Między młotem a kowadłem: Jak próbowałam zbliżyć się do synowej i co z tego wynikło
– Milena, może napijesz się jeszcze herbaty? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie, choć w środku czułam się jak na przesłuchaniu. Siedziałyśmy przy stole w naszej starej, drewnianej chacie pod Warszawą, gdzie co roku cała rodzina spotykała się na majówkę. Z kuchni dobiegał zapach pieczonego ciasta, a za oknem słychać było śmiech dzieci bawiących się w ogrodzie.
Milena spojrzała na mnie przelotnie, jakby oceniając, czy moja propozycja jest szczera, czy to tylko kolejny obowiązek. – Nie, dziękuję – odpowiedziała cicho, skupiając wzrok na swoim telefonie. Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Znowu.
Od kiedy mój syn, Michał, ożenił się z Mileną, próbowałam nawiązać z nią bliższą relację. Wydawało mi się, że to naturalne – przecież jesteśmy rodziną. Ale ona zawsze była jakaś zdystansowana, zamknięta w sobie. Michał mówił, że to kwestia czasu, że Milena musi się przyzwyczaić, ale minęły już trzy lata, a ja wciąż czułam się jak intruz w ich życiu.
– Mamo, zostaw ją, ona tak ma – usłyszałam kiedyś od Michała, gdy próbowałam zaprosić ich na wspólny spacer. – Milena nie lubi takich rodzinnych spędów, woli ciszę i spokój.
Ale jak mam ją poznać, jeśli ona nie chce rozmawiać? Jak mam zrozumieć jej świat, jeśli zamyka przede mną drzwi?
Wróciłam do kuchni, udając, że muszę coś sprawdzić przy piekarniku. Moja córka, Ania, spojrzała na mnie z troską. – Znowu próbowałaś? – zapytała szeptem. Kiwnęłam głową, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Może po prostu daj jej spokój, mamo. Nie każdy musi być taki otwarty jak ty.
Ale ja nie umiem inaczej. Zawsze byłam tą, która scala rodzinę, organizuje święta, pamięta o urodzinach. Gdyby nie ja, pewnie nie spotykalibyśmy się tak często. A teraz czuję, że tracę nie tylko synową, ale i syna. Michał coraz rzadziej dzwoni, a kiedy już przyjeżdżają, Milena siedzi z boku, nie angażuje się w rozmowy, nie śmieje się z naszych żartów.
Wróciłam do salonu, gdzie Milena siedziała sama, przeglądając coś w telefonie. Dzieci biegały wokół niej, ale ona zdawała się ich nie zauważać. Usiadłam naprzeciwko, próbując znaleźć temat, który by ją zainteresował.
– Milena, słyszałam, że dostałaś awans w pracy. Gratuluję! – powiedziałam z uśmiechem.
Spojrzała na mnie, jakby zaskoczona, że wiem o jej życiu zawodowym. – Dziękuję – odpowiedziała krótko. – Ale to nic wielkiego.
– Jak to nic wielkiego? – próbowałam podtrzymać rozmowę. – Przecież to ogromny sukces! Może opowiesz coś więcej?
Wzruszyła ramionami. – Nie ma o czym mówić. Po prostu więcej obowiązków.
Zamilkłam. Czułam się, jakbym rozmawiała z murem. W tym momencie do pokoju wszedł Michał. – Co tu tak cicho? – zapytał, patrząc na nas z uśmiechem. – Mama, nie męcz Mileny pytaniami, ona jest zmęczona po tygodniu pracy.
Poczułam ukłucie żalu. Czy naprawdę jestem taka uciążliwa? Czy moje zainteresowanie to dla nich ciężar?
Wieczorem, gdy wszyscy siedzieli przy ognisku, Milena znowu trzymała się z boku. Michał rozmawiał z ojcem o polityce, Ania bawiła się z dziećmi, a ja siedziałam sama, patrząc w płomienie. Przypomniałam sobie, jak kiedyś marzyłam o wielkiej, zgranej rodzinie. O tym, że będziemy się wspierać, rozmawiać, dzielić radości i smutki. Tymczasem czuję się coraz bardziej samotna, nawet wśród najbliższych.
Następnego dnia rano postanowiłam spróbować jeszcze raz. Zaparzyłam kawę, przygotowałam świeże bułki i usiadłam obok Mileny przy stole. – Wiesz, Milena, ja też kiedyś miałam trudności z odnalezieniem się w nowej rodzinie. Kiedy wyszłam za mąż za Marka, jego matka była bardzo wymagająca. Czułam się oceniana na każdym kroku. Może dlatego tak bardzo zależy mi, żebyś czuła się tu dobrze.
Milena spojrzała na mnie uważniej niż zwykle. Przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, czy powinna coś powiedzieć. – To nie o pani chodzi – odezwała się w końcu cicho. – Po prostu… ja nie umiem być taka jak wy. W mojej rodzinie nie było takich spotkań, nie rozmawialiśmy o uczuciach. Dla mnie to wszystko jest trochę… obce.
Poczułam ulgę, ale i smutek. – Rozumiem – powiedziałam. – Ale może spróbujemy znaleźć jakiś wspólny język? Nie musimy być takie same, żeby się dogadać.
Milena uśmiechnęła się lekko. – Może… – odpowiedziała, ale w jej głosie wciąż było słychać dystans.
Przez resztę dnia starałam się nie narzucać. Obserwowałam, jak Milena rozmawia z Anią o książkach, których ja nie znałam. Zauważyłam, że śmieje się z żartów dzieci, gdy myśli, że nikt nie patrzy. Może po prostu potrzebuje więcej czasu? Może to ja za bardzo się staram, za bardzo chcę, żeby wszystko było idealnie?
Wieczorem, gdy wszyscy już spali, długo siedziałam na tarasie, patrząc w ciemność. W głowie kłębiły mi się pytania: Czy naprawdę jestem złą teściową? Czy moje oczekiwania są zbyt wygórowane? A może powinnam po prostu zaakceptować, że nie każdy musi być taki jak ja?
Następnego dnia, gdy żegnaliśmy się przed wyjazdem, Milena podeszła do mnie i powiedziała cicho: – Dziękuję za zaproszenie. Było… inaczej niż zwykle. Może następnym razem spróbuję się bardziej otworzyć.
Uśmiechnęłam się, czując, jak z serca spada mi ciężar. Może to początek czegoś nowego? Może wystarczy odrobina cierpliwości i zrozumienia?
Czasem zastanawiam się, czy to ja powinnam się zmienić, czy po prostu zaakceptować, że każdy z nas jest inny. A wy, jak radzicie sobie z trudnymi relacjami w rodzinie? Czy warto walczyć o bliskość, czy lepiej odpuścić i pozwolić, by wszystko potoczyło się swoim rytmem?