„Mamo, babcia nas nie kocha…” — wróciłyśmy od mamy i coś we mnie pękło

— Mamo, babcia nas nie kocha… — powiedziała Zosia, a Hania od razu wtuliła twarz w mój sweter i zaczęła szlochać tak, jakby ktoś jej coś wyrwał z rąk.

Zamarłam w przedpokoju. Jeszcze miały na policzkach ślady po łzach, a ja czułam na języku smak herbaty z cytryną, którą wypiłam u mamy, udając, że wszystko jest normalnie.

— Co się stało? — zapytałam krótko.

— Igorek dostał nową grę… — Zosia pociągnęła nosem. — A Kasia czekoladki. A my… my nic.

— Babcia powiedziała: „Nie ruszaj”, „nie przeszkadzaj”, „idźcie do drugiego pokoju” — wyrzuciła z siebie Hania. — A jak Igorek krzyczał, to babcia się śmiała.

Poczułam, jak we mnie rośnie złość. Taka ciężka, gorąca. I wstyd. Bo widziałam to. Widziałam, jak mama głaszcze Igorka po głowie i mówi: „No chodź do babci, kochanie”. A do moich córek: „Dziewczynki, bądźcie grzeczne”. Jakby grzeczność była walutą, którą muszą płacić za miejsce przy stole.

W kuchni postawiłam im kakao. Ręce mi się trzęsły.

— Babcia nas woli, bo my nie mamy taty? — spytała Zosia cicho.

To zdanie uderzyło jak policzek.

— Nie mów tak — odpowiedziałam odruchowo. — To… to nie wasza wina.

Telefon zawibrował. Mama.

Odebrałam.

— Lena, one znowu płakały? — usłyszałam jej głos, zmęczony, a jednocześnie ostry. — Ja już nie mam siły na te histerie. To dzieci mają słuchać dorosłych.

— Mamo, one płakały, bo były traktowane jak powietrze — powiedziałam. — Jak gorsze.

— Przesadzasz. Igorek jest mały, trzeba mu poświęcić więcej uwagi.

— Hania też jest mała.

— Ale Igorek to chłopiec, on jest żywszy. Dziewczynki powinny być spokojniejsze — rzuciła, jakby cytowała coś oczywistego.

W gardle zrobiło mi się ciasno.

— Czy ty słyszysz, co mówisz? — zapytałam.

— Lena, nie będziesz mnie pouczać. Ja wychowałam ciebie. I jakoś wyrosłaś.

— Właśnie. „Jakoś” — wyrwało mi się.

Zapadła cisza. Słyszałam w słuchawce jej oddech. Krótki. Nerwowy.

— To pewnie przez to, że mieszkasz sama. Ludzie mówią różne rzeczy. Że nie umiesz utrzymać rodziny, że dzieci bez ojca… — zaczęła.

— Ludzie nie będą moim sumieniem — przerwałam. — Moje dzieci już dzisiaj zapytały, czy są gorsze, bo nie mają taty. To jest efekt „ludzi”. I efekt tego, co widzą u ciebie.

— Nie wciągaj mnie w swoje problemy, Lena.

— To nie są „moje problemy”. To są twoje wnuczki.

— Ja mam też drugie wnuki! — podniosła głos. — I nie będę się tłumaczyć.

Spojrzałam na Zosię i Hanię. Siedziały przy stole, ciche, z mokrymi rzęsami. Czekały, czy ja stanę po ich stronie naprawdę, czy tylko powiem: „Nie przejmujcie się”.

— Mamo — powiedziałam wolno — jeśli one mają do ciebie przychodzić i wychodzić z pytaniem, czy są niekochane, to one tam nie pójdą.

— Szantażujesz mnie? — syknęła.

— Stawiam granicę.

— To niewdzięczność. Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam… — Jej głos zadrżał, ale nie z żalu. Z oburzenia.

— A co ja mam zrobić dla nich? — zapytałam. — Udawać, że nic się nie dzieje, żebyś ty nie miała przykrości?

— Przyjedź jutro. Porozmawiamy. Bez tych scen.

— Jutro nie. Najpierw ty powiedz im „przepraszam”. Wprost. I przestań dzielić dzieci na lepsze i gorsze.

— Ja nikogo nie dzielę! — krzyknęła. — To ty jesteś przewrażliwiona. Jak zawsze.

— Dobrze — odpowiedziałam cicho. — To do usłyszenia.

Rozłączyłam się.

Zosia podniosła na mnie oczy.

— Pójdziemy jeszcze do babci? — zapytała.

Wzięłam głęboki oddech.

— Pójdziemy wtedy, kiedy będziecie tam bezpieczne. Kiedy nikt wam nie wmówi, że trzeba zasłużyć na miłość — powiedziałam. — A jeśli nie… to nie będziemy chodzić.

Hania podeszła i objęła mnie w pasie.

— Mamo, nie chcę, żeby babcia była zła — wyszeptała.

— Ja też nie chcę — odpowiedziałam. — Ale bardziej nie chcę, żebyście wy były złamane.

Wieczorem dostałam wiadomość od cioci: „Lena, po co robisz aferę? Matka ma swoje lata. W rodzinie trzeba wytrzymać”.

Wpatrywałam się w ekran długo. Potem odłożyłam telefon. Podeszłam do parapetu. Stał tam zwiędnięty kwiat, który mama kiedyś mi dała „na szczęście”. Podlałam go, choć liście już opadały.

Bo może miłość też czasem trzeba podlewać granicami, a nie milczeniem.

I teraz pytam was: czy rodzina naprawdę wymaga, żebyśmy poświęcali własne dzieci dla świętego spokoju? A może odwaga zaczyna się dopiero wtedy, gdy mówimy „dość” najbliższym?