„Tak będzie lepiej dla wszystkich” – historia, która rozdarła moje życie na pół
– Tak będzie lepiej dla wszystkich – powiedział Michał, patrząc mi prosto w oczy. Jego głos był spokojny, niemal obojętny. Siedział przy kuchennym stole, ten sam, przy którym przez piętnaście lat piliśmy poranną kawę i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Teraz każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka.
Nie płakałam od razu. Siedziałam naprzeciwko niego, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Dlaczego?” Przecież jeszcze wczoraj śmialiśmy się razem z naszych dzieci, planowaliśmy wakacje nad morzem. Czy naprawdę wszystko było kłamstwem?
– Dla wszystkich? – powtórzyłam cicho, ledwo słyszalnie. – A co ze mną? Czy ja też się liczę?
Michał spuścił wzrok. – Wiem, że to trudne, Aniu. Ale… my już od dawna tylko udajemy. Dla dzieci, dla rodziny. Nie chcę tak żyć.
Wstałam gwałtownie, krzesło zaskrzypiało na kafelkach. – A może to ty nie chcesz tak żyć? Może znalazłeś sobie kogoś? – zapytałam z goryczą.
Nie odpowiedział od razu. Milczenie było gorsze niż jakiekolwiek wyznanie. W końcu wzruszył ramionami.
– To nie tak… Po prostu… jestem zmęczony tym wszystkim.
Wybiegłam z kuchni, trzaskając drzwiami. W łazience oparłam się o zimne kafelki i pozwoliłam łzom płynąć. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko zły sen.
Następne dni były jak życie pod wodą – wszystko działo się jakby obok mnie. Dzieci – Zosia i Kuba – patrzyły na mnie pytająco, ale nie potrafiłam im nic powiedzieć. Michał spał na kanapie w salonie, a ja przewracałam się z boku na bok w naszej sypialni, czując pustkę po jego stronie łóżka.
Mama zadzwoniła po tygodniu.
– Aniu, co się dzieje? Michał był u nas po rzeczy dla dzieci… – Jej głos był pełen niepokoju.
– Rozstajemy się – powiedziałam bezbarwnie.
– Co?! Przecież wy zawsze byliście tacy zgodni! Coś ty mu zrobiła?
Zacisnęłam pięści. Zawsze to samo – winna jest kobieta. Może za mało się starałam? Może za bardzo? Może powinnam była być inną żoną?
Wieczorem Michał przyszedł do kuchni, kiedy robiłam herbatę.
– Musimy im powiedzieć – powiedział cicho, wskazując głową na drzwi do pokoju dzieci.
– Nie umiem – szepnęłam. – Nie wiem, jak im to powiedzieć.
Usiedliśmy razem na kanapie. Zosia wtuliła się we mnie, Kuba patrzył na nas szeroko otwartymi oczami.
– Kochani… Tata i ja… musimy się rozstać – zaczęłam drżącym głosem.
Zosia rozpłakała się natychmiast. Kuba zacisnął usta i wybiegł do swojego pokoju. Michał próbował coś tłumaczyć, mówić o tym, że nadal będziemy rodziną, ale wiedziałam, że dla nich świat właśnie się zawalił.
Następne tygodnie były koszmarem. Mama dzwoniła codziennie, wypominając mi błędy i sugerując, żebym „przemyślała swoje zachowanie”. Teściowa przestała się odzywać w ogóle. Znajomi zaczęli unikać spotkań – jakby rozwód był zaraźliwy.
W pracy nie potrafiłam się skupić. Szefowa patrzyła na mnie z politowaniem.
– Aniu, jeśli potrzebujesz wolnego… – zaczęła raz nieśmiało.
– Nie chcę wolnego – przerwałam jej ostro. – Chcę tylko normalności.
Ale normalność już nie istniała. Każdy dzień był walką o przetrwanie – o to, żeby dzieci poszły do szkoły z czystymi ubraniami, żeby w lodówce było mleko, żeby nie rozpłakać się przy kasie w Biedronce.
Pewnego wieczoru Michał przyszedł po dzieci na weekend. Stał w przedpokoju, trzymając kurtki Zosi i Kuby.
– Aniu… naprawdę mi przykro – powiedział cicho.
Spojrzałam na niego z wściekłością i rozpaczą jednocześnie.
– Przykro ci? To czemu nie walczyłeś? Czemu nie próbowałeś niczego naprawić?
Westchnął ciężko.
– Bo już nie miałem siły. I ty też nie miałaś. Po prostu baliśmy się przyznać.
Zamknęłam za nimi drzwi i osunęłam się na podłogę. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do mamy i poprosić o pomoc, ale wiedziałam, że usłyszę tylko kolejne wyrzuty.
Wieczorami przeglądałam stare zdjęcia – ślubne, z chrztu dzieci, z wakacji w Zakopanem. Szukałam na nich śladów szczęścia i zastanawiałam się, kiedy to wszystko zaczęło się psuć. Czy wtedy, gdy Michał wracał coraz później z pracy? Czy wtedy, gdy przestaliśmy ze sobą rozmawiać o czymś więcej niż rachunki i obowiązki?
Pewnego dnia spotkałam w sklepie Kasię – dawną koleżankę ze studiów.
– Anka! Co u ciebie? Dawno cię nie widziałam!
Uśmiechnęłam się blado.
– Rozwodzę się – powiedziałam bez ogródek.
Kasia objęła mnie bez słowa. Poczułam ulgę – pierwszy raz ktoś po prostu był przy mnie bez oceniania.
Zaczęłyśmy spotykać się częściej. Kasia była po rozwodzie od dwóch lat i wiedziała dokładnie, przez co przechodzę.
– Najgorsze minie – zapewniała mnie pewnego wieczoru przy winie. – Potem zaczniesz oddychać pełną piersią.
Nie wierzyłam jej wtedy. Ale powoli zaczynałam dostrzegać światło w tunelu. Dzieci przyzwyczajały się do nowej rzeczywistości. Zosia przestała płakać co noc, Kuba zaczął opowiadać mi o swoich szkolnych sprawach.
Mama w końcu pogodziła się z sytuacją i zaprosiła mnie na obiad bez wyrzutów sumienia.
Czasem jeszcze budzę się w nocy i pytam siebie: „Czy mogłam coś zrobić inaczej?” Ale coraz częściej myślę: „Może to naprawdę było lepsze dla wszystkich?”
Czy można nauczyć się być szczęśliwą na nowo? Czy samotność to zawsze porażka… czy może początek czegoś ważniejszego?