Samotność pod wspólnym dachem – historia Marii z Warszawy

Siedzę przy kuchennym stole, patrząc przez okno na szare, listopadowe niebo. Woda w czajniku już dawno przestała wrzeć, a ja nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio piłam herbatę, która naprawdę mi smakowała. Dzwoni telefon – to mój syn, Tomek. Odbieram z nadzieją, że może dziś powie coś innego, może dziś usłyszę: „Mamo, zdecydowaliśmy się, wprowadzamy się do ciebie”. Ale nie. Słyszę tylko: „Cześć, mamo, jak się czujesz? Wszystko w porządku?”. Odpowiadam, że tak, choć przecież nie jest.

– Tomku, może byście się jednak zastanowili? Mieszkanie jest duże, dzieci miałyby własne pokoje, a ja mogłabym wam pomagać. – Mówię to cicho, niemal szeptem, bo wiem, co zaraz usłyszę.

– Mamo, rozmawialiśmy już o tym. Asia nie czuje się z tym komfortowo. Poza tym, to twoje miejsce, a my mamy swoje. – Jego głos jest łagodny, ale stanowczy. Czuję, jak w gardle rośnie mi gula.

– Ale ja nie chcę być sama. – Wyrzucam z siebie, zanim zdążę się powstrzymać.

– Przecież nie jesteś sama. Jesteśmy blisko, zawsze możesz zadzwonić, przyjść do nas. – Odpowiada, a ja czuję, że to nie to samo. Rozmowa kończy się szybko, a ja zostaję z ciszą, która boli bardziej niż jakiekolwiek słowa.

Odkąd zmarł mój mąż, życie straciło barwy. Pracuję jeszcze na pół etatu w bibliotece, bo tylko to trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Książki, które kiedyś kochałam, teraz są tylko tłem do codzienności. W pracy nikt nie pyta, jak się czuję. Każdy jest zajęty sobą, a ja coraz częściej łapię się na tym, że nie mam z kim porozmawiać.

Córka, Kasia, mieszka niedaleko. Ma dwójkę dzieci, męża, dom pełen życia. Często do nich chodzę – zawsze przyjmują mnie ciepło, częstują herbatą, pytają, co u mnie. Ale im częściej tam jestem, tym trudniej wracać do pustego mieszkania. Kiedyś zaproponowałam Kasi, żebyśmy zamieszkały razem. Uśmiechnęła się smutno i powiedziała: „Mamo, kocham cię, ale mamy tu swój świat. Ty też powinnaś mieć swój”.

Nie rozumiem tego. Przecież kiedyś rodziny mieszkały razem, pomagały sobie, wspierały się. Teraz każdy chce mieć własną przestrzeń, własne życie. A ja? Ja czuję się jak niepotrzebny mebel, który tylko przeszkadza.

Próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie. Zapisałam się na zajęcia dla seniorów w domu kultury. Byłam tam raz. Siedziałam wśród obcych ludzi, którzy rozmawiali o swoich wnukach, chorobach i przepisach na ciasta. Czułam się jeszcze bardziej samotna niż w domu. Nie mam żadnych zainteresowań, nie szukam ich. Może jestem już za stara na nowe początki?

Dzieci mówią mi, że przesadzam. „Mamo, nie jesteś stara! Możesz robić, co chcesz, poznawać ludzi, podróżować!” – śmieje się Kasia. Ale ja wiem, że to tylko słowa. Tak naprawdę nie chcą mnie u siebie. Może boją się, że będę im przeszkadzać, że będę narzekać, że nie będę pasować do ich świata.

Czasem słyszę, jak Asia, żona Tomka, mówi do niego w kuchni, kiedy myślą, że nie słyszę: „Twoja mama jest kochana, ale ja nie wyobrażam sobie mieszkać z nią pod jednym dachem. Potrzebuję swojej przestrzeni, swojego spokoju”. Rozumiem ją, ale to boli. Przecież ja też potrzebuję bliskości, rozmowy, obecności drugiego człowieka.

Wieczorami siadam w fotelu i patrzę na zdjęcia. Mój mąż, dzieci, wnuki. Wszyscy uśmiechnięci, szczęśliwi. A ja? Ja jestem tylko tłem, dodatkiem do ich życia. Czasem zastanawiam się, czy gdybym była inna – weselsza, bardziej otwarta, mniej wymagająca – to coś by się zmieniło. Może wtedy chcieliby ze mną mieszkać?

Ostatnio coraz częściej myślę o tym, żeby sprzedać mieszkanie i kupić coś mniejszego. Może wtedy dzieci zobaczą, że naprawdę potrzebuję ich bliskości? Może wtedy zrozumieją, że nie chodzi o wygodę, tylko o to, żeby nie być samotną? Ale boję się, że nawet wtedy zostanę sama.

W pracy koleżanka, pani Zofia, powiedziała mi ostatnio: „Mario, musisz nauczyć się być sama ze sobą. Dzieci mają swoje życie, ty musisz znaleźć swoje”. Łatwo powiedzieć. Ja przez całe życie byłam dla innych – dla męża, dla dzieci, dla wnuków. Teraz, kiedy zostałam sama, nie wiem, kim jestem.

Czasem próbuję rozmawiać z dziećmi o tym, co czuję. Tomek mówi: „Mamo, nie możesz uzależniać swojego szczęścia od nas. Musisz znaleźć coś, co cię cieszy”. Kasia dodaje: „Może spróbujesz czegoś nowego? Malowania, tańca, podróży?”. Ale ja nie potrafię. Nie umiem być szczęśliwa sama.

Najgorsze są święta. Wszyscy spotykamy się przy jednym stole, śmiejemy się, rozmawiamy. Ale kiedy wracam do domu, czuję się jeszcze bardziej samotna. Wtedy myślę, że może lepiej byłoby, gdyby ktoś ze mną zamieszkał. Nawet jeśli miałabym być tylko opiekunką do dzieci, kucharką, sprzątaczką – byle nie być sama.

Ostatnio powiedziałam Tomkowi: „Synku, ja naprawdę nie chcę być ciężarem. Chcę tylko być blisko was”. Spojrzał na mnie smutno i odpowiedział: „Mamo, jesteś dla nas ważna, ale musisz nauczyć się żyć dla siebie”.

Nie wiem, jak ich przekonać. Może nie powinnam próbować? Może powinnam zaakceptować, że każdy ma swoje życie, a ja muszę znaleźć swoje miejsce w tym nowym świecie? Ale jak to zrobić, kiedy wszystko, co kochałam, już minęło?

Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem problemem. Może za bardzo się narzucam, może za bardzo tęsknię za bliskością? Czy to źle, że chcę być potrzebna? Czy w dzisiejszych czasach miejsce starszej osoby jest tylko na marginesie rodziny?

Patrzę na swoje odbicie w oknie i pytam siebie: czy jeszcze kiedyś poczuję się naprawdę potrzebna? Czy samotność to już mój los? A może powinnam spróbować jeszcze raz – znaleźć w sobie odwagę, żeby żyć inaczej? Co wy byście zrobili na moim miejscu?