Zamknęłam oczy na jego zdradę – aż do dnia, gdy upadłam na ulicy i zobaczyłam, kto naprawdę jest przy mnie

– Znowu wracasz późno? – zapytałam, patrząc na zegar, który wskazywał już po północy. Adam nawet nie spojrzał mi w oczy. Zdjął płaszcz, rzucił go niedbale na krzesło i mruknął coś pod nosem. W powietrzu czułam zapach damskich perfum, których nigdy nie używałam. Znałam ten zapach od miesięcy, ale udawałam, że go nie czuję. Udawałam dla dzieci, dla rodziny, dla pozorów. Może przede wszystkim dla siebie.

Czasem myślę, że to wszystko zaczęło się jeszcze zanim się pobraliśmy. Adam zawsze był czarujący, miał w sobie coś, co przyciągało ludzi. Ja byłam tą cichą, poukładaną dziewczyną z małego miasta pod Poznaniem. On – dusza towarzystwa, zawsze otoczony ludźmi. Kiedy poprosił mnie o rękę, czułam się jakby ktoś wyciągnął mnie z szarej codzienności i postawił w świetle reflektorów. Przez pierwsze lata małżeństwa byłam szczęśliwa. Potem pojawiły się dzieci – Ola i Michał – a wraz z nimi rutyna i zmęczenie.

Z czasem Adam coraz częściej zostawał dłużej w pracy, coraz rzadziej rozmawialiśmy o czymś innym niż rachunki czy obowiązki domowe. Zaczęłam zauważać drobiazgi: wiadomości na jego telefonie, które szybko kasował; uśmiechy, których nie kierował już do mnie; wieczory spędzane poza domem pod pretekstem spotkań służbowych. Ale za każdym razem powtarzałam sobie: „To nic takiego. Przecież wraca do domu. Przecież jesteśmy rodziną.”

Pewnego wieczoru Ola zapytała: – Mamo, dlaczego tata jest taki smutny? – Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Może dlatego tak długo udawałam, że nie widzę tego wszystkiego – żeby dzieci nie musiały zadawać takich pytań.

Wszystko zmieniło się pewnego zimowego popołudnia. Wracałam z pracy z siatkami pełnymi zakupów. Śnieg padał gęsto, chodnik był śliski. Nagle poczułam, jak noga ucieka mi spod ciała. Upadek był szybki i bolesny – poczułam przeszywający ból w biodrze i kolanie. Próbowałam się podnieść, ale nie mogłam ruszyć nogą. Ludzie przechodzili obok, niektórzy rzucili krótkie spojrzenie, ale nikt się nie zatrzymał.

W końcu jakaś starsza pani podeszła do mnie i zadzwoniła po karetkę. Leżałam na zimnym chodniku i myślałam tylko o tym, żeby zadzwonić do Adama. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam jego numer drżącymi palcami.

– Adam… miałam wypadek… jestem na ulicy… – wyszeptałam.

– Teraz? Nie mogę rozmawiać, mam spotkanie – odpowiedział szybko i rozłączył się.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Było mi zimno i strasznie samotnie. Karetka przyjechała po kilku minutach. W szpitalu okazało się, że mam złamaną nogę i będę musiała zostać na obserwacji przez kilka dni.

Leżałam na szpitalnym łóżku i patrzyłam w sufit. Czekałam na Adama. Minęły godziny – nie przyszedł. Zadzwoniła Ola:

– Mamo, gdzie jesteś? Tata powiedział, że musiał wyjechać służbowo… Kiedy wrócisz?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć własnej córce. Przez kolejne dni odwiedzała mnie tylko mama – starsza kobieta z siwymi włosami i zmęczonymi oczami, która zawsze była przy mnie, nawet gdy ja sama nie chciałam jej obecności.

– Dziecko, musisz pomyśleć o sobie – powiedziała pewnego dnia, głaszcząc mnie po ręce. – Nie możesz żyć tylko dla innych.

Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwy gniew – nie na Adama, ale na siebie samą. Na to, że przez tyle lat pozwalałam mu traktować mnie jak powietrze. Na to, że udawałam przed dziećmi i przed sobą samą.

Po tygodniu wypisali mnie do domu. Adam odebrał mnie ze szpitala bez słowa wyrzutów sumienia. W samochodzie panowała cisza.

– Jak się czujesz? – zapytał w końcu chłodno.

– Lepiej niż myślisz – odpowiedziałam równie chłodno.

W domu Ola i Michał rzucili mi się na szyję. W ich oczach widziałam strach i ulgę jednocześnie.

Wieczorem usiadłam z Adamem przy kuchennym stole.

– Musimy porozmawiać – zaczęłam spokojnie.

– O czym? – zapytał zniecierpliwiony.

– O nas. O tym wszystkim, co dzieje się od miesięcy… A może lat?

Adam spuścił wzrok.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Wiesz doskonale – przerwałam mu stanowczo. – Zdradzasz mnie od dawna. Udawałam, że tego nie widzę dla dzieci… Ale już nie mogę tak żyć.

Przez chwilę milczał. Potem westchnął ciężko:

– To nie takie proste…

– Właśnie dlatego musimy być szczerzy – powiedziałam cicho.

Tamtej nocy długo rozmawialiśmy – po raz pierwszy od lat naprawdę szczerze. Adam przyznał się do wszystkiego: do romansów, do tego, że czuje się nieszczęśliwy w naszym małżeństwie, ale bał się odejść ze względu na dzieci i rodzinę.

Nie płakałam już wtedy. Czułam dziwną ulgę pomieszaną z żalem i rozczarowaniem.

Przez kolejne tygodnie uczyliśmy się żyć na nowo – osobno, ale pod jednym dachem dla dobra dzieci. Rozmawialiśmy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Dzieci były smutne, ale widziałam też ulgę w ich oczach – jakby czuły, że coś ciężkiego spadło z naszych ramion.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba upaść bardzo nisko, żeby zobaczyć prawdę o sobie i innych ludziach. Może właśnie dlatego los postawił mnie wtedy na śliskim chodniku? Może musiałam poczuć ból fizyczny, żeby wreszcie poczuć ból serca?

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze kobiet zamyka oczy na prawdę ze strachu przed samotnością? Czy warto tak żyć? A może lepiej raz poczuć ból prawdy niż całe życie udawać szczęście?