Nowy dom: Historia Bartka w cieniu rodzinnych burz
– Bartek, nie wtrącaj się! – wrzasnął ojciec, a szklanka roztrzaskała się o ścianę tuż obok mnie. Mama płakała, skulona przy kuchennym stole. Stałem w progu, z zaciśniętymi pięściami, serce waliło mi jak oszalałe. To nie był pierwszy raz, ale tym razem czułem, że coś się skończyło na zawsze.
Miałem trzynaście lat i od miesięcy żyliśmy na beczce prochu. Ojciec coraz częściej wracał do domu pijany, a mama próbowała ukryć przed sąsiadami siniaki i łzy. Ja… ja po prostu przestałem wierzyć, że będzie lepiej. W szkole byłem cichy, zamknięty w sobie. Nauczyciele pytali, czy wszystko w porządku, ale co miałem im powiedzieć? Że boję się wracać do domu?
Tamtego wieczoru, gdy ojciec wyszedł trzaskając drzwiami, mama usiadła obok mnie na podłodze. Pachniała płaczem i tanim kremem do rąk.
– Bartek… musimy coś zmienić. Nie dam już rady.
Nie odpowiedziałem. W głowie miałem tylko jedno: co się ze mną stanie?
Następnego dnia rano spakowaliśmy kilka rzeczy do starej torby sportowej i pojechaliśmy do babci na Pradze. Babcia Halina była twardą kobietą – całe życie przepracowała w szwalni, miała szorstkie dłonie i jeszcze szorstkie serce. Ale tego dnia przytuliła mnie mocno.
– Dziecko, tu jesteś bezpieczny – powiedziała cicho.
Przez kilka tygodni żyliśmy jak na walizkach. Mama szukała pracy, ja chodziłem do nowej szkoły. Byłem „tym nowym”, który nie odzywa się na lekcjach i siedzi sam na przerwach. Czułem się jak cień – niewidzialny dla wszystkich poza nauczycielką matematyki, panią Mają.
Pewnego dnia po lekcjach podeszła do mnie.
– Bartek, zostaniesz chwilę? – zapytała łagodnie.
Zostałem.
– Wiem, że nie jest ci łatwo. Ale jeśli będziesz potrzebował pogadać… jestem tu.
Nie odpowiedziałem. Ale jej słowa zostały ze mną na długo.
W domu babcia coraz częściej kłóciła się z mamą.
– Nie możesz tu wiecznie siedzieć! – krzyczała pewnego wieczoru. – Ja już nie mam siły!
Mama płakała po nocach. Ja udawałem, że śpię.
W końcu przyszedł ten dzień: mama spakowała się i wyjechała do pracy do Niemiec. Obiecała, że wróci po mnie, jak tylko znajdzie mieszkanie i lepszą pracę. Zostałem z babcią. Czułem się zdradzony i opuszczony.
Babcia była surowa. Każdego ranka budziła mnie o szóstej:
– Wstawaj, szkoła nie poczeka!
Nie było czułości ani rozmów o uczuciach. Były obowiązki: wynieś śmieci, odrób lekcje, pomóż w kuchni. Wieczorami oglądała seriale i narzekała na wszystko: na politykę, na sąsiadów, na mnie.
W szkole coraz częściej wdawałem się w bójki. Raz rozbiłem nos chłopakowi z równoległej klasy – za to, że nazwał mnie „sierotą”. Wezwano babcię do dyrektora.
– Bartek to dobry chłopak – tłumaczyła babcia. – Tylko ma ciężko w domu.
Ale nikt nie pytał mnie o zdanie.
Minęły miesiące. Mama dzwoniła coraz rzadziej. W końcu przestała odbierać moje wiadomości.
Pewnego wieczoru babcia weszła do mojego pokoju z listem w ręku.
– To od twojej matki – powiedziała szorstko.
Drżącymi rękami otworzyłem kopertę. „Bartek, przepraszam… Nie mogę wrócić. Musisz być dzielny. Kocham cię.” Tyle. Nic więcej.
Tego wieczoru długo siedziałem przy oknie i patrzyłem na światła miasta. Czułem się pusty jak nigdy wcześniej.
Następne tygodnie były jak sen na jawie. Przestałem chodzić do szkoły. Włóczyłem się po osiedlu z chłopakami starszymi ode mnie o kilka lat. Piliśmy tanie piwo pod blokiem, czasem kradliśmy batony ze sklepu. Babcia próbowała mnie zatrzymać:
– Bartek! Nie tak cię wychowałam!
Ale ja już nie słuchałem.
Pewnej nocy wróciłem do domu pijany. Babcia czekała na mnie w kuchni.
– Synku… tak dalej być nie może – powiedziała cicho i pierwszy raz zobaczyłem łzy w jej oczach.
Następnego dnia przyszła do nas kobieta z opieki społecznej – pani Renata.
– Bartek, musimy porozmawiać o twojej przyszłości – zaczęła spokojnie.
Nie chciałem słuchać. Ale ona była uparta.
Po kilku tygodniach rozmów zaproponowano mi rodzinę zastępczą. Miałem wybór: zostać z babcią albo spróbować nowego życia u obcych ludzi. Babcia była zmęczona i smutna.
– Może tam będzie ci lepiej – powiedziała bez przekonania.
Bałem się jak nigdy wcześniej. Ale zgodziłem się.
Nowi opiekunowie – pani Iwona i pan Marek – mieszkali na Bielanach w małym mieszkaniu pełnym książek i roślin doniczkowych. Byli inni niż wszyscy dorośli, których znałem: nie krzyczeli, nie oceniali od razu.
Pierwszego dnia pani Iwona zapytała:
– Co lubisz robić?
Wzruszyłem ramionami.
– Nie wiem…
– Może spróbujemy razem coś znaleźć? – uśmiechnęła się ciepło.
Przez pierwsze tygodnie byłem zamknięty w sobie. Bałem się zaufać komukolwiek. Ale Marek zabrał mnie kiedyś na mecz Legii Warszawa – pierwszy raz od lat poczułem ekscytację i radość.
Z czasem zacząłem pomagać pani Iwonie w kuchni, rozmawiać z Markiem o piłce nożnej i muzyce. Zaczęli traktować mnie jak swojego syna – choć ja długo nie umiałem tak o sobie myśleć.
Pewnego dnia zadzwoniła mama. Po roku ciszy.
– Bartek… przepraszam…
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
– Chciałabym cię zobaczyć – powiedziała cicho.
Zgodziłem się spotkać w kawiarni na dworcu Zachodnim.
Kiedy ją zobaczyłem – była chudsza, starsza, zmęczona życiem. Rozmawialiśmy długo o wszystkim i o niczym. Na koniec zapytała:
– Chcesz wrócić ze mną do Niemiec?
Spojrzałem na nią i poczułem… pustkę.
– Nie wiem…
Wróciłem do Iwony i Marka z ciężkim sercem. Opowiedziałem im wszystko.
– Bartek… to twoja decyzja – powiedziała Iwona łagodnie. – Ale pamiętaj: tu zawsze masz dom.
Minęły dwa lata. Mam teraz szesnaście lat i pierwszy raz czuję się naprawdę u siebie. Marek nauczył mnie grać na gitarze, Iwona pomogła nadrobić zaległości w szkole. Czasem jeszcze śnią mi się stare kłótnie rodziców albo samotność u babci… Ale rano budzę się w miejscu, gdzie ktoś czeka na mój uśmiech.
Często myślę: ilu z nas musi przejść przez piekło samotności i zdrady, żeby uwierzyć, że zasługujemy na miłość? Czy można naprawdę zacząć od nowa? A może przeszłość zawsze będzie cieniem za naszymi plecami?