Wędrówka Dusz: Historia Olgi i Małgosi

Wszystko zaczęło się pewnego listopadowego popołudnia, kiedy pierwszy raz spojrzałam w oczy Małgosi. Miała wtedy zaledwie kilka miesięcy, a ja – Olga – stałam nad jej łóżeczkiem, czując, jak serce bije mi szybciej z każdą sekundą. To nie był zwykły strach, to było coś głębszego, coś, co ściskało mnie od środka. W jej oczach zobaczyłam spojrzenie, które znałam aż za dobrze – spojrzenie mojej matki, Anny, która odeszła osiem miesięcy wcześniej.

Nie wierzyłam w żadne duchy, reinkarnacje czy inne mistyczne sprawy. Zawsze byłam racjonalna, twardo stąpałam po ziemi, a świat tłumaczyłam sobie logiką i nauką. Ale tutaj… tutaj wszystko się rozmywało. Małgosia była córką mojej siostry, Justyny, która po śmierci mamy zamknęła się w sobie, a jej małżeństwo z Markiem wisiało na włosku. Wszyscy w rodzinie udawali, że wszystko jest w porządku, ale ja widziałam, jak bardzo się mylą.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam z Justyną przy kuchennym stole, Małgosia zaczęła płakać. Justyna westchnęła ciężko, rzucając mi spojrzenie pełne zmęczenia. – Olga, możesz ją wziąć na chwilę? Ja już nie mam siły…

Wzięłam Małgosię na ręce. Przestała płakać niemal natychmiast, a jej małe paluszki zacisnęły się na moim palcu. Spojrzała na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem. I wtedy, nie wiem, czy to był przypadek, czy coś więcej, usłyszałam cichy szept: – Nie martw się, Olgo, wszystko się ułoży…

Zamarłam. To były dokładnie te same słowa, które mama powtarzała mi przez całe życie, zwłaszcza wtedy, gdy świat walił mi się na głowę. Przez chwilę miałam wrażenie, że to ona do mnie mówi, przez usta tej małej dziewczynki. Próbowałam się otrząsnąć, wmówić sobie, że to tylko zmęczenie, ale nie potrafiłam.

Zaczęłam obserwować Małgosię. Z każdym dniem dostrzegałam coraz więcej podobieństw – gesty, mimika, nawet sposób, w jaki marszczyła nos, gdy coś jej się nie podobało. Przypomniałam sobie, jak mama zawsze mówiła, że dusze ludzi są jak ptaki – czasem odlatują, ale zawsze szukają drogi powrotnej. Czy to możliwe, że jej dusza wróciła do nas w ciele Małgosi?

Rodzina zaczęła się niepokoić moim zachowaniem. Marek, mąż Justyny, patrzył na mnie z ukosa, jakbym postradała zmysły. – Olga, przestań. To tylko dziecko. Szukasz sensacji tam, gdzie jej nie ma – mówił, gdy próbowałam podzielić się swoimi przemyśleniami.

Ale ja nie mogłam przestać. Zaczęłam rozmawiać z Małgosią, opowiadać jej o mamie, o tym, jak bardzo za nią tęsknię. Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy razem na dywanie, Małgosia spojrzała na mnie poważnie i powiedziała: – Nie płacz, Olgo. Jestem tu.

Zamarłam. Miała wtedy niecałe dwa lata, a jej słowa brzmiały tak dojrzale, tak znajomo. Przypomniałam sobie, jak mama tuliła mnie po nocach, gdy bałam się burzy, powtarzając dokładnie te same słowa.

Zaczęłam szukać odpowiedzi. Przeczytałam dziesiątki książek o reinkarnacji, duszach, wędrówkach po śmierci. Rozmawiałam z księdzem, który tylko pokręcił głową i powiedział, że to grzech, że nie powinnam się tym zajmować. Ale ja nie mogłam przestać. Coś w środku kazało mi drążyć dalej.

W międzyczasie w domu Justyny narastały konflikty. Marek coraz częściej znikał wieczorami, a Justyna zamykała się w łazience, płacząc po cichu. Próbowałam z nią rozmawiać, ale odpychała mnie, jakby bała się, że zaraz powiem coś, czego nie chce usłyszeć.

Pewnego dnia doszło do awantury. Marek wrócił pijany, rzucił kluczami o stół i zaczął krzyczeć na Justynę. Małgosia schowała się za moimi plecami, a ja poczułam, jak ogarnia mnie wściekłość. – Przestań! – krzyknęłam. – Ona nie jest winna twoim problemom!

Marek spojrzał na mnie z pogardą. – Ty się lepiej nie wtrącaj, Olgo. Zawsze byłaś tą najmądrzejszą, a teraz jeszcze wymyślasz jakieś bzdury o duszach. Może to ty powinnaś się leczyć?

Justyna rozpłakała się, a ja zabrałam Małgosię do swojego mieszkania na kilka dni. W tym czasie próbowałam zrozumieć, co się dzieje. Małgosia była spokojna, jakby wiedziała, że jest bezpieczna. Wieczorami siadała na moich kolanach i patrzyła na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem. – Olgo, nie bój się. Wszystko będzie dobrze – powtarzała.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to możliwe, że dusza mamy wróciła do nas, by nas chronić. Czy to ona daje mi siłę, by walczyć o Justynę i Małgosię? Czy to ona sprawia, że nie potrafię odpuścić, choć wszyscy wokół mówią, że powinnam?

Po kilku dniach wróciłyśmy do domu Justyny. Marek był nieobecny, a Justyna wyglądała na wyczerpaną. Usiadłyśmy razem w kuchni, a ja opowiedziałam jej o wszystkim, co czułam. O tym, jak bardzo tęsknię za mamą, jak bardzo boję się, że ją stracę po raz drugi. Justyna słuchała w milczeniu, a potem przytuliła mnie mocno.

– Też to czuję, Olgo – wyszeptała. – Czasem, gdy patrzę na Małgosię, mam wrażenie, że widzę mamę. Ale boję się o tym mówić, bo Marek… on by tego nie zrozumiał.

Siedziałyśmy tak długo, trzymając się za ręce, jakbyśmy bały się, że jeśli puścimy, wszystko się rozpadnie. Małgosia bawiła się w kącie, śpiewając pod nosem starą kołysankę, którą mama śpiewała nam, gdy byłyśmy małe.

Z czasem zaczęłyśmy rozmawiać o mamie coraz częściej. O jej śmiechu, o tym, jak potrafiła rozładować każdą kłótnię, jak dbała o nas, nawet gdy sama była zmęczona życiem. Zrozumiałyśmy, że Małgosia jest dla nas nie tylko córką Justyny, ale też mostem do przeszłości, do mamy, której tak bardzo nam brakowało.

Marek w końcu odszedł. Zostawił Justynę i Małgosię, twierdząc, że nie wytrzyma w domu pełnym duchów i wspomnień. Było nam ciężko, ale wiedziałyśmy, że musimy być silne. Dla siebie, dla Małgosi, dla mamy, która – wierzyłyśmy – wciąż jest z nami.

Dziś, gdy patrzę na Małgosię, widzę w niej nie tylko moją siostrzenicę, ale też cząstkę mamy. Jej gesty, słowa, nawet sposób, w jaki się uśmiecha, przypominają mi, że dusze naprawdę mogą wędrować, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

Czasem zastanawiam się, czy to wszystko dzieje się naprawdę, czy to tylko moja wyobraźnia, która nie potrafi pogodzić się ze stratą. Ale potem Małgosia przychodzi do mnie, przytula się i szepcze: – Olgo, nie bój się. Jestem tu.

Czy to możliwe, że dusze naprawdę wracają do tych, których kochają najbardziej? Czy to tylko nasza tęsknota sprawia, że widzimy to, co chcemy zobaczyć? A może… może miłość naprawdę nie zna granic? Co o tym myślicie?