Dzień, w którym zostałam babcią, ale moja córka mnie odtrąciła
– Mamo, proszę, nie dzwoń już więcej. Chcę być teraz sama z Michałem – usłyszałam w słuchawce głos mojej córki, Agaty. Był zimny, stanowczy, zupełnie inny niż ten, który pamiętałam z jej dzieciństwa. Wtedy zawsze mówiła do mnie z czułością, nawet gdy się kłóciłyśmy. Teraz jednak czułam, jakby między nami wyrosła ściana.
Siedziałam na kanapie w swoim mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Za oknem padał deszcz, a światła latarni odbijały się w mokrym asfalcie. Była noc – noc, w której moja córka rodziła swoje pierwsze dziecko. Moje pierwsze wnuczę. Powinnam być tam z nią. Powinnam trzymać ją za rękę, tak jak ona trzymała moją, gdy była mała i bała się burzy.
Ale nie byłam. Byłam tu – sama, z narastającym lękiem i żalem.
Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy to wszystko zaczęło się psuć. Czy to wtedy, gdy Agata wyprowadziła się do Michała? A może już wcześniej – kiedy po śmierci jej ojca zamknęłam się w sobie i nie potrafiłam jej okazać wsparcia? Czułam się wtedy jak cień samej siebie. Może to wtedy zaczęła budować wokół siebie mur.
– Mamo, ja naprawdę cię kocham, ale musisz zrozumieć… To jest nasz czas. Ja i Michał chcemy przeżyć to sami – powiedziała mi kilka dni wcześniej podczas obiadu. Siedzieliśmy przy stole w jej mieszkaniu na Ursynowie. Pachniało rosołem i świeżo upieczonym chlebem. Michał krzątał się po kuchni, udając, że nas nie słyszy.
– Ale przecież zawsze mówiłaś, że chcesz, żebym była przy tobie… – próbowałam protestować.
– Tak było kiedyś. Teraz jestem dorosła. Potrzebuję przestrzeni – odpowiedziała cicho.
Nie rozumiałam tego. Przecież byłam jej matką! Czy nie powinnam być najważniejsza w takim momencie? Czy nie na mnie powinna polegać?
Wróciłam wtedy do domu z ciężkim sercem. Przez kolejne dni chodziłam jak struta. W pracy koleżanki pytały:
– No i co? Kiedy zostaniesz babcią?
Uśmiechałam się blado i odpowiadałam wymijająco:
– Już niedługo… Agata lada dzień rodzi.
Ale w środku czułam pustkę.
Kiedy tej nocy zadzwonił telefon i zobaczyłam na wyświetlaczu imię Agaty, serce podskoczyło mi do gardła.
– Mamo… zaczęło się – wyszeptała drżącym głosem.
– Jadę do was! – krzyknęłam bez namysłu.
– Nie… Proszę, zostań w domu. Michał mnie zawiezie do szpitala. Dam ci znać, jak już będzie po wszystkim.
Zamarłam. Chciałam protestować, błagać ją, żeby pozwoliła mi być przy niej. Ale głos ugrzązł mi w gardle.
Teraz siedziałam tu, sama, słuchając tykania zegara i szumu deszczu za oknem. Próbowałam sobie wyobrazić Agatę na porodówce – spoconą, zmęczoną, ale szczęśliwą. Czy myślała wtedy o mnie? Czy choć przez chwilę chciała, żebym była obok?
Wspomnienia wracały falami. Jak wtedy, gdy miała osiem lat i złamała rękę na placu zabaw. Siedziałam przy niej całą noc w szpitalu, głaskałam po włosach i szeptałam: „Jestem tu, córeczko”. Albo gdy dostała pierwszą miesiączkę i przyszła do mnie zapłakana – wtedy byłam jej opoką.
A teraz? Teraz byłam nikim.
Telefon zadzwonił dopiero nad ranem. Drżącymi rękami odebrałam.
– Mamo… Urodził się Franek. Waży trzy kilo dwieście… Jest zdrowy – powiedziała Agata zmęczonym głosem.
– Mogę przyjechać? – zapytałam z nadzieją.
– Jeszcze nie… Potrzebuję trochę czasu. Dam ci znać – odpowiedziała szybko i rozłączyła się.
Łzy popłynęły mi po policzkach. Czułam się zdradzona przez własne dziecko.
Przez kolejne dni żyłam jak w zawieszeniu. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że serce mi zamierało. W pracy nie mogłam się skupić – myśli uciekały do Agaty i Franka. Wieczorami siadałam przy stole i patrzyłam na stare zdjęcia: Agata jako niemowlę w moich ramionach; Agata na pierwszym rowerku; Agata z ojcem na wakacjach nad Bałtykiem.
Zaczęłam analizować każdy szczegół naszej relacji. Może byłam zbyt apodyktyczna? Może za bardzo chciałam kontrolować jej życie? Przypomniały mi się nasze kłótnie o studia („Dlaczego nie chcesz iść na medycynę?”), o Michała („On nie jest dla ciebie!”), o wyprowadzce („Nie zostawiaj mnie samej!”). Zawsze chciałam dla niej jak najlepiej… Ale czy pytałam ją o zdanie?
Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie mój brat Marek.
– Iwona, co się dzieje? Czemu nie byłaś jeszcze u Agaty?
– Ona nie chce mnie widzieć – wyszeptałam.
– Daj jej czas. To dla niej trudny moment – próbował mnie pocieszyć.
Ale ja czułam tylko ból i upokorzenie.
Minął tydzień. W końcu dostałam SMS-a: „Możesz przyjechać jutro o 15:00”.
Całą noc nie spałam z nerwów. Rano upiekłam szarlotkę – ulubione ciasto Agaty z dzieciństwa – i kupiłam pluszowego misia dla Franka. Jechałam tramwajem na Ursynów z bijącym sercem.
Drzwi otworzył mi Michał. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiechnął się uprzejmie.
– Dzień dobry, pani Iwono.
Weszłam do środka. W salonie panował półmrok; na kanapie leżała Agata z maleńkim Frankiem przy piersi. Była blada i wyczerpana.
– Cześć, mamo – powiedziała cicho.
Usiadłam obok niej i przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. W końcu zapytałam:
– Dlaczego mnie odtrąciłaś?
Agata spuściła wzrok.
– Bałam się… Bałam się twoich oczekiwań. Że będziesz wszystko komentować, poprawiać mnie… Chciałam poczuć się dorosła, samodzielna – wyszeptała.
Poczułam ukłucie żalu i wstydu jednocześnie.
– Przepraszam cię… Chciałam tylko być blisko – powiedziałam łamiącym się głosem.
Agata spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Wiem… Ale musisz mi pozwolić popełniać własne błędy. Pozwól mi być matką po swojemu.
Milczałyśmy długo. W końcu podała mi Franka na ręce.
Patrzyłam na to maleństwo i czułam mieszaninę szczęścia i smutku. Wiedziałam już, że muszę nauczyć się nowej roli – roli babci, która wspiera z dystansu; matki, która ufa swojej córce nawet wtedy, gdy ta ją odtrąca.
Wieczorem wracałam do domu z pustą blachą po szarlotce i sercem pełnym nowych pytań:
Czy potrafię być dobrą babcią bez narzucania się? Czy umiem kochać bez oczekiwań? Może właśnie tego powinnam nauczyć się teraz najbardziej?