Kiedy wszystko się rozpada: Opowieść o mojej rodzinie, miłości i stracie

– Marzena, musisz wiedzieć prawdę – głos mojej matki drżał, kiedy wypowiadała te słowa, a ja patrzyłam przez okno na rozmazane krople deszczu, które spływały po szybie. W pokoju panowała cisza, przerywana tylko tykaniem starego zegara i szumem wiatru. Czułam, jak serce bije mi szybciej, jakby przeczuwało, że za chwilę wszystko się zmieni. – O czym ty mówisz, mamo? – zapytałam, próbując ukryć niepokój.

Mama usiadła naprzeciwko mnie, jej dłonie nerwowo ściskały kubek z herbatą. – Twój ojciec… on nie jest tym, za kogo go uważasz. Przez lata ukrywałam przed tobą pewne rzeczy, bo chciałam cię chronić. Ale już nie mogę. Musisz wiedzieć, że… – zawahała się, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. – On miał drugą rodzinę. Przez całe lata żył na dwa fronty.

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Przez chwilę miałam wrażenie, że to jakiś zły sen, z którego zaraz się obudzę. – Co? Jak to możliwe? – wyszeptałam, a łzy zaczęły spływać mi po policzkach. Mama patrzyła na mnie z bólem w oczach, jakby sama przeżywała to wszystko jeszcze raz. – Przepraszam, Marzenko. Wiem, że to dla ciebie szok. Ale musisz wiedzieć, bo nie chcę już więcej kłamstw.

W jednej chwili cały mój świat się zawalił. Ojciec, którego zawsze podziwiałam, który był dla mnie wzorem, okazał się kimś zupełnie innym. Przypomniałam sobie wszystkie te wieczory, kiedy wracał późno z pracy, tłumacząc się korkami albo pilnymi sprawami. Przypomniałam sobie, jak czasem znikał na weekendy, mówiąc, że musi jechać służbowo do Warszawy. Wszystko nagle zaczęło układać się w całość, a ja poczułam się zdradzona nie tylko przez niego, ale też przez mamę, która przez tyle lat milczała.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej? – zapytałam z wyrzutem. – Myślałam, że mnie kochasz, że jesteśmy rodziną. – Marzena, kocham cię najbardziej na świecie – odpowiedziała mama, a jej głos załamał się. – Ale bałam się, że cię stracę. Bałam się, że nie zrozumiesz, że mnie znienawidzisz. – To nie ja powinnam była cię nienawidzić, tylko ojca! – krzyknęłam, a potem wybiegłam z pokoju, trzaskając drzwiami.

Przez kolejne dni nie potrafiłam się pozbierać. Chodziłam jak cień, nie odzywałam się do nikogo, nawet do mojego chłopaka, Pawła, który próbował się ze mną skontaktować. Wszystko wydawało mi się bez sensu. Nawet studia, które zawsze były dla mnie ważne, przestały mieć znaczenie. Czułam się oszukana, zdradzona, jakby całe moje życie było jednym wielkim kłamstwem.

W końcu Paweł przyszedł do mnie do domu. – Marzena, co się dzieje? – zapytał, patrząc na mnie z troską. – Nie odbierasz telefonów, nie odpisujesz na wiadomości. Martwię się o ciebie. – Nic nie rozumiesz – odpowiedziałam chłodno. – Nikt nic nie rozumie. – Spróbuj mi wytłumaczyć – poprosił. – Może razem znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Opowiedziałam mu wszystko, a on słuchał w milczeniu. Kiedy skończyłam, objął mnie i powiedział: – To nie twoja wina. Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za błędy innych. – Ale jak mam teraz ufać komukolwiek? – zapytałam. – Skoro nawet własna rodzina mnie okłamywała? – Zaufanie buduje się latami, a traci w jednej chwili – odpowiedział Paweł. – Ale to nie znaczy, że nie można go odbudować. Musisz dać sobie czas.

Próbowałam, naprawdę próbowałam. Ale z każdym dniem czułam się coraz bardziej zagubiona. Mama chodziła po domu jak cień, próbując nawiązać ze mną rozmowę, ale ja unikałam jej wzroku. Ojciec wyjechał na kilka dni, podobno do tej drugiej rodziny. Nie mogłam znieść myśli, że gdzieś tam są inni ludzie, którzy mają z nim takie same wspomnienia jak ja. Że może mają nawet rodzeństwo, o którym nie wiem.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam sama w swoim pokoju, usłyszałam ciche pukanie do drzwi. – Marzenko, mogę wejść? – zapytała mama. Skinęłam głową, choć nie miałam ochoty na rozmowę. Usiadła obok mnie na łóżku i przez chwilę milczała. – Wiem, że cię zawiodłam – powiedziała w końcu. – Ale chciałam cię chronić. Twój ojciec… on nie był łatwym człowiekiem. Próbowałam ratować nasze małżeństwo, ale nie dało się. Zostałam z nim tylko dla ciebie.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. – Myślisz, że to mi pomaga? Że lepiej było żyć w kłamstwie? – Może nie – odpowiedziała cicho. – Ale wtedy wydawało mi się, że to jedyne wyjście. – A teraz? Co zamierzasz zrobić? – zapytałam. – Nie wiem – przyznała. – Może powinnam odejść. Może powinnam była to zrobić już dawno temu.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach strach. Strach przed samotnością, przed tym, co przyniesie przyszłość. I zrozumiałam, że nie tylko ja jestem ofiarą tej sytuacji. Że ona też przez lata cierpiała, próbując utrzymać rodzinę, która już dawno przestała istnieć.

Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z ojcem. Czekałam na niego w kuchni, kiedy wrócił z pracy. – Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale usiadł naprzeciwko. – Wiem o wszystkim – zaczęłam. – Wiem, że masz drugą rodzinę. Wiem, że przez lata mnie okłamywałeś. – Marzena, to nie tak… – próbował się tłumaczyć, ale przerwałam mu. – Nie chcę słuchać wymówek. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego. Dlaczego mnie okłamywałeś? Dlaczego nie potrafiłeś być szczery?

Ojciec spuścił wzrok. – Bałem się. Bałem się, że cię stracę. Że przestaniesz mnie kochać. – Ale przecież to właśnie się stało – odpowiedziałam. – Straciłeś mnie przez swoje kłamstwa.

Po tej rozmowie poczułam się dziwnie pusta. Jakby wszystko, co miałam w sobie, wyparowało. Przez kolejne dni próbowałam znaleźć w sobie siłę, by iść dalej. Paweł był przy mnie, wspierał mnie, ale wiedziałam, że muszę sama przepracować ten ból. Zaczęłam chodzić na długie spacery po parku, słuchałam muzyki, pisałam w pamiętniku. Powoli zaczęłam odzyskiwać równowagę.

Któregoś dnia mama oznajmiła, że podjęła decyzję. – Rozwodzę się z twoim ojcem – powiedziała spokojnie. – Nie chcę już dłużej żyć w kłamstwie. Chcę zacząć od nowa. – Popieram cię – odpowiedziałam. – Może to jedyny sposób, żebyśmy obie mogły być szczęśliwe.

Minęło kilka miesięcy. Ojciec wyprowadził się do swojej drugiej rodziny, a ja z mamą zaczęłyśmy powoli odbudowywać nasze relacje. Nie było łatwo, ale z każdym dniem było trochę lepiej. Zrozumiałam, że życie nie zawsze jest takie, jak sobie wyobrażamy. Że czasem trzeba przejść przez piekło, żeby odnaleźć siebie.

Czasem, kiedy patrzę w lustro, zastanawiam się, kim byłam, zanim wszystko się rozpadło. Czy kiedykolwiek będę w stanie zaufać komuś tak jak kiedyś? Czy można naprawdę zacząć od nowa, nie mając już złudzeń? Może właśnie w tym tkwi siła – w umiejętności podnoszenia się po upadku i szukania światła tam, gdzie wydaje się, że już dawno zgasło.