jak złodziejka — ale przecież niczego nie ukradłam. Chciałam tylko odzyskać siebie.
Mój mąż, Tomek, i jego matka, pani Halina, byli wtedy u lekarza. Wiedziałam, że mam może godzinę, może dwie. Wystarczająco dużo czasu, by zniknąć bez słowa wyjaśnienia. Przez ostatnie miesiące czułam się jak cień we własnym domu. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem. Każdy gest był oceniany przez teściową — czy dobrze gotuję, czy odpowiednio dbam o Tomka, czy nie wydaję za dużo pieniędzy na siebie.
— Znowu siedzisz przy oknie? — pytała z przekąsem pani Halina. — Może byś się czymś pożytecznym zajęła?
Tomek nigdy nie stawał po mojej stronie. — Mama tylko chce dobrze — powtarzał. — Nie przesadzaj.
Ale ja nie przesadzałam. Czułam się coraz bardziej niewidzialna. Każdego dnia budziłam się z ciężarem na piersi i pytaniem: „Czy to już wszystko? Czy tak będzie wyglądać reszta mojego życia?”
Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz pomyślałam o odejściu. Była sobota, padał deszcz. Siedzieliśmy przy stole w kuchni. Pani Halina narzekała na moje pierogi — za grube ciasto, za mało farszu. Tomek przewracał oczami i w końcu rzucił: — Może następnym razem zamówimy coś z baru mlecznego?
Zrobiło mi się przykro. Nie dlatego, że pierogi były niedoskonałe, ale dlatego, że nikt nie zauważał mojego wysiłku. Byłam tylko dodatkiem do ich życia — kucharką, sprzątaczką, kimś do narzekania.
Przez kilka tygodni zbierałam się na odwagę. Chowałam pieniądze do starej koperty, przeglądałam ogłoszenia wynajmu pokoi na Pradze. Bałam się jak dziecko. Bałam się samotności, bałam się reakcji Tomka i jego matki, bałam się opinii sąsiadów.
Ale najbardziej bałam się tego, że zostanę i już nigdy nie poczuję się wolna.
Kiedy zamknęłam za sobą drzwi mieszkania, poczułam ulgę i przerażenie jednocześnie. Szłam szybko przez miasto, mijając ludzi spieszących do pracy, matki z dziećmi, starsze panie z siatkami pełnymi zakupów. Nikt nie wiedział, że właśnie uciekam od swojego życia.
Zatrzymałam się dopiero na dworcu Warszawa Wschodnia. Usiadłam na ławce i zaczęłam płakać. Nie miałam planu na przyszłość — tylko adres wynajmowanego pokoju zapisany na kartce i numer telefonu do koleżanki z pracy.
Telefon zadzwonił po raz pierwszy godzinę później. Tomek.
Nie odebrałam.
Potem przyszły SMS-y:
— Gdzie jesteś?
— Co się stało?
— Wróć do domu.
— Mama płacze.
Czytałam je z rosnącym poczuciem winy. Przecież powinnam była porozmawiać, wyjaśnić… Ale ile razy próbowałam? Ile razy moje słowa odbijały się od ściany niezrozumienia?
Zadzwoniła też mama:
— Aniu, co ty wyprawiasz? Przecież małżeństwo to nie zabawa! Musisz być silna!
A ja byłam już zmęczona byciem silną dla wszystkich oprócz siebie.
Pierwsza noc w nowym pokoju była najtrudniejsza. Sufit był popękany, zza ściany dochodziły odgłosy telewizora sąsiadki. Leżałam na łóżku i patrzyłam w ciemność. Czułam się winna wobec Tomka i pani Haliny — ale też wobec siebie sprzed lat, tej dziewczyny pełnej marzeń o szczęśliwym życiu.
Rano zadzwoniła koleżanka:
— Anka, jesteś cała? Potrzebujesz czegoś?
— Nie wiem… — odpowiedziałam szczerze. — Chyba potrzebuję tylko spokoju.
Przez kolejne dni uczyłam się żyć od nowa. Sama robiłam zakupy, sama gotowałam dla siebie (pierogi wyszły idealne), sama decydowałam o wszystkim. Czasem płakałam z tęsknoty za tym, co znane — nawet jeśli było bolesne.
Tomek przysłał jeszcze kilka wiadomości:
— Dlaczego to zrobiłaś?
— Przecież mogłaś powiedzieć…
— Mama jest załamana.
Nie odpisałam. Nie miałam już siły tłumaczyć się z własnych uczuć.
Po tygodniu zadzwoniła moja mama:
— Aniu… Może wrócisz do nas na wieś? Tu zawsze znajdziesz schronienie.
Poczułam ciepło w sercu, ale wiedziałam, że muszę spróbować sama stanąć na nogi.
Czasem zastanawiam się: czy miałam prawo odejść bez słowa? Czy odwaga to ucieczka czy walka o siebie? A może jedno i drugie? Czy ktoś z was też kiedyś musiał wybierać między lojalnością wobec bliskich a własnym spokojem?