Za późno podjęta decyzja: Kiedy sprowadziłam mamę do siebie, nic nie było takie, jak oczekiwałam
– Znowu nie zamknęłaś okna w kuchni! – głos mamy przeszył ciszę mojego mieszkania jak nóż. Była środa, godzina 7:15, a ja już czułam, że ten dzień będzie jednym z tych, które chciałabym po prostu przespać.
Od śmierci taty minęły trzy miesiące. Wtedy wydawało mi się oczywiste: mama nie może zostać sama w Radomiu. Przeprowadziłam ją do siebie, do Warszawy. Miałam nadzieję, że razem będzie nam łatwiej przejść przez żałobę. Myliłam się.
Mama, Milena, zawsze była kobietą silną i zasadniczą. Po śmierci taty jej siła zamieniła się w upór, a zasady – w nieustanne narzekanie. Każdy mój ruch był oceniany: za późno wracam z pracy, za mało gotuję, za dużo siedzę przy komputerze. Nawet mój kot, Felek, nie był bezpieczny przed jej krytyką. „Kot nie powinien spać na łóżku! To niehigieniczne!” – powtarzała codziennie.
Początkowo próbowałam być cierpliwa. W końcu to moja mama, straciła męża, musiała zostawić dom, ogród, sąsiadki z Radomia. Ale z każdym dniem czułam się coraz bardziej obca we własnym mieszkaniu. Moje życie zamieniło się w niekończący się cykl kompromisów i tłumaczeń.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu po ciężkim dniu w pracy. Marzyłam tylko o gorącej kąpieli i ciszy. Zastałam mamę siedzącą przy stole z moją siostrą, Martą. Rozmawiały szeptem, ale gdy weszłam, ucichły.
– O czym rozmawiacie? – zapytałam z wymuszonym uśmiechem.
– O niczym ważnym – odpowiedziała Marta, unikając mojego wzroku.
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Marta mówiła, że powinnaś więcej odpoczywać. Jesteś ciągle zmęczona i rozdrażniona.
Poczułam, jak narasta we mnie gniew. Czy naprawdę nikt nie widzi, ile robię? Pracuję na pełen etat, prowadzę dom, opiekuję się mamą…
– Może gdybyście mi trochę pomogły… – zaczęłam, ale przerwała mi mama:
– Nie przesadzaj. Kiedy ja byłam w twoim wieku, miałam dwójkę dzieci i pracowałam na dwie zmiany.
Wyszłam do łazienki i zamknęłam drzwi na klucz. Usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Po raz pierwszy poczułam żal do siebie samej – za to, że nie przewidziałam, jak trudna będzie ta decyzja.
Z czasem sytuacja tylko się pogarszała. Mama nie mogła znaleźć sobie miejsca w Warszawie. Tęskniła za Radomiem, za swoim ogródkiem i sąsiadkami. Ja tęskniłam za swoim dawnym życiem – za spokojem i poczuciem niezależności.
W weekendy próbowałyśmy razem gotować albo oglądać stare zdjęcia rodzinne. Ale nawet wtedy atmosfera była napięta. Mama komentowała wszystko: „Kiedyś to były czasy… Teraz młodzi nie potrafią nawet ugotować porządnego rosołu”.
Któregoś dnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam mamę siedzącą na kanapie z telefonem przy uchu.
– Tak, tak… Ona jest dobra dziewczyna, ale taka zamknięta w sobie… – mówiła do cioci Zosi.
Stałam w przedpokoju i słuchałam dalej:
– Nie wiem, czy ona kiedykolwiek będzie szczęśliwa. Taka samotna…
Zrobiło mi się przykro. Czy naprawdę jestem aż tak zamknięta? Czy mama nigdy mnie nie zaakceptuje takiej, jaka jestem?
Wieczorem postanowiłam porozmawiać z Martą.
– Czuję się tu jak intruz – powiedziałam jej przez telefon.
– Wiem… Mama jest trudna ostatnio. Ale ona cię kocha.
– Czasem mam wrażenie, że bardziej kocha wspomnienie o mnie niż mnie samą…
Zaczęłyśmy rozmawiać o dzieciństwie. O tym, jak mama zawsze była wymagająca, a tata łagodził konflikty żartami. Teraz jego brak był jak wyrwa w naszej rodzinie – nikt nie potrafił jej zapełnić.
Pewnej nocy usłyszałam płacz mamy w jej pokoju. Weszłam cicho i zobaczyłam ją skuloną na łóżku.
– Mamo…
Spojrzała na mnie zapłakanymi oczami:
– Przepraszam… Ja po prostu nie umiem tu być szczęśliwa.
Usiadłam obok niej i po raz pierwszy od dawna przytuliłyśmy się bez słów.
Następnego dnia zaproponowałam mamie wspólny wyjazd do Radomia na weekend.
– Chciałabyś odwiedzić ogród? – zapytałam.
Jej twarz rozjaśniła się na chwilę.
W drodze powrotnej milczałyśmy długo. W końcu mama powiedziała:
– Może powinnam wrócić do siebie…
Zatrzymałam samochód na poboczu i spojrzałam na nią:
– Mamo… Ja chciałam dobrze. Ale chyba żadna z nas nie jest szczęśliwa w tej sytuacji.
Podjęłyśmy decyzję wspólnie – mama wróciła do Radomia, a ja obiecałam częściej ją odwiedzać. Przez pierwsze tygodnie czułam ulgę pomieszaną z poczuciem winy. Czy byłam egoistką? Czy mogłam zrobić coś inaczej?
Dziś wiem jedno: czasem nawet najlepsze intencje prowadzą nas w ślepy zaułek. Rodzina to nie tylko bliskość fizyczna – to także szacunek dla granic drugiego człowieka.
Często zastanawiam się: czy gdybym podjęła inną decyzję, byłoby lepiej? A może czasem trzeba pozwolić sobie i innym na odrobinę samotności, żeby znów nauczyć się być razem?