Przez przypadek przeczytałam pamiętnik córki. Po tym już nic nie było takie samo.
Oczy piekły mnie od płaczu, kiedy zamykałam za sobą drzwi mieszkania mojej córki. W jednej ręce trzymałam torbę z ubraniami, w drugiej worek z książkami dla wnuczka, którymi miałam się „zająć przez chwilę”. A jednak nie zaproponowano mi, żebym została na noc. Nawet nie padło zwykłe „mamo, usiądź”. Po raz pierwszy poczułam, że nie jestem już potrzebna. Że jestem tylko dodatkiem, kimś, kogo toleruje się z grzeczności.
Wszystko zaczęło się kilka dni wcześniej. Zosia, moja córka, poprosiła mnie, żebym odebrała Antosia z przedszkola, bo ona musi zostać dłużej w pracy. Zgodziłam się bez wahania – zawsze byłam gotowa pomóc. Po powrocie do jej mieszkania, kiedy Antoś bawił się klockami, zauważyłam na stole zeszyt w kwiatki. Zwykły, szkolny, ale coś mnie tknęło. Może to był zapach perfum Zosi, może sposób, w jaki leżał – otwarty na środku stołu, jakby czekał na czytelnika. Przysięgam, nie chciałam zaglądać. Ale przeczytałam. Najpierw jedno zdanie, potem kolejne. I już nie mogłam przestać.
„Czasem mam wrażenie, że mama mnie nie rozumie. Że zawsze wie lepiej, co powinnam zrobić. Że nie potrafię być przy niej sobą, bo boję się jej oceny. Nawet teraz, kiedy mam trzydzieści pięć lat, czuję się jak dziecko, które musi zasłużyć na jej miłość.”
Serce mi zamarło. Przecież zawsze chciałam dla niej jak najlepiej! Czy naprawdę byłam taka surowa? Czy moje dobre rady były dla niej ciężarem? Przewracałam kolejne strony, a łzy kapały mi na papier. „Czasem marzę, żeby mama po prostu mnie przytuliła i powiedziała, że jest ze mnie dumna. Ale ona zawsze pyta, czemu nie zrobiłam tego czy tamtego. Czemu Antoś jeszcze nie czyta, czemu nie mam drugiego dziecka, czemu nie awansowałam.”
Nie wiedziałam, co zrobić. Z jednej strony czułam się zdradzona – jak mogła tak o mnie pisać? Z drugiej, bolało mnie, że tak bardzo ją zawiodłam. Przez dwa dni chodziłam jak cień. Kiedy Zosia zadzwoniła, żeby podziękować za opiekę nad Antosiem, nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. „Mamo, wszystko w porządku?” – zapytała. „Tak, kochanie, wszystko dobrze” – skłamałam.
W końcu postanowiłam z nią porozmawiać. Pojechałam do niej z zamiarem szczerej rozmowy, ale kiedy otworzyła drzwi, zobaczyłam w jej oczach zmęczenie i niepokój. „Mamo, możesz mi pomóc z praniem?” – zapytała. Pomagałam, ale czułam, że między nami jest mur. W końcu zebrałam się na odwagę: „Zosiu, czy ja cię kiedyś zraniłam?”
Spojrzała na mnie zdziwiona. „Mamo, o co ci chodzi?”
„Przeczytałam twój pamiętnik. Przepraszam. Nie powinnam była. Ale… nie wiedziałam, że tak się czujesz.”
Zosia zbladła. Przez chwilę milczała, a potem wybuchła: „To był mój pamiętnik! Moje myśli! Nie miałaś prawa!”
„Wiem. Przepraszam. Ale musisz wiedzieć, że nigdy nie chciałam cię skrzywdzić. Chciałam cię chronić, doradzać, być przy tobie.”
„Mamo, ja nie potrzebuję rady. Potrzebuję, żebyś mnie zaakceptowała taką, jaka jestem. Żebyś była ze mnie dumna, nawet jeśli nie jestem idealna.”
Te słowa uderzyły mnie jak obuchem. Przez całe życie myślałam, że miłość to troska, poprawianie błędów, wskazywanie drogi. Nie zauważyłam, że Zosia potrzebuje czegoś innego – czułości, akceptacji, zwykłego „kocham cię”.
Od tamtej rozmowy minęły trzy tygodnie. Nasz kontakt stał się chłodny, oficjalny. Zosia nie dzwoni już tak często. Antoś pyta, kiedy przyjdę, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Próbuję napisać do niej wiadomość, ale kasuję każde słowo. Boję się, że znowu ją zranię.
Dziś, kiedy wychodziłam z jej mieszkania, poczułam się jak intruz. Nie zaproponowała mi herbaty, nie zapytała, czy zostanę na noc. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że nie jestem już potrzebna. Że moja córka dorosła i nie chce mnie w swoim życiu tak, jak ja bym chciała.
Czy można cofnąć czas? Czy mogłam być inną matką? Czy jeszcze kiedyś usłyszę od niej: „Mamo, kocham cię”? Może powinnam po prostu powiedzieć: „Zosiu, jestem z ciebie dumna. Zawsze byłam.”
Czy wy też czasem czujecie, że wasza miłość nie wystarcza? Jak odbudować zaufanie, które raz się utraciło?