Gorzki powrót o świcie: Historia jednej nocy, która zmieniła wszystko

Wróciłem do domu o świcie. Klucz zgrzytnął w zamku, a cisza mieszkania była ciężka jak ołów. Na ustach miałem smak przeszłości – tej, której nie potrafiłem zostawić za sobą, choć obiecywałem to sobie setki razy. W przedpokoju czekała na mnie Marta – moja żona, matka naszej sześcioletniej córki. Stała boso na zimnych kafelkach, w nocnej koszuli, z oczami czerwonymi od płaczu.

– Dlaczego nie zadzwoniłeś? – Jej głos drżał jak struna, napięta do granic wytrzymałości.

Nie mogłem na nią spojrzeć. Wpatrywałem się w swoje buty, jakby miały mi podpowiedzieć odpowiedź.

– Nie mogłem… Przepraszam – wyszeptałem.

Marta odwróciła się gwałtownie, a jej ramiona zadrżały. Przez chwilę myślałem, że zaraz się przewróci. W kuchni rozległ się cichy szloch. Stałem w progu, nie wiedząc, czy wejść za nią, czy uciec z powrotem na klatkę schodową.

Wiedziałem, że zawiodłem. Nie pierwszy raz. Ale tej nocy wszystko było inne. Ta noc była końcem złudzeń.

– Gdzie byłeś? – zapytała po chwili, kiedy zebrała się na odwagę. – U niej?

Nie odpowiedziałem od razu. W głowie miałem chaos: obrazy z baru, śmiech Magdy, jej dotyk na mojej dłoni, zapach perfum, który wciąż czułem na swojej skórze. Próbowałem znaleźć słowa, które nie zranią Marty jeszcze bardziej, ale wiedziałem, że każde będzie jak nóż.

– Byłem… Potrzebowałem pomyśleć – skłamałem.

Marta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – Myśleć? Krzysztofie, ja tu całą noc nie spałam! Zosia pytała, gdzie tata! Co mam jej powiedzieć? Że tata znów musiał „pomyśleć”?

Wtedy pękło we mnie coś, co trzymało mnie w ryzach przez ostatnie miesiące. Usiadłem ciężko na krześle i ukryłem twarz w dłoniach.

– Przepraszam… Nie wiem już sam…

Marta podeszła bliżej. Jej głos był cichy, ale stanowczy:

– Krzysztofie, ile jeszcze razy mam ci wierzyć? Ile razy mam udawać przed Zosią, że wszystko jest w porządku?

Nie miałem odpowiedzi. Wiedziałem tylko jedno: nie byłem już tym samym człowiekiem, którym byłem dziesięć lat temu, gdy się poznaliśmy. Coś we mnie pękło – może przez pracę, może przez zmęczenie codziennością, a może przez tęsknotę za czymś utraconym.

W kuchni rozległ się dźwięk telefonu Marty. Spojrzała na ekran i westchnęła ciężko.

– Mama… Pewnie znów pyta, czy wszystko u nas dobrze – powiedziała z goryczą.

Zawsze byliśmy dla wszystkich idealną rodziną: dom na przedmieściach Warszawy, dobra praca w korporacji, wakacje nad morzem. Ale nikt nie widział naszych kłótni o pieniądze, moich późnych powrotów i jej łez w poduszkę.

Tego ranka Marta nie poszła do pracy. Zosia obudziła się wcześniej niż zwykle i wbiegła do kuchni z rysunkiem w ręku.

– Tato! Zobacz! To my na rowerach!

Spojrzałem na rysunek: trzy postacie trzymające się za ręce. Uśmiechnąłem się smutno.

– Piękny rysunek, Zosiu – powiedziałem i przytuliłem ją mocno.

Marta patrzyła na nas przez chwilę z bólem w oczach. Potem wyszła do łazienki i zamknęła drzwi na klucz.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Rozmawialiśmy tylko o sprawach codziennych: zakupy, rachunki, przedszkole Zosi. Wieczorami Marta płakała po cichu w sypialni, a ja siedziałem w salonie z butelką piwa i telewizorem nastawionym na głucho.

Któregoś wieczoru zadzwonił mój ojciec.

– Krzysiek, co się dzieje? Marta dzwoniła do twojej matki…

Westchnąłem ciężko.

– Nic takiego… Po prostu mamy trudny czas.

Ojciec milczał przez chwilę.

– Synu… Ja też kiedyś popełniłem błąd. Ale jeśli nie zawalczysz o rodzinę teraz, możesz ją stracić na zawsze.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek innego. Przypomniałem sobie dzieciństwo – ojca wracającego późno z pracy i matkę płaczącą w kuchni. Przysiągłem sobie wtedy, że nigdy nie będę taki jak on.

A jednak historia zatoczyła koło.

Następnego dnia postanowiłem porozmawiać z Martą szczerze. Czekałem na nią po pracy pod blokiem. Gdy wysiadła z autobusu i zobaczyła mnie stojącego przy bramie, jej twarz stężała.

– Czego chcesz? – zapytała chłodno.

– Porozmawiać… Proszę.

Szliśmy razem w milczeniu do pobliskiego parku. Usiadłem na ławce i zacząłem mówić:

– Marta… Zawiodłem cię. Wiem o tym. Ale nie chcę cię stracić. Nie chcę stracić Zosi…

Marta patrzyła gdzieś w dal.

– Krzysztofie… Ja już nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć. Za dużo razy bolało.

Zacisnąłem pięści ze złości na samego siebie.

– Powiedz mi tylko jedno: kochasz mnie jeszcze?

Marta długo milczała. W końcu odpowiedziała:

– Chciałabym… Ale chyba już nie umiem.

Te słowa były jak wyrok. Wiedziałem jednak, że muszę walczyć – jeśli nie o naszą miłość, to przynajmniej o szacunek i spokój dla naszej córki.

Od tamtej rozmowy minęły dwa miesiące. Chodzimy razem na terapię małżeńską. Jest trudno – czasem mam wrażenie, że stoimy nad przepaścią i tylko Zosia trzyma nas jeszcze razem. Ale próbujemy – dla niej i dla siebie samych.

Czasem zastanawiam się: czy można odbudować coś, co zostało tak bardzo zniszczone? Czy warto walczyć o miłość nawet wtedy, gdy wydaje się przegraną sprawą?

Może wy mi powiecie…