Wakacje, które zmieniły wszystko: Opowieść o rodzinie, zdradzie i poszukiwaniu siebie
– Anka, musimy porozmawiać – głos Pawła był cichy, ale wibrował napięciem. Stał w progu wynajętego domku nad jeziorem, z rękami w kieszeniach, jakby szukał w nich odwagi.
Spojrzałam na niego znad kubka kawy. Był pierwszy dzień naszego urlopu na Mazurach. Dzieci jeszcze spały, a ja czułam w sobie tę rzadką lekkość, która pojawia się tylko wtedy, gdy człowiek na chwilę zapomina o codzienności. Ale coś w jego oczach sprawiło, że serce zaczęło mi bić szybciej.
– O co chodzi? – zapytałam, starając się brzmieć spokojnie.
Paweł podszedł bliżej. Przez chwilę patrzył przez okno na jezioro, jakby szukał tam odpowiedzi. – To nie jest łatwe… – zaczął. – Ale musisz wiedzieć. Nie mogę już dłużej udawać.
W tej chwili wiedziałam już wszystko. Nie potrzebowałam słów. Przez ostatnie miesiące czułam, że coś się zmieniło. Jego nieobecność, krótkie odpowiedzi, wieczne zmęczenie. Ale łudziłam się, że to tylko praca, stres, może kryzys wieku średniego.
– Masz kogoś? – zapytałam cicho.
Nie odpowiedział od razu. Widziałam, jak walczy ze sobą. W końcu skinął głową.
– Przepraszam – wyszeptał.
W tej chwili poczułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi grunt spod nóg. Wszystko, co znałam – nasz dom w Olsztynie, wspólne wieczory przy winie, śmiech dzieci – nagle stało się odległe i obce. Chciałam krzyczeć, płakać, rzucić się na niego z pięściami. Ale siedziałam tylko nieruchomo, czując jak łzy spływają mi po policzkach.
– Kto to? – spytałam po chwili.
– Marta… z pracy – odpowiedział. – To nie tak miało być…
Zaśmiałam się gorzko. Marta. Zawsze była taka miła na firmowych spotkaniach. Przynosiła ciasta na święta i opowiadała o swoim psie. Nigdy nie podejrzewałam…
– I co teraz? – zapytałam.
Paweł spuścił głowę. – Nie wiem. Chciałem ci powiedzieć tutaj… żeby dzieci nie słyszały…
W tej chwili usłyszałam tupot małych stóp na schodach. Zosia wbiegła do kuchni z rozczochranymi włosami i uśmiechem na twarzy.
– Mamo! Idziemy dziś popływać? – zapytała radośnie.
Spojrzałam na Pawła. W jego oczach zobaczyłam strach i żal. Uśmiechnęłam się do córki, choć serce miałam rozdarte.
– Oczywiście, kochanie – powiedziałam drżącym głosem.
Tamten dzień był jak koszmar na jawie. Próbowałam zachowywać się normalnie dla dzieci: śniadanie na tarasie, zabawa w wodzie, lody w pobliskiej kawiarni. Ale każda chwila była podszyta bólem i poczuciem zdrady. Paweł był cichy, unikał mojego wzroku. Wieczorem zamknął się w pokoju pod pretekstem bólu głowy.
Zostałam sama na tarasie z lampką wina i tysiącem myśli. Próbowałam sobie przypomnieć moment, kiedy wszystko zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy Paweł coraz częściej zostawał po godzinach? A może to ja byłam zbyt zajęta dziećmi i pracą?
Następnego dnia postanowiłam zadzwonić do mamy. Potrzebowałam jej głosu bardziej niż kiedykolwiek.
– Aniu, co się stało? – zapytała od razu, słysząc mój płacz.
Opowiedziałam jej wszystko. Przez chwilę milczała.
– Wiedziałam… – powiedziała cicho. – Widziałam go ostatnio z jakąś kobietą w galerii… Myślałam, że to koleżanka z pracy…
Poczułam się jeszcze gorzej. Nawet mama wiedziała wcześniej ode mnie.
– Co mam zrobić? – zapytałam bezradnie.
– Musisz pomyśleć o sobie i dzieciach – odpowiedziała stanowczo. – Nie pozwól mu zniszczyć ci życia.
Ale jak miałam to zrobić? Jak żyć dalej z człowiekiem, który mnie zdradził?
Kolejne dni były jak walka o przetrwanie. Udawaliśmy przed dziećmi normalność: wycieczki rowerowe, ogniska nad jeziorem, wspólne gry planszowe wieczorami. Ale między mną a Pawłem rosła przepaść nie do pokonania.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem na tarasie. Dzieci spały, a cisza była ciężka jak ołów.
– Co zamierzasz zrobić? – zapytałam go w końcu.
Paweł spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Nie wiem… Kocham Martę… Ale kocham też was…
Poczułam wściekłość.
– Nie można kochać dwóch osób naraz! – syknęłam przez zaciśnięte zęby.
– Może nie można… Ale tak właśnie czuję…
Zacisnęłam pięści na poręczy krzesła.
– Musisz wybrać! Albo my, albo ona!
Paweł milczał długo.
– Potrzebuję czasu…
Wstałam gwałtownie i weszłam do środka, trzaskając drzwiami.
Tamtej nocy nie mogłam zasnąć. Myśli kłębiły mi się w głowie: co powiem dzieciom? Jak wrócimy do domu? Czy powinnam walczyć o nasze małżeństwo?
Rano podjęłam decyzję. Spakowałam walizki swoje i dzieci.
– Wracamy do domu – oznajmiłam Pawłowi bez emocji.
Nie protestował. Pomógł nam się spakować i odprowadził do samochodu. Zosia płakała, że nie chce wyjeżdżać tak szybko z wakacji. Michaś patrzył na mnie wielkimi oczami pełnymi pytań.
Droga powrotna była najdłuższą podróżą mojego życia. Dzieci zasnęły na tylnym siedzeniu, a ja płakałam cicho za kierownicą.
W domu było jeszcze gorzej niż nad jeziorem. Każdy kąt przypominał mi o szczęśliwych chwilach: wspólne gotowanie w kuchni, śmiech przy stole, zabawy w ogrodzie. Teraz wszystko było puste i zimne.
Paweł wrócił dwa dni później po rzeczy. Nie rozmawialiśmy wiele. Powiedział tylko:
– Muszę to wszystko przemyśleć…
Zostałam sama z dziećmi i własnym bólem.
Przez kolejne tygodnie funkcjonowałam jak automat: praca zdalna, odwożenie dzieci do przedszkola i szkoły, zakupy, sprzątanie. Wieczorami płakałam do poduszki albo pisałam długie maile do przyjaciółki Kasi z Warszawy.
To ona pierwsza powiedziała mi coś ważnego:
– Anka, musisz zacząć żyć dla siebie! Nie możesz pozwolić, żeby jego zdrada cię zniszczyła!
Z początku nie wierzyłam w to ani trochę. Ale powoli zaczęło do mnie docierać: jeśli nie zadbam o siebie, nikt tego za mnie nie zrobi.
Zaczęłam biegać wieczorami po lesie za osiedlem. Zapisałam się na jogę online. Kupiłam sobie nową sukienkę – czerwoną, choć zawsze uważałam ten kolor za zbyt odważny dla siebie.
Dzieci pytały czasem o tatę. Odpowiadałam wymijająco: „Tata musi teraz dużo pracować”. Wiedziałam jednak, że długo tak nie pociągnę.
Któregoś dnia Paweł zadzwonił:
– Chciałbym zobaczyć się z dziećmi…
Zgodziłam się niechętnie. Przyszedł wieczorem z wielkim pluszowym misiem dla Zosi i nową grą dla Michała. Dzieci rzuciły mu się na szyję, a ja poczułam ukłucie zazdrości i żalu jednocześnie.
Po ich spotkaniu usiedliśmy razem przy stole w kuchni.
– Anka… Ja… Chyba podjąłem decyzję – zaczął niepewnie.
Spojrzałam na niego chłodno.
– I?
– Chcę być z Martą… Przepraszam…
Poczułam ulgę i ból jednocześnie. Przynajmniej wiedziałam już wszystko.
– Dobrze – powiedziałam tylko.
Po jego wyjściu długo siedziałam sama przy stole. W końcu zadzwoniłam do Kasi:
– To koniec… Wybrał ją…
Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam ciszę, a potem:
– To teraz czas na ciebie! Zacznij żyć!
Minęły miesiące zanim naprawdę poczułam się wolna od bólu i żalu. Zaczęłam spotykać się z ludźmi: kawa z sąsiadką Magdą, kino z koleżankami z pracy, samotne spacery po starówce Olsztyna. Powoli uczyłam się być sama ze sobą i nawet to polubiłam.
Dzieci przywykły do nowej sytuacji szybciej niż ja. Czasem pytały o tatę i Martę; starałam się nie okazywać im żalu ani gniewu.
Któregoś dnia Zosia zapytała:
– Mamo, czy ty jesteś teraz szczęśliwa?
Zastanowiłam się chwilę zanim odpowiedziałam:
– Uczę się być szczęśliwa na nowo…
Czasem jeszcze budzę się w nocy i pytam sama siebie: czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy bycie silną oznacza zapomnienie o przeszłości? A może prawdziwa siła to pozwolić sobie na ból i mimo wszystko iść dalej?