Ostatni dzień w domu rodzinnym – czy można wybaczyć sobie odejście?

– Nie możesz mnie zostawić, Aniu! – głos mamy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy oknie, patrząc na rozmokłe pole za domem. Wiosna przyszła wcześnie tego roku, ale w naszym domu pachniało tylko starym kurzem i lękiem.

Odwróciłam się powoli. Mama siedziała przy stole, jej dłonie drżały, a oczy – te same, które kiedyś śmiały się do mnie spod chustki – teraz były pełne żalu i rozpaczy. Obok niej stał mój brat Michał, którego nie widziałam od pięciu lat. Wrócił nagle, jakby wyrosły mu skrzydła i przyniosły go z powrotem na podlaską ziemię. Ale nie wrócił dla nas. Wrócił, bo nie miał dokąd pójść.

– Mamo… – zaczęłam, ale głos ugrzązł mi w gardle. – Ja… muszę jechać. Praca nie poczeka.

Michał spojrzał na mnie z pogardą. – Praca? Ty zawsze tylko o sobie! Zostawiasz matkę samą, kiedy najbardziej cię potrzebuje?

Zacisnęłam pięści. Chciałam krzyczeć, że przez pięć lat to ja tu byłam. Ja podawałam mamie leki, ja prałam jej pościel, ja znosiłam jej nocne płacze i ataki paniki. Michał był wtedy w Anglii, budował swoje życie na obczyźnie, a ja… ja powoli traciłam siebie.

Ale nie powiedziałam nic. Bo przecież miał rację. Teraz chciałam odejść. Chciałam oddychać pełną piersią, nie czuć już tego ciężaru na klatce piersiowej.

Mama zaczęła płakać cicho. – Aniu… ja już nie mam siły…

Podbiegłam do niej i objęłam ją mocno. Pachniała lekarstwami i czymś jeszcze – zapachem dzieciństwa, który zawsze kojarzył mi się z bezpieczeństwem. Teraz ten zapach był tylko wyrzutem sumienia.

– Mamo, Michał tu jest. On ci pomoże.

Michał prychnął. – Ja? Przecież nawet nie wiem, jak się gotuje zupę! Ty zawsze wszystko robiłaś.

– To się nauczysz – odpowiedziałam ostro, czując narastającą złość. – Ja też się nauczyłam.

Wyszedł trzaskając drzwiami. Mama spojrzała na mnie błagalnie.

– Aniu… nie zostawiaj mnie z nim. On jest obcy.

Poczułam łzy napływające do oczu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić walizkę w kąt i zostać tu na zawsze. Ale wiedziałam, że jeśli to zrobię, nigdy już nie będę sobą. Zostanę tylko cieniem tej dziewczyny, którą kiedyś byłam.

Z kuchni dobiegł mnie dźwięk tłuczonego szkła. Michał stał przy zlewie, trzymając rozbity kubek.

– Wszystko rozwalasz – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.

Spojrzał na mnie z bólem w oczach. – Nie wiem, jak tu być. Ty zawsze byłaś tą silną.

Usiadłam naprzeciwko niego. Przez chwilę milczeliśmy.

– Michał… ja też nie jestem silna. Po prostu nie miałam wyboru.

Wziął głęboki oddech. – Myślisz, że łatwo było mi tam żyć? Każdego dnia czułem się winny, że was zostawiłem.

– To czemu wróciłeś dopiero teraz?

Wzruszył ramionami. – Bo dopiero teraz miałem odwagę spojrzeć wam w oczy.

Patrzyliśmy na siebie długo. W jego oczach zobaczyłam chłopca, którym kiedyś był – zagubionego i przestraszonego.

Mama zasnęła w fotelu. Jej oddech był płytki, a twarz spokojna jak nigdy wcześniej.

Usiadłam przy niej i pogładziłam ją po siwych włosach.

– Przepraszam cię, mamo – wyszeptałam. – Ale muszę żyć swoim życiem.

Michał stanął za mną i położył mi rękę na ramieniu.

– Damy radę – powiedział cicho.

Nie wierzyłam mu, ale chciałam wierzyć.

Kiedy wychodziłam z domu z walizką w ręku, serce waliło mi jak oszalałe. Obejrzałam się jeszcze raz na stary dom, na okno kuchni, za którym mama spała spokojnie pierwszy raz od miesięcy.

Wsiadłam do autobusu do Białegostoku i patrzyłam przez szybę na znajome pola i lasy. Czułam ulgę i ból jednocześnie.

Czy można wybaczyć sobie odejście? Czy kiedykolwiek przestanę czuć się winna? A może to właśnie ta wina czyni nas ludźmi?