Po rozwodzie synowa żądała domu i samochodu. Stanęłam po stronie syna – teraz nie mogę widywać wnuków

— Nie pozwolę, żebyś zabrała mu wszystko! — krzyknęłam, czując, jak głos drży mi ze złości i bezsilności. Stałam w kuchni, oparta o blat, a Magda patrzyła na mnie z chłodnym spokojem, który zawsze mnie irytował. Grzegorz siedział przy stole, skulony, z twarzą ukrytą w dłoniach. W powietrzu wisiała cisza, którą przerywało tylko ciche tykanie zegara.

— To nie twoja sprawa, Zosiu — odpowiedziała Magda, zaciśniętym głosem. — To jest między mną a Grzegorzem.

Ale jak mogłam nie wtrącać się, kiedy widziałam, jak mój syn gaśnie z dnia na dzień? Jak mogłam patrzeć, jak kobieta, którą traktowałam jak własną córkę, żąda od niego nie tylko domu, ale i samochodu, który kupił jeszcze przed ślubem? Przez lata starałam się być dobrą teściową, nie wtrącać się, nie oceniać. Ale teraz, kiedy wszystko się waliło, nie potrafiłam milczeć.

Grzegorz i Magda byli małżeństwem przez dziesięć lat. Mieli dwójkę dzieci – Julkę i Antosia. Dla mnie byli całym światem. Odkąd się urodzili, byłam przy nich codziennie, pomagałam, odbierałam z przedszkola, piekłam ich ulubione ciasta. Magda często powtarzała, że nie dałaby rady bez mojej pomocy. Ale wszystko się zmieniło, kiedy Grzegorz stracił pracę. Zaczął się zamykać w sobie, a Magda coraz częściej wychodziła z domu, wracała późno, unikała rozmów. W końcu powiedziała, że chce rozwodu.

Początkowo próbowałam ich pogodzić. — Magda, przecież wszystko można naprawić. Dzieci was potrzebują — mówiłam, próbując dotrzeć do jej serca. Ale ona była nieugięta. — Ja już nie chcę tego ratować, Zosiu. To koniec — odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy.

Rozwód był jak trzęsienie ziemi. Magda zażądała domu, który kupili razem, ale na który Grzegorz wziął kredyt jeszcze przed ślubem. Chciała też samochodu, bo „dzieci muszą mieć czym jeździć do szkoły”. Grzegorz był załamany. — Mamo, ja nie dam rady. Ona mnie zniszczy — mówił, a ja czułam, jak serce mi pęka.

Mój mąż, Paweł, próbował mnie uspokoić. — Zosiu, nie mieszaj się. To ich sprawa. Ale ja nie mogłam. Nie po tym, jak widziałam, jak Magda traktuje Grzegorza. Kiedy podczas jednej z rozpraw sądowych Magda zaczęła opowiadać, że Grzegorz jest nieodpowiedzialny, że nie dba o dzieci, nie wytrzymałam. — To nieprawda! — wykrzyknęłam, przerywając jej wypowiedź. — Grzegorz zawsze był dobrym ojcem! To ty zostawiałaś dzieci pod moją opieką, kiedy wychodziłaś na całe noce!

Sąd upomniał mnie, ale nie żałowałam. Wiedziałam, że muszę bronić syna. Po tej rozprawie Magda przestała się do mnie odzywać. Przestała odbierać telefony, nie pozwalała mi widywać dzieci. Julka i Antoś dzwonili do mnie ukradkiem, płakali, pytali, kiedy przyjdę. — Babciu, dlaczego nie możesz nas odwiedzać? — pytała Julka, a ja nie umiałam jej odpowiedzieć.

Grzegorz był coraz bardziej przygnębiony. — Mamo, to wszystko moja wina. Gdybym był lepszym mężem, nic by się nie stało. — Nie mów tak, synku. To nie twoja wina. Ludzie się zmieniają, ale dzieci nie powinny na tym cierpieć — próbowałam go pocieszyć, choć sama czułam się bezradna.

Pewnego dnia, kiedy przyszłam pod dom Magdy, żeby zostawić dzieciom prezenty na urodziny, zobaczyłam ją przez okno. Stała w kuchni, rozmawiała przez telefon, śmiała się. Poczułam, jak narasta we mnie gniew. Zadzwoniłam do drzwi, ale nikt nie otworzył. W końcu wyszła sąsiadka. — Pani Zosiu, Magda powiedziała, że nie życzy sobie, żeby pani tu przychodziła. Przykro mi — powiedziała cicho. Stałam na schodach, z prezentami w rękach, i łzy same napłynęły mi do oczu.

Wieczorem Paweł próbował mnie pocieszyć. — Zosiu, może to minie. Może Magda się opamięta. Ale ja wiedziałam, że to nie będzie takie proste. Magda była uparta, a ja byłam dla niej wrogiem numer jeden. Próbowałam wszystkiego – pisałam listy, prosiłam wspólnych znajomych o pomoc, nawet poszłam do prawnika, żeby dowiedzieć się, czy mam jakieś prawa jako babcia. Ale prawo było po stronie Magdy. To ona decydowała, z kim dzieci mogą się widywać.

Najgorsze były święta. Zawsze spędzaliśmy je razem, całą rodziną. W tym roku siedzieliśmy z Pawłem i Grzegorzem przy pustym stole. Cisza była nie do zniesienia. — Może zadzwonię jeszcze raz — powiedziałam, sięgając po telefon. Ale Magda nie odbierała.

Czasem myślę, czy nie powinnam była się wtrącać. Może gdybym milczała, Magda pozwoliłaby mi widywać wnuki. Ale jak mogłam patrzeć, jak mój syn traci wszystko? Jak mogłam nie bronić własnej rodziny?

Dziś mijają już dwa lata od rozwodu. Julka i Antoś rosną beze mnie. Czasem widzę ich na zdjęciach w internecie – uśmiechniętych, ale bez tej iskry, którą widziałam, kiedy byli ze mną. Grzegorz powoli układa sobie życie na nowo, ale ja wciąż nie mogę pogodzić się z tym, że Magda odebrała mi nie tylko syna, ale i wnuki.

Często siadam wieczorem w pustym pokoju i pytam samą siebie: czy naprawdę bycie matką i babcią oznacza, że muszę wybierać między lojalnością wobec syna a miłością do wnuków? Czy w tej walce o sprawiedliwość nie zgubiłam tego, co najważniejsze?

Może ktoś z was był w podobnej sytuacji? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto było walczyć, skoro straciłam tak wiele?