Cisza po burzy: Opowieść o matce, której nie potrafię wybaczyć
— Zostaw to! — krzyknęła matka, kiedy próbowałem podać jej szklankę wody. Jej głos był słaby, ale wciąż przesycony tą samą pogardą, którą pamiętałem z dzieciństwa. Zatrzymałem się w pół kroku. Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa, czując w środku pustkę. Nie było we mnie ani współczucia, ani smutku. Była tylko cisza.
Moja matka jest ciężko chora. Lekarze mówią, że to kwestia miesięcy, może tygodni. Sąsiadka Stanisława przychodzi do nas codziennie, kiedy jestem w pracy. To ona gotuje matce zupę, zmienia pościel, czasem nawet myje ją, kiedy ja nie mam siły patrzeć na jej wychudzone ciało. Stanisława zawsze była dobrą duszą naszej klatki — pomagała wszystkim, nawet tym, którzy nie zasługiwali na jej dobroć. Często zastanawiam się, dlaczego robi to dla mojej matki. Przecież ona nigdy nie była dla nikogo miła.
Pamiętam dzieciństwo jak przez mgłę. Zawsze bałem się wracać do domu. Matka była surowa, zimna, a jej słowa raniły bardziej niż klapsy. „Do niczego się nie nadajesz”, powtarzała mi niemal codziennie. Ojciec odszedł, kiedy miałem siedem lat. Nigdy nie zapytała mnie, jak się z tym czuję. Nigdy nie przytuliła. Zamiast tego była tylko krytyka i wieczne pretensje.
— Panie Adamie — mówi Stanisława pewnego popołudnia, kiedy wracam z pracy i widzę ją przy łóżku matki — trzeba będzie kupić nowe leki. Pani Helena bardzo cierpi.
Patrzę na nią z wdzięcznością i wstydem jednocześnie. Wiem, że powinienem być tym, który się troszczy. Ale nie potrafię. Każda chwila spędzona przy matce przypomina mi o wszystkim, co mi zrobiła. O tych wszystkich dniach, kiedy płakałem w poduszkę, bo nie mogłem sprostać jej oczekiwaniom.
Czasami mam wrażenie, że Stanisława widzi więcej niż mówi. Jej spojrzenie jest łagodne, ale pełne zrozumienia. Pewnego dnia siada obok mnie na kuchennym taborecie i zaczyna mówić:
— Adamie, wiem, że ci ciężko. Ale czasem trzeba wybaczyć… dla siebie samego.
Nie odpowiadam. Wybaczyć? Jak można wybaczyć komuś, kto całe życie cię niszczył? Kto nigdy nie powiedział „przepraszam”?
Matka coraz częściej majaczy. Czasem woła mojego ojca po imieniu, czasem mówi do mnie jak do obcego człowieka. Raz w nocy usłyszałem jej szept:
— Przepraszam… — ale nie wiem, czy to było do mnie.
W pracy jestem rozkojarzony. Koledzy pytają, czy wszystko w porządku. Kiwam głową i udaję, że nic się nie dzieje. W środku jednak czuję narastający gniew — na matkę, na siebie, na cały świat.
Pewnego dnia wracam wcześniej do domu i słyszę rozmowę przez uchylone drzwi sypialni.
— Heleno, Adam cię potrzebuje — mówi cicho Stanisława.
— On mnie nienawidzi — odpowiada matka słabym głosem.
— Może gdybyś mu powiedziała prawdę…
Zamieram w progu. Prawdę? Jaką prawdę?
Wieczorem próbuję z nią porozmawiać.
— Mamo… — zaczynam niepewnie — czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
Patrzy na mnie długo swoimi zmęczonymi oczami.
— Nie umiem… — szepcze i odwraca wzrok.
Czuję narastającą frustrację. Chciałbym usłyszeć coś więcej niż tylko ciszę i niedopowiedzenia. Chciałbym zrozumieć, dlaczego całe życie byłem dla niej ciężarem.
Następnego dnia Stanisława przynosi ciasto i siada ze mną w kuchni.
— Twoja mama bardzo cierpiała po odejściu ojca — mówi cicho. — Ale nigdy nie umiała okazać uczuć. Bała się je stracić jeszcze raz.
Słucham jej słów i czuję dziwny ucisk w piersi. Czy to możliwe, że matka była ofiarą własnych lęków? Że jej surowość była tarczą przed światem?
Kiedy wracam do sypialni matki tego wieczoru, widzę ją śpiącą spokojnie jak dziecko. Przez chwilę stoję nad nią i próbuję poczuć cokolwiek — żal, współczucie, smutek. Ale wciąż jest tylko pustka.
Ostatnie dni są coraz trudniejsze. Matka gaśnie w oczach. Stanisława jest przy niej niemal cały czas. Ja uciekam do pracy, do sklepu, byle dalej od tego mieszkania pełnego wspomnień.
W końcu nadchodzi ten dzień. Matka umiera cicho nad ranem. Jestem przy niej razem ze Stanisławą. Patrzę na jej nieruchomą twarz i nie czuję nic poza ulgą.
Po pogrzebie siedzę sam w pustym mieszkaniu. Cisza jest ogłuszająca. Myślę o tym wszystkim, co się wydarzyło — o dzieciństwie pełnym lęku i żalu, o chorobie matki i o Stanisławie, która okazała więcej serca niż własna rodzina.
Czy powinienem był wybaczyć? Czy można nauczyć się kochać kogoś, kto nigdy nie nauczył cię miłości? Może to ja jestem teraz winny tej ciszy…