Wyrzucona z domu o północy: Jak zdrada najbliższych zmieniła moje życie i losy moich dzieci

Zimny wiatr przeszywał moją cienką kurtkę, kiedy stałam na progu domu, który jeszcze kilka godzin temu był moim schronieniem. Trzymałam na rękach trójkę moich maleńkich dzieci, a łzy zamarzały mi na policzkach. „Nie wracaj tu więcej, Aneto!” – krzyczała moja teściowa, pani Halina, z okna, a jej głos odbijał się echem po pustej ulicy. Mój mąż, Paweł, stał obok niej, zaciśnięte pięści i wzrok wbity w ziemię. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy.

Jeszcze rano wszystko wydawało się normalne. Paweł wrócił z pracy, dzieci spały, a ja przygotowywałam kolację. Ale potem przyszła ta rozmowa. „Aneta, musimy porozmawiać” – powiedział Paweł, a ja poczułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej. „Mama uważa, że nie nadajesz się na żonę. Że nie radzisz sobie z domem, z dziećmi. Że tylko przynosisz nam wstyd. I… ja się z nią zgadzam.” Zaniemówiłam. Przez chwilę myślałam, że to żart. Ale potem zobaczyłam w jego oczach chłód, którego nigdy wcześniej nie widziałam. „Wynoś się. Dzisiaj.”

Nie miałam dokąd pójść. Moja mama zmarła kilka lat temu, ojciec odszedł, gdy byłam mała. Przyjaciółki? Po ślubie Paweł skutecznie odciął mnie od wszystkich. „Rodzina jest najważniejsza” – powtarzał. Teraz ta rodzina wyrzucała mnie na bruk. Spakowałam kilka rzeczy do torby, ubrałam dzieci i wyszłam. Była północ. Śnieg zacinał, a ja szłam przez miasto, nie wiedząc, gdzie się podziać.

W autobusie, którym jechałam na dworzec, starsza pani spojrzała na mnie z troską. „Dziecko, co się stało?” – zapytała. Zaczęłam płakać. Opowiedziałam jej wszystko. „Nie martw się, kochanie. Jutro będzie lepiej. Zobaczysz.” Ale ja nie wierzyłam. Wtedy nie wierzyłam w nic.

Przez kilka dni spałam z dziećmi w noclegowni. Było tam zimno, brudno, a inne kobiety patrzyły na mnie z litością. Jedna z nich, pani Zofia, dała mi swój koc. „Masz, przyda ci się bardziej niż mnie.” Wtedy po raz pierwszy poczułam, że nie jestem sama.

Wkrótce znalazłam pracę w piekarni na Pradze. Właścicielka, pani Barbara, była surowa, ale sprawiedliwa. „Nie interesuje mnie twoja przeszłość. Pracujesz dobrze, dostajesz wypłatę. Ale nie spóźniaj się, bo wylecisz.” Pracowałam po nocach, dzieci zostawiałam pod opieką sąsiadki z noclegowni. Często wracałam do nich nad ranem, zmęczona, ale szczęśliwa, że mam dla nich choćby kawałek chleba.

Pewnego dnia dostałam list. Nadawcą był notariusz z Krakowa. „Pani Aneto, zmarła pani ciotka, Jadwiga Nowak. Zgodnie z testamentem jest pani jedyną spadkobierczynią jej majątku.” Zamarłam. Jadwiga była siostrą mojej mamy, z którą nie utrzymywałam kontaktu od lat. Podobno była bogata, ale nigdy nie chciała się tym chwalić.

Pojechałam do Krakowa. W kancelarii notarialnej dowiedziałam się, że odziedziczyłam kamienicę w centrum miasta i spore oszczędności. „To wszystko jest pani” – powiedział notariusz, wręczając mi klucze. Nie mogłam uwierzyć. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do Pawła i powiedzieć mu, co stracił. Ale nie zrobiłam tego.

Z dziećmi przeprowadziłam się do Krakowa. Wynajęłam mieszkania w kamienicy, a z czynszu mogłam spokojnie żyć. Dzieci poszły do przedszkola, ja zaczęłam studia zaoczne. Chciałam być kimś więcej niż tylko „żoną i matką”. Zaczęłam poznawać nowych ludzi, powoli odzyskiwałam wiarę w siebie.

Pewnego dnia, kiedy odbierałam dzieci z przedszkola, zobaczyłam Pawła. Stał pod bramą, zmizerniały, z podkrążonymi oczami. „Aneta, musimy porozmawiać” – zaczął niepewnie. „Nie mam gdzie mieszkać. Mama wyrzuciła mnie z domu. Straciłem pracę. Proszę, pomóż mi.” Patrzyłam na niego i czułam tylko pustkę. „Dlaczego miałabym ci pomóc?” – zapytałam. „Bo jesteśmy rodziną. Bo masz pieniądze.”

Wtedy zrozumiałam, że nigdy mnie nie kochał. Byłam dla niego wygodą, służącą, matką jego dzieci. Teraz, kiedy nie miał już nic, przyszedł po pomoc. „Nie jestem już tą samą Anetą, którą wyrzuciłeś na ulicę” – powiedziałam cicho. „Radź sobie sam.”

Wieczorem długo rozmawiałam z dziećmi. Najstarsza, Zosia, zapytała: „Mamo, czy tata nas jeszcze kocha?” Przytuliłam ją mocno. „Nie wiem, kochanie. Ale ja was kocham najbardziej na świecie. I nigdy was nie zostawię.”

Minęły lata. Dzieci dorastały, ja skończyłam studia i otworzyłam własną kawiarnię. Czasem myślę o tamtej nocy, kiedy stałam na ulicy z trójką dzieci i nie miałam nic. Teraz mam wszystko, co najważniejsze – miłość, spokój, niezależność.

Często pytam siebie: ile jeszcze kobiet w Polsce przeżywa to, co ja? Ile z nas musi walczyć o godność, o dom, o przyszłość swoich dzieci? Czy naprawdę musimy upaść na samo dno, żeby odnaleźć w sobie siłę do walki? Co wy byście zrobili na moim miejscu?