Ostatni Oddech: Historia Kasi, która musiała nauczyć się oddychać od nowa
— Kasia, pokaż mi tę sukienkę natychmiast! — głos mamy przez telefon był niecierpliwy, jakby od tego zależało coś więcej niż tylko zwykła prezentacja nowego ubrania.
Stałam przed lustrem w niebieskiej sukience, którą kupiłam zaledwie kilka dni przed swoimi czterdziestymi siódmymi urodzinami. Wczoraj je obchodziłam. Dwa lata temu moje życie zostało złamane. Tak, wiem, brzmi to jak banał, ale jeśli ktoś przeżył coś podobnego, wie, że czasem banały są najprawdziwsze.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten dzień stanie się początkiem końca mojego starego świata. Mama przyjechała do mnie niemal natychmiast. Zawsze była impulsywna, zawsze musiała mieć wszystko pod kontrolą. Gdy tylko przekroczyła próg mieszkania, spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem.
— No i co? — zapytała, marszcząc brwi. — Myślisz, że w tym kolorze będziesz wyglądać młodziej?
Poczułam ukłucie w sercu. Zawsze tak było — cokolwiek bym nie zrobiła, zawsze mogłam zrobić to lepiej. Ale wtedy jeszcze miałam siłę się uśmiechać.
— Podoba mi się — odpowiedziałam cicho.
Mama westchnęła ciężko i usiadła na kanapie. — Kasia, ty zawsze wszystko robisz po swojemu. A potem płaczesz.
Nie odpowiedziałam. W głowie miałam już tysiąc myśli: o tym, jak bardzo chciałabym być dla niej wystarczająca, o tym, jak bardzo brakuje mi ojca, który odszedł nagle pięć lat temu. O tym, że mój mąż, Marek, coraz częściej wraca do domu późno i coraz rzadziej patrzy mi w oczy.
Wieczorem zadzwoniła do mnie moja córka, Ola. Mieszka w Krakowie, studiuje psychologię. — Mamo, wszystkiego najlepszego! — jej głos był ciepły i pełen życia. — Kupiłaś sobie coś na urodziny?
— Tak — odpowiedziałam. — Sukienkę.
— Niebieską? — zapytała z uśmiechem w głosie. Zawsze wiedziała wszystko pierwsza.
— Skąd wiesz?
— Babcia już mi powiedziała.
Znowu poczułam się jak dziecko. Mama zawsze musiała być pierwsza we wszystkim.
Dwa lata temu Marek przyszedł do domu wcześniej niż zwykle. Był dziwnie spięty. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole i przez chwilę milczał.
— Kasia… — zaczął powoli. — Muszę ci coś powiedzieć.
Wiedziałam już wtedy. Czułam to od miesięcy. Zdrada nie przychodzi nagle; ona sączy się powoli w codzienność, aż staje się oczywista.
— Jest ktoś inny? — zapytałam bez emocji.
Skinął głową. — Przepraszam.
Nie płakałam wtedy. Nie krzyczałam. Po prostu wstałam i poszłam do sypialni. Przez całą noc leżałam w ciemności i słuchałam własnego oddechu. Był płytki, urywany, jakby moje ciało nie chciało już żyć.
Następnego dnia Marek się wyprowadził. Ola przyjechała na weekend i próbowała mnie pocieszyć.
— Mamo, dasz sobie radę — mówiła, obejmując mnie mocno. — Jesteś silniejsza niż myślisz.
Ale ja nie czułam się silna. Czułam się pusta.
Mama przyszła z ciastem i radami.
— Musisz zacząć żyć na nowo — powiedziała stanowczo. — Marek nie był ciebie wart.
Ale ja nie chciałam zaczynać od nowa. Chciałam tylko wrócić do tego, co było.
Przez kilka miesięcy żyłam jak cień samej siebie. Chodziłam do pracy w urzędzie miasta, wracałam do pustego mieszkania i patrzyłam na ściany. Czasem dzwoniła Ola, czasem wpadała mama z zakupami i kolejną porcją dobrych rad.
Pewnego dnia dostałam list polecony. To był pozew rozwodowy. Trzymając go w rękach, poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi spod nóg ostatni kawałek gruntu.
Wieczorem zadzwoniłam do Oli.
— Córciu… — zaczęłam drżącym głosem.
— Wiem, mamo — przerwała mi łagodnie. — Tata dzwonił do mnie dzisiaj rano.
— I co powiedział?
— Że chce być szczęśliwy.
Zacisnęłam pięści ze złością i bezsilnością.
— A ja? Czy ja nie zasługuję na szczęście?
Ola milczała przez chwilę.
— Mamo… może czasem trzeba pozwolić odejść temu, co nas rani?
Nie rozumiałam tego wtedy. Dla mnie szczęście było tam, gdzie byłam z Markiem i Olą pod jednym dachem.
Rozwód był szybki i bolesny jak wyrwanie zęba bez znieczulenia. Mama triumfowała: „A nie mówiłam?” Ola próbowała być pośrednikiem między mną a ojcem, ale coraz częściej widziałam w jej oczach zmęczenie moimi żalami.
Pewnego dnia wróciłam do domu i zobaczyłam na stole list od mamy: „Kasia, musisz przestać żyć przeszłością. Ja już nie mam siły cię pocieszać.” Poczułam się zdradzona przez wszystkich naraz: przez męża, przez matkę, przez własną córkę, która coraz rzadziej dzwoniła.
Zaczęły się ataki paniki. W nocy budziłam się z uczuciem duszenia się; miałam wrażenie, że zaraz umrę. Lekarz przepisał mi leki uspokajające i skierował do psychologa.
Na pierwszej wizycie długo milczałam. Psycholog zapytał:
— Czego pani najbardziej żałuje?
Odpowiedź przyszła sama:
— Że nigdy nie byłam dla siebie ważna.
Wyszłam z gabinetu z ciężkim sercem i pustką w głowie. Ale coś się we mnie przełamało. Może to był ostatni oddech starej Kasi?
Zaczęłam chodzić na spacery po parku Jordana, kupiłam sobie rower i jeździłam po mieście bez celu. Czasem siadałam na ławce i patrzyłam na ludzi: zakochane pary, matki z dziećmi, starszych panów grających w szachy. Zazdrościłam im spokoju i poczucia sensu.
Któregoś dnia spotkałam sąsiadkę z klatki obok — panią Halinę. Zawsze wydawała mi się oschła i zamknięta w sobie.
— Pani Kasiu — zaczepiła mnie niespodziewanie — może pójdziemy razem na kawę? Widzę panią codziennie samą… Ja też jestem sama od lat.
Usiadłyśmy w małej kawiarni na rogu ulicy Karmelickiej i rozmawiałyśmy godzinami o wszystkim: o dzieciach, o mężach, o samotności i strachu przed starością.
Od tamtej pory spotykałyśmy się regularnie. Z czasem zaczęłam czuć się mniej samotna. Ola wróciła na wakacje do domu; spędziłyśmy razem kilka cudownych dni nad jeziorem Rożnowskim. Mama przestała mnie krytykować na każdym kroku; może zobaczyła w końcu moją kruchość?
Dziś mam 47 lat i wiem jedno: życie potrafi złamać człowieka w najmniej spodziewanym momencie. Ale nawet po najgorszym sztormie można nauczyć się oddychać od nowa.
Czasem zastanawiam się: czy gdybym była dla siebie ważniejsza wcześniej, uniknęłabym tego wszystkiego? A może właśnie musiałam upaść na samo dno, żeby nauczyć się kochać siebie?