Tam, gdzie kiedyś był dom – powrót Weroniki do rodzinnej wsi

Gdy wysiadłam z autobusu, powietrze pachniało tak, jakby czas się zatrzymał. Mimo że minęło dwadzieścia lat, od razu rozpoznałam ten zapach wilgotnej ziemi i dymu z pieca. Serce waliło mi jak młot, a dłonie drżały, gdy poprawiałam pasek torby na ramieniu. Przez chwilę miałam ochotę zawrócić, ale wtedy zobaczyłam Kazimierza. Siedział na tej samej ławce przy starym sklepiku, gdzie kiedyś wieczorami zbierała się cała wieś. Teraz sklepik był wpółzawalony, a Kazimierz wyglądał jak cień dawnego siebie – zgarbiony, z zamglonym wzrokiem, jakby patrzył przez mgłę wspomnień.

– Weronika? – zapytał niepewnie, mrużąc oczy. – To ty?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przez gardło przeszło mi tylko ciche „Dzień dobry”.

– Myślałem, że już nigdy cię tu nie zobaczę – powiedział, a w jego głosie zabrzmiała nuta żalu.

Przeszłam obok niego, czując na sobie ciężar jego spojrzenia. Każdy krok po tej ziemi był jak powrót do dzieciństwa: do biegania boso po trawie, do śmiechu brata, do krzyków matki i milczenia ojca. Wszystko tu było inne – domy bardziej szare, ludzie bardziej zmęczeni. Ale najbardziej zmieniłam się ja.

Dom rodzinny stał na końcu wsi. Kiedyś był dumny, biały, z niebieskimi okiennicami. Teraz farba łuszczyła się ze ścian, dach pokrywał mech. Przed furtką stała matka. Nie spodziewała się mnie – nie napisałam, nie zadzwoniłam. Po prostu przyjechałam.

– Po co wróciłaś? – zapytała od razu, bez powitania.

Zatkało mnie. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. W jej oczach widziałam zmęczenie i coś jeszcze – może gniew?

– Chciałam… zobaczyć dom – odpowiedziałam cicho.

– Dom? – prychnęła. – Tu już nie ma domu.

Weszłam za nią do środka. W kuchni pachniało zupą i starością. Na stole leżały stare gazety, a na parapecie stały zwiędłe pelargonie. Ojca nie było – zmarł pięć lat temu, o czym dowiedziałam się z listu od ciotki. Brata też nie było – wyjechał do Anglii i słuch po nim zaginął.

Matka usiadła ciężko na krześle.

– Myślisz, że możesz tak po prostu wrócić? Po tym wszystkim?

Zacisnęłam dłonie na kolanach.

– Przepraszam – wyszeptałam.

– Przepraszasz? Za co? Za to, że zostawiłaś mnie samą? Że uciekłaś do miasta i nawet nie napisałaś?

Chciałam jej powiedzieć, że musiałam uciec. Że nie mogłam tu zostać po tym, co się stało tamtej nocy – kiedy ojciec wrócił pijany i rozbił wszystko, co miał pod ręką. Kiedy brat próbował go powstrzymać, a ja… ja tylko patrzyłam. Potem uciekłam do Warszawy, zostawiając ich samych z tym wszystkim.

– Nie mogłam tu zostać – powiedziałam w końcu. – Bałam się.

Matka spojrzała na mnie twardo.

– Wszyscy się baliśmy. Ale ktoś musiał zostać.

W jej głosie była gorycz, której nie potrafiłam znieść. Wyszłam na podwórko i usiadłam na schodach. Przypomniałam sobie dzieciństwo: jak brat uczył mnie jeździć na rowerze, jak matka piekła chleb w piecu, jak ojciec śmiał się jeszcze wtedy, zanim wszystko się rozpadło.

Wieczorem przyszła sąsiadka, pani Zofia.

– Weronika! Ty żyjesz! – wykrzyknęła i rzuciła mi się na szyję.

Poczułam łzy pod powiekami.

– Tyle lat… Myśleliśmy, że już nie wrócisz.

Usiadłyśmy razem na ławce przed domem. Pani Zofia opowiadała o tym, co się zmieniło: kto umarł, kto wyjechał za granicę, kto sprzedał pole deweloperom. Wieś była już inna – młodzi uciekli do miast albo za granicę. Zostały tylko stare kobiety i kilku mężczyzn przy sklepie.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam skrzypienie podłogi i szum wiatru za oknem. Wspomnienia wracały falami: krzyk ojca, płacz matki, milczenie brata. Zastanawiałam się, czy mogłam coś zmienić.

Rano matka była już w kuchni.

– Zostaniesz na śniadanie? – zapytała szorstko.

Skinęłam głową. Jadłyśmy w milczeniu. Czułam jej żal i swój własny wstyd.

Po śniadaniu poszłam na cmentarz. Grób ojca był zaniedbany; postawiłam świeczkę i usiadłam na ławce obok.

– Dlaczego musiało tak być? – szepnęłam do siebie.

Nagle usłyszałam kroki. To był Kazimierz.

– Wiesz… Twój ojciec nie był zły człowiek – powiedział cicho. – Tylko życie go przerosło.

Pokiwałam głową ze łzami w oczach.

– A ty? – spytał nagle. – Ty sobie wybaczyłaś?

Nie odpowiedziałam. Bo czy można wybaczyć sobie ucieczkę?

Wieczorem przed wyjazdem matka podała mi słoik ogórków.

– Weź… Na drogę – powiedziała bez uśmiechu.

Przytuliłam ją niezdarnie. Poczułam jej drżące ramiona i przez chwilę chciałam zostać jeszcze jeden dzień… Ale wiedziałam, że to niemożliwe.

Kiedy autobus ruszył spod sklepu Kazimierza, spojrzałam przez okno na dom, który już nie był domem. Zastanawiałam się: czy można wrócić tam, gdzie kiedyś było się szczęśliwym? Czy dom to miejsce czy ludzie? A może dom to tylko wspomnienie?

Może każdy z nas nosi swój dom w sercu – nawet jeśli już dawno przestał istnieć.