Wychowałem ją jak własną… A ona nawet nie zaprosiła mnie na ślub
— Wojtek, nie przesadzaj, przecież to tylko dziecko — powiedziała Agnieszka, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Zosię. Stała za matką, z wielkimi oczami pełnymi niepewności, a ja czułem się jak intruz w ich świecie. Mimo to, kiedy podeszła do mnie i cicho szepnęła „dzień dobry”, poczułem coś, czego nie potrafiłem nazwać. Może to była litość? A może już wtedy zaczęło się rodzić we mnie uczucie odpowiedzialności?
Agnieszka była wdową od dwóch lat, kiedy się poznaliśmy. Jej mąż zginął w wypadku samochodowym, zostawiając ją samą z czteroletnią córką. Nasza miłość nie była łatwa — wszyscy wokół szeptali, że „to za szybko”, że „dziecko potrzebuje czasu”. Ale ja byłem zakochany i gotów na wszystko. Kiedy się pobraliśmy, Zosia miała pięć lat. Pamiętam jej pierwsze „tato”, wypowiedziane nieśmiało przy stole podczas obiadu. Agnieszka się wzruszyła, a ja poczułem dumę, jakiej nigdy wcześniej nie znałem.
Przez lata starałem się być dla niej ojcem. Uczyłem ją jeździć na rowerze, chodziłem na wywiadówki, pomagałem przy lekcjach. Kiedy miała gorączkę, siedziałem przy jej łóżku całą noc. Były też trudne chwile — Zosia czasem zamykała się w sobie, płakała po nocach. Wiedziałem, że tęskni za ojcem, którego ledwo pamiętała. Starałem się nie wchodzić w jego buty, ale być obok niej zawsze wtedy, gdy mnie potrzebowała.
Z biegiem lat nasza relacja się zmieniała. Zosia dorastała, pojawiły się pierwsze sekrety, pierwsze kłamstwa. Pamiętam dzień, kiedy przyszła do domu z rozmazanym makijażem i łzami w oczach — pierwszy zawód miłosny. Usiadłem obok niej na łóżku i po prostu słuchałem. Nie pytałem, nie oceniałem. Chciałem tylko, żeby wiedziała, że zawsze może na mnie liczyć.
Agnieszka często powtarzała: „Wojtek, jesteś dla niej jak prawdziwy ojciec”. Ale ja wiedziałem, że to nie do końca prawda. Były momenty, gdy czułem się jak ktoś obcy — zwłaszcza podczas rodzinnych uroczystości, gdy babcia Zosi wspominała jej „prawdziwego tatę”. Bolało mnie to, ale nigdy nie dałem tego po sobie poznać.
Kiedy Zosia skończyła osiemnaście lat, zaczęły się poważniejsze konflikty. Chciała wyjechać na studia do Warszawy. Agnieszka była przeciwna — bała się o nią. Ja próbowałem być mediatorem. „Pozwól jej spróbować”, mówiłem żonie. „Nie możemy jej trzymać pod kloszem”. W końcu Zosia wyjechała. Przez pierwsze miesiące dzwoniła codziennie. Potem coraz rzadziej.
Z czasem nasze kontakty ograniczyły się do krótkich rozmów przez telefon i kilku spotkań w roku. Czułem, że tracę ją z każdym kolejnym miesiącem. Agnieszka próbowała mnie pocieszać: „To normalne, dorosłe dzieci odchodzą”. Ale ja nie mogłem się z tym pogodzić.
Pewnego dnia Agnieszka wróciła do domu z dziwną miną.
— Wojtek… Zosia wychodzi za mąż.
— Co? Kiedy? Dlaczego nic mi nie powiedziała?
— Sama dowiedziałam się przypadkiem…
Serce mi zamarło. Próbowałem zadzwonić do Zosi — nie odbierała. Napisałem wiadomość: „Córciu, gratuluję! Kiedy możemy się spotkać?” Odpisała dopiero po dwóch dniach: „Dziękuję, tato. Odezwę się.”
Czekałem tygodniami na telefon. W końcu Agnieszka dostała zaproszenie na ślub — tylko dla siebie. Mnie nie było na liście gości.
— To chyba jakaś pomyłka — powiedziałem z niedowierzaniem.
Agnieszka spuściła wzrok.
— Wojtek… Ona powiedziała, że… że to dla niej za trudne. Że nie chce komplikować sytuacji z rodziną narzeczonego.
Poczułem się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Wszystkie wspólne lata, wszystkie noce spędzone przy jej łóżku, wszystkie rozmowy — nagle przestały mieć znaczenie. Próbowałem zrozumieć jej decyzję. Może rzeczywiście byłem tylko „tym drugim”? Może nigdy nie byłem dla niej prawdziwym ojcem?
W dniu ślubu Zosi siedziałem sam w kuchni i patrzyłem na stare zdjęcia. Na jednym z nich trzymam ją za rękę podczas pierwszego dnia szkoły. Na innym śmiejemy się razem na wakacjach nad morzem. Łzy same napływały mi do oczu.
Agnieszka wróciła późno wieczorem.
— Było pięknie — powiedziała cicho.
Nie odpowiedziałem nic. W mojej głowie kłębiły się pytania bez odpowiedzi.
Minęło już kilka miesięcy od tamtego dnia. Zosia rzadko dzwoni. Czasem wysyła krótką wiadomość na święta czy urodziny. Staram się nie mieć żalu… Ale czy to możliwe? Czy można kochać cudze dziecko jak własne i nie oczekiwać niczego w zamian? Czy bycie ojczymem to zawsze bycie kimś „na chwilę”? Może popełniłem gdzieś błąd? Może powinienem był być bardziej stanowczy? A może po prostu tak wygląda życie?
Czasem patrzę na zdjęcia i zastanawiam się: czy warto było tyle dawać z siebie dla kogoś, kto ostatecznie odwrócił się plecami? A może prawdziwa miłość polega właśnie na tym, żeby pozwolić odejść… Nawet jeśli boli bardziej niż cokolwiek innego.