„Zdrada w cieniu rodzinnego domu” – historia Magdy i walki o sprawiedliwość
– Nie wierzę ci, Krzysiek! – krzyknęłam, czując jak łzy palą mnie pod powiekami. Stałam w salonie naszego starego mieszkania na Pradze, jeszcze pachnącym kawą i papierosami ojca, a mój młodszy brat patrzył na mnie z tym swoim lodowatym spokojem, który od zawsze doprowadzał mnie do szału.
– To nie ja tak zdecydowałem, Magda. Testament jest jasny – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Tata zostawił mieszkanie i wszystkie oszczędności mnie. Ty masz swój dom, przecież wiesz.
Zacisnęłam pięści. Przez chwilę miałam ochotę rzucić się na niego z pięściami, jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i zabierał mi ulubioną lalkę. Ale to nie była już zabawa. To była zdrada.
Pięć lat temu pochowaliśmy mamę. Wtedy trzymaliśmy się razem – ja, Krzysiek i tata. Wydawało mi się, że po jej śmierci staliśmy się sobie bliżsi niż kiedykolwiek. Tata często powtarzał: „Wy jesteście moim wszystkim”. Pomagał mi z córką, przyjeżdżał na obiady, a Krzyśka wspierał w jego wiecznych problemach finansowych i nieudanych biznesach. Nigdy nie sądziłam, że może być niesprawiedliwy.
Kiedy tata zachorował na raka płuc, to ja byłam przy nim najczęściej. Krzysiek wpadał rzadko, zawsze miał coś ważniejszego do załatwienia – a to nowa praca, a to dziewczyna, a to wyjazd do Holandii „za chlebem”. Pamiętam te długie wieczory przy jego łóżku w szpitalu na Banacha, kiedy opowiadał mi o swoim dzieciństwie w powojennej Warszawie, o tym jak ciężko pracował na to wszystko, co miał. „Chciałbym, żebyście się nie kłócili po mojej śmierci” – mówił cicho. Obiecywałam mu to wtedy z całego serca.
Po pogrzebie spotkaliśmy się u notariusza na Marszałkowskiej. Siedziałam obok Krzyśka i czułam jego nerwowe drgania nogi pod stołem. Kiedy notariusz przeczytał testament, świat mi się zawalił. Ojciec zostawił mieszkanie na Pradze i wszystkie oszczędności Krzyśkowi. Ja miałam dostać tylko dom pod Warszawą – ten sam, który rodzice kupili mi na kredyt po ślubie z Pawłem.
– To chyba jakaś pomyłka – wyszeptałam wtedy. Notariusz pokręcił głową.
– Testament został sporządzony pół roku temu. Pański ojciec był w pełni władz umysłowych.
Patrzyłam na Krzyśka. Unikał mojego wzroku.
Przez kolejne dni nie mogłam spać. W głowie kłębiły mi się pytania: Dlaczego? Przecież to ja byłam przy nim do końca! Czy naprawdę uważał, że Krzysiek bardziej zasłużył? Czy może Krzysiek go zmanipulował?
Zadzwoniłam do ciotki Haliny, siostry taty. Zawsze była dla mnie jak druga matka.
– Magdo, twój ojciec bardzo kochał Krzyśka – powiedziała ostrożnie. – Wiedział, że sobie nie radzi. Ty zawsze byłaś silna…
– Ale to niesprawiedliwe! – wybuchłam. – Czy bycie silną oznacza, że można mnie skrzywdzić?
Cisza po drugiej stronie słuchawki bolała bardziej niż słowa.
Paweł próbował mnie pocieszać:
– Może twój tata myślał, że Krzysiek bez tego mieszkania sobie nie poradzi? Ty masz naszą rodzinę, dzieci…
Ale to nie była odpowiedź. Chodziło o coś więcej niż pieniądze czy mieszkanie. Chodziło o poczucie bycia docenioną przez własnego ojca.
Krzysiek zadzwonił tydzień później.
– Magda… możemy się spotkać?
Nie chciałam go widzieć, ale zgodziłam się. Spotkaliśmy się w kawiarni na Saskiej Kępie. Przyszedł spóźniony, jak zwykle.
– Słuchaj… wiem, że jesteś zła – zaczął niepewnie. – Ale ja naprawdę nie prosiłem taty o to mieszkanie. On sam tak chciał.
– A próbowałeś mu powiedzieć, że to niesprawiedliwe? Że ja też jestem jego dzieckiem?
Spuścił wzrok.
– Nie… Bałem się…
Wyszłam bez słowa. Przez całą drogę do domu płakałam jak dziecko.
Zaczęły się plotki w rodzinie. Ciotki szeptały na imieninach: „Magda zawsze była taka zaradna”, „Krzysiek to taki biedny chłopak”, „Ojciec wiedział co robi”. Czułam się jak intruz we własnej rodzinie.
Moja córka pytała: „Mamo, dlaczego nie jedziemy już do dziadka?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć.
Próbowałam rozmawiać z Krzyśkiem jeszcze raz. Chciałam choćby podzielić się wspomnieniami po ojcu – starym zegarkiem po dziadku, albumem ze zdjęciami z wakacji nad Bałtykiem…
– To wszystko jest moje – powiedział twardo. – Tak napisał tata.
Wtedy zrozumiałam, że straciłam nie tylko mieszkanie rodzinne, ale też brata.
Minęły miesiące. Czasem mijam Krzyśka na ulicy – udajemy oboje, że się nie widzimy. Ojciec chciał nas ochronić przed kłótniami, a zostawił po sobie tylko żal i pustkę.
Często siadam wieczorem przy oknie i pytam siebie: czy naprawdę warto było być tą „silną córką”? Czy rodzina zawsze musi przegrywać z pieniędzmi?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy można wybaczyć taką zdradę?