Puree, kurczak i rozwód, którego nie było: Historia Agaty z warszawskiego blokowiska
— Znowu to samo, Agata? — głos Marka odbił się echem od ścian naszej kuchni. Stałam przy blacie, tłukąc ziemniaki na puree, a on siedział przy stole, stukając nerwowo palcami w blat. — Nie mogłaś zrobić czegoś innego niż kurczak?
Zacisnęłam zęby. W głowie miałam tylko jedno: „Nie płacz. Nie teraz.”
— Marek, wróciłam z pracy godzinę temu. Zosia ma sprawdzian z matmy, Michał kaszle od rana. Nie miałam czasu na wymyślne obiady.
— Zawsze masz wymówki — rzucił, nie patrząc mi w oczy. — Może gdybyś mniej się przejmowała wszystkim dookoła, a bardziej mną…
Zamknęłam oczy. Przez chwilę wyobraziłam sobie, że jestem gdzie indziej. Może na ławce w parku, gdzieś daleko od tego mieszkania na warszawskim Ursynowie, od zapachu gotującego się kurczaka i od tego wiecznego napięcia.
— Mamo, mogę iść do Ani na chwilę? — Zosia stanęła w drzwiach kuchni, trzymając zeszyt z matmy. Miała podkrążone oczy i włosy związane w niedbały kucyk.
— Nie teraz, Zosiu. Najpierw kolacja i powtórka przed sprawdzianem — odpowiedziałam łagodniej, niż czułam.
Marek westchnął teatralnie i wyszedł do salonu. Słyszałam, jak włącza telewizor. Wiadomości. Znowu będzie narzekał na polityków, na ceny w sklepach, na wszystko.
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na swoje dłonie — popękane od zimnej wody i detergentów. Czy tak miało wyglądać moje życie? Miało być inaczej. Miałam być kimś więcej niż tylko żoną i matką.
Kiedyś Marek patrzył na mnie inaczej. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie na przystanku autobusowym przy Puławskiej. Był wtedy ciepły wrzesień, a on miał na sobie tę śmieszną koszulę w kratę. Śmiał się z moich żartów, a ja wierzyłam, że razem możemy wszystko.
Teraz dzieliło nas więcej niż tylko stół w kuchni.
— Agata! — usłyszałam krzyk z salonu. — Gdzie są moje klucze?
— Na półce przy drzwiach! — odpowiedziałam mechanicznie.
Zosia spojrzała na mnie ze współczuciem. Miała dopiero trzynaście lat, ale już rozumiała więcej, niż powinna.
— Mamo… — zaczęła cicho. — Czy wy się rozwiedziecie?
Zamarłam. Puree w garnku zaczęło bulgotać zbyt głośno.
— Skąd ci to przyszło do głowy? — zapytałam, starając się zachować spokój.
— Słyszałam, jak tata mówił przez telefon… Że ma dość tego wszystkiego.
Poczułam ukłucie w sercu. Przez chwilę chciałam powiedzieć jej prawdę: że sama nie wiem, co będzie dalej. Że czasem marzę o tym, żeby po prostu wyjść i już nie wrócić.
Ale zamiast tego przytuliłam ją mocno.
— Nic się nie martw, kochanie. Wszystko będzie dobrze.
Nie wiedziałam, czy to prawda.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam na kanapie obok Marka. Pachniał papierosami i tanim piwem.
— Musimy pogadać — powiedziałam cicho.
Spojrzał na mnie z irytacją.
— O czym? O tym, że znowu nie masz dla mnie czasu? Że wszystko jest ważniejsze ode mnie?
— Marek… Ja też mam dość. Pracy, dzieci, codzienności… Ale nie chcę się kłócić. Chcę wiedzieć, czy jeszcze jesteśmy rodziną.
Przez chwilę milczał. W telewizji leciał jakiś program o remontach mieszkań.
— Może po prostu nie umiemy już ze sobą rozmawiać — rzucił w końcu.
Poczułam łzy pod powiekami.
— To może spróbujmy jeszcze raz? Dla dzieci… dla nas?
Wzruszył ramionami.
— Nie wiem, Agata. Może już za późno.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam przez ścianę cichy płacz Zosi i kaszel Michała. Myśli krążyły mi po głowie jak szalone: „Czy to już koniec? Czy powinnam odejść? A może to tylko kryzys?”
Następnego dnia wszystko było jak zwykle. Marek wyszedł do pracy bez słowa pożegnania. Zosia poszła do szkoły ze spuszczoną głową. Michał marudził przy śniadaniu.
W pracy koleżanka zapytała:
— Coś się stało? Wyglądasz na zmęczoną.
Uśmiechnęłam się blado.
— Nic takiego. Po prostu życie.
Ale wieczorem znów usiedliśmy przy stole — ja, dzieci i Marek. Tym razem zrobiłam makaron z sosem pomidorowym. Marek nie narzekał. Zosia opowiedziała o sprawdzianie, Michał pokazał rysunek z przedszkola.
Przez chwilę poczułam coś na kształt nadziei.
Ale potem Marek odebrał telefon i wyszedł na balkon. Słyszałam przez uchylone okno jego podenerwowany głos:
— Tak, wiem… Jeszcze trochę wytrzymam… Nie wiem, czy dam radę dłużej…
Wrócił blady jak ściana.
— Kto dzwonił? — zapytałam cicho.
— Praca — odpowiedział szybko i spuścił wzrok.
Nie uwierzyłam mu. Ale nie miałam siły drążyć tematu.
Kilka dni później znalazłam w jego kurtce paragon z kawiarni na Nowym Świecie. Dwie kawy i ciastko. Data: środa po południu, kiedy Marek miał być w delegacji pod Radomiem.
Serce mi zamarło. Przez chwilę stałam w przedpokoju z tym kawałkiem papieru w dłoni i czułam się jak bohaterka taniego serialu.
Wieczorem postanowiłam go zapytać wprost:
— Marek… Byłeś ostatnio w kawiarni na Nowym Świecie?
Zamarł z widelcem w ręku.
— Skąd wiesz?
— Znalazłam paragon…
Przez chwilę milczał. Potem wzruszył ramionami:
— Spotkałem się z kolegą z pracy…
Nie uwierzyłam mu ani przez sekundę.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Dzieci czuły napięcie w powietrzu i coraz częściej zamykały się w swoich pokojach.
W końcu pewnego wieczoru Marek spakował torbę i powiedział:
— Muszę wyjechać na kilka dni. Przemyśleć wszystko.
Nie zatrzymałam go. Nawet nie zapytałam dokąd jedzie.
Zostałam sama z dziećmi i tysiącem pytań bez odpowiedzi.
Minął tydzień. Dwa tygodnie. Marek nie dzwonił, nie pisał. Zosia zaczęła pytać coraz częściej:
— Mamo, czy tata wróci?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
A potem pewnego popołudnia usłyszałam dźwięk klucza w zamku. Marek wszedł do mieszkania blady i zmęczony jak nigdy wcześniej.
Usiadł naprzeciwko mnie przy stole i powiedział tylko:
— Przepraszam… Nie potrafię żyć bez was.
Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu siedzieliśmy naprzeciwko siebie w ciszy, która była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.
Od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Nic nie jest takie samo jak dawniej, ale próbujemy na nowo budować coś z tych kawałków codzienności: puree ziemniaczanego, kurczaka i rozmów przy stole.
Czasem zastanawiam się: czy lepiej znać całą prawdę o bliskich czy pozwolić jej pozostać w cieniu? Czy każda rodzina musi przejść przez swoje piekło?