„Straciłem w Tobie wiarę”: Przypadkowe podejrzenie, które zniszczyło pięcioletnią miłość
– Naprawdę myślisz, że nie wiem? – mój głos drżał, choć starałem się go opanować. Stałem w kuchni, oparty o blat, a przed sobą miałem Martę. Jej oczy były szeroko otwarte, a dłonie nerwowo ściskały kubek z herbatą.
– O czym ty mówisz, Paweł? – zapytała cicho, jakby bała się, że głośniejsze słowo roztrzaska naszą codzienność na kawałki.
Wszystko zaczęło się poprzedniego wieczoru. Wróciłem do domu wcześniej niż zwykle. Zmęczony po pracy, chciałem tylko wziąć szybki prysznic i położyć się obok niej. Ale kiedy przekroczyłem próg mieszkania, usłyszałem jej głos. Rozmawiała przez telefon. Nie chciałem podsłuchiwać, ale jej słowa zatrzymały mnie w miejscu.
– Nie wiem, czy dam radę jeszcze długo tak żyć… On niczego nie zauważa… – szeptała do słuchawki. – Czasem mam wrażenie, że jestem tu tylko dla niego wygodą.
Zamarłem. Przez chwilę miałem ochotę wejść do salonu i zapytać: „O kim mówisz?”. Ale coś mnie powstrzymało. Może strach przed odpowiedzią? Może nadzieja, że to tylko chwilowy kryzys?
Tej nocy nie spałem. Przewracałem się z boku na bok, a w głowie kłębiły się myśli. Czy Marta mnie zdradza? Czy już mnie nie kocha? Czy to wszystko, co budowaliśmy przez pięć lat, było tylko iluzją?
Rano nie wytrzymałem. Zanim wyszedłem do pracy, rzuciłem:
– Musimy porozmawiać.
Teraz staliśmy naprzeciwko siebie, a napięcie między nami było niemal namacalne.
– Podsłuchałeś mnie? – zapytała nagle, a jej głos przeszedł w drżenie.
– Nie chciałem… Po prostu wróciłem wcześniej. Usłyszałem, co mówiłaś przez telefon.
Marta spuściła wzrok. Przez chwilę milczała, jakby ważyła każde słowo.
– To była rozmowa z moją siostrą. Jestem zmęczona, Paweł. Ostatnio wszystko jest na mojej głowie. Ty ciągle w pracy, ja sama z tym wszystkim… – Jej głos załamał się.
Poczułem ukłucie winy. Rzeczywiście, ostatnie miesiące były trudne. W pracy miałem awans na horyzoncie i spędzałem tam coraz więcej czasu. Marta zajmowała się domem, moją mamą po operacji biodra i jeszcze próbowała ogarnąć własne życie zawodowe.
Ale mimo to coś we mnie pękło. Ziarno niepewności już wykiełkowało.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – zapytałem cicho.
– Bo zawsze jesteś zmęczony albo nieobecny myślami. Kiedy próbuję zacząć rozmowę, uciekasz do komputera albo wychodzisz z domu.
Westchnąłem ciężko. Wiedziałem, że ma rację. Ale nie potrafiłem się przyznać do własnej słabości.
W kolejnych dniach atmosfera w domu była gęsta jak mgła nad Wisłą jesienią. Unikaliśmy siebie nawzajem. Każda rozmowa kończyła się kłótnią lub milczeniem. Nawet wspólne śniadania stały się udręką.
W weekend przyjechała moja mama. Od razu wyczuła napięcie.
– Co tu się dzieje? – zapytała podczas obiadu.
Marta spojrzała na mnie błagalnie, jakby prosiła o wsparcie. Ale ja milczałem.
– Nic takiego – odpowiedziała w końcu Marta, ale jej głos był pusty.
Po obiedzie mama odciągnęła mnie na bok.
– Paweł, nie pozwól jej rządzić w tym domu. Jesteś głową rodziny! – szepnęła z naciskiem.
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że moja mama nigdy nie zaakceptowała Marty do końca. Uważała ją za zbyt niezależną i upartą.
Wieczorem wybuchła kolejna kłótnia.
– Twoja mama traktuje mnie jak powietrze! – krzyknęła Marta.
– Przesadzasz! Ona po prostu martwi się o mnie!
– A kto martwi się o mnie?!
Wybiegła z mieszkania trzaskając drzwiami. Siedziałem na kanapie i patrzyłem w pustkę. Po raz pierwszy poczułem prawdziwy strach, że ją stracę.
Następnego dnia wróciła późno w nocy. Była blada i zapuchnięta od płaczu.
– Paweł… Ja już nie mogę tak żyć – powiedziała cicho. – Potrzebuję przerwy. Muszę wyjechać do siostry do Krakowa.
Nie protestowałem. Nie miałem siły walczyć.
Przez kolejne tygodnie żyłem jak automat. Praca, dom, praca, dom. Czasem dzwoniła moja mama i pytała: „I co? Wróciła?”.
Nie wracała.
Pewnego dnia dostałem od niej SMS-a: „Musimy porozmawiać”.
Spotkaliśmy się w kawiarni na Starym Mieście. Marta wyglądała inaczej – spokojniej, ale też jakby starsza o kilka lat.
– Przepraszam za wszystko – zaczęła. – Za to, że nie potrafiłam ci powiedzieć wprost, co czuję. Ale też za to, że pozwoliłam cię zranić moim milczeniem.
Patrzyłem na nią i czułem narastający żal do samego siebie.
– Ja też przepraszam – powiedziałem cicho. – Za to, że cię zaniedbałem… Za to, że pozwoliłem innym mieszać się w nasze życie.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy.
– Myślisz, że można zacząć od nowa? – zapytała nagle Marta.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zaufanie zostało złamane. Może nie przez zdradę fizyczną, ale przez brak szczerości i narastające pretensje.
Rozstaliśmy się tego dnia bez łez i bez krzyków. Po prostu wiedzieliśmy oboje, że coś się skończyło.
Minął rok. Czasem widuję Martę na ulicy albo w sklepie. Uśmiechamy się do siebie smutno, jakbyśmy oboje wiedzieli, ile straciliśmy przez własny upór i dumę.
Często wracam myślami do tamtej nocy i zastanawiam się: czy gdybym wtedy wszedł do salonu i po prostu zapytał „O kim mówisz?”, wszystko potoczyłoby się inaczej? Czy można odbudować zaufanie po tym, jak raz zostało doszczętnie zniszczone? A może są rany, które nigdy się nie goją?