Nie spiesz się z zamążpójściem, Emilia: Ucieczka spod ołtarza i walka o własne życie
— Emilia, czy naprawdę musisz tak wcześnie wstawać? — usłyszałam zza drzwi głos przyszłej teściowej, pani Grażyny. Jej ton był jak zawsze chłodny, pełen pretensji, choć przecież robiłam to dla jej syna. Stałam przy kuchence, przewracając naleśniki, a w środku czułam narastający niepokój.
— Chciałam zrobić coś miłego dla Pawła — odpowiedziałam cicho, choć wiedziałam, że to nie ma znaczenia. Dla niej nigdy nie byłam wystarczająco dobra.
W kuchni pachniało wanilią i smażonym ciastem, ale atmosfera była ciężka jak przed burzą. Paweł wszedł zaspany, przetarł oczy i rzucił mi szybkie „dzięki”, nawet nie patrząc w moją stronę. Usiadł do stołu, przeglądając telefon. Pani Grażyna poprawiła mu kołnierzyk, jakby miał pięć lat, nie dwadzieścia osiem.
— Emilia, pamiętaj, że dziś przyjeżdża ciotka Halina. Chciałabym, żebyś się odpowiednio ubrała i nie mówiła za dużo przy stole — rzuciła teściowa z wyraźnym naciskiem.
Zacisnęłam dłonie na ściereczce. Odpowiednio ubrała. Nie mówiła za dużo. Zawsze te same uwagi. Czułam się jak mebel w ich domu — ładny, użyteczny, ale bez prawa głosu.
Po śniadaniu usiadłam w swoim pokoju. To miał być mój dom po ślubie, a jednak czułam się tu jak intruz. Przypomniałam sobie rozmowę z mamą sprzed tygodnia:
— Emilko, jesteś pewna, że chcesz za niego wyjść? — pytała cicho przez telefon. — W twoim głosie nie słyszę radości.
— Mamo, Paweł jest dobry… — zaczęłam, ale głos mi się załamał.
— Dobry to za mało. Musisz być szczęśliwa. Pamiętaj o tym.
Wtedy zbyłam ją milczeniem. Dziś jej słowa wracały jak echo.
Przez cały dzień przygotowywałam dom na przyjazd ciotki Haliny. Odkurzałam dywany, polerowałam sztućce, układałam serwetki pod czujnym okiem pani Grażyny. Paweł zniknął gdzieś z kolegami — „załatwić coś ważnego”. Zostałam sama z jej krytycznymi spojrzeniami.
— Emilia, te kwiaty są krzywo ułożone. I dlaczego masz takie czerwone oczy? Płakałaś? — zapytała nagle.
— Nie… To chyba przez kurz — skłamałam.
Wieczorem przy stole ciotka Halina rozsiadła się wygodnie i zaczęła wypytywać o ślub:
— Emilia, już wszystko gotowe? Suknia wybrana? A menu? Mam nadzieję, że nie będzie żadnych udziwnień…
— Wszystko pod kontrolą — odpowiedziała za mnie pani Grażyna.
Siedziałam cicho, dłubiąc widelcem w ziemniakach. Paweł nawet nie zauważył mojej nieobecności duchem.
Po kolacji zamknęłam się w łazience i spojrzałam w lustro. Moja twarz była blada, oczy podkrążone. Kim jestem? Czy to naprawdę ja?
Nocą długo nie mogłam zasnąć. W głowie kłębiły mi się myśli: czy to jest życie, którego chcę? Czy będę tu szczęśliwa? Przypomniałam sobie dzieciństwo w małym mieszkaniu na Pradze — ciasno, ale ciepło i bezpiecznie. Mama zawsze powtarzała: „Nie pozwól nikomu decydować za ciebie”.
Następnego dnia Paweł wrócił późno i nawet nie zapytał, jak minął mi dzień. Zamiast tego rzucił:
— Mama mówiła, że powinnaś bardziej się starać. Wiesz, żeby wszystko było idealnie na ślubie.
Coś we mnie pękło.
— Paweł… A co ze mną? Czy ty w ogóle mnie słyszysz?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
— O co ci chodzi? Przecież wszystko jest dobrze.
— Nie! Nic nie jest dobrze! — wykrzyknęłam i wybiegłam z pokoju.
Zamknęłam się w swoim pokoju i zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie na łzy. Wtedy podjęłam decyzję.
Następnego ranka spakowałam walizkę. Cicho zeszłam po schodach, modląc się, by nikt mnie nie zauważył. Serce waliło mi jak młotem. Gdy już miałam wychodzić, usłyszałam głos pani Grażyny:
— Dokąd idziesz z tą walizką?
Odwróciłam się powoli.
— Do domu. Do siebie.
— Ale przecież… Ślub! Paweł! Co ty wyprawiasz?!
— Wybaczcie… Ale ja już dłużej tak nie mogę.
Wybiegłam na ulicę i poczułam pierwszy oddech wolności od miesięcy. Zadzwoniłam do mamy:
— Mamo… Mogę wrócić?
Jej głos był ciepły i pełen ulgi:
— Zawsze możesz wrócić, córeczko.
Wróciłam do rodzinnego mieszkania na Pradze. Mama zrobiła mi herbatę z malinami i pozwoliła wypłakać się w ramionach. Powoli zaczęłam odzyskiwać siebie — swoje marzenia, pasje, radość z drobiazgów.
Paweł próbował dzwonić kilka razy. Pisał wiadomości: „Wróć”, „Przemyśl to”, „Mama jest załamana”. Ale ja już wiedziałam: nie chcę żyć według cudzych zasad.
Minęły miesiące. Znalazłam pracę w małej księgarni na Saskiej Kępie. Poznałam ludzi, którzy mnie szanowali i doceniali za to, kim jestem. Zaczęłam malować obrazy — coś, co zawsze kochałam, a na co nigdy nie miałam czasu.
Czasem jeszcze budzę się w nocy z lękiem: czy dobrze zrobiłam? Czy kiedyś znajdę kogoś, kto pokocha mnie taką, jaka jestem?
Ale potem patrzę na siebie w lustrze i widzę kobietę silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej.
Czy warto było uciec sprzed ołtarza? Czy szczęście naprawdę można znaleźć tylko wtedy, gdy przestajemy spełniać cudze oczekiwania?