Czwarte dziecko: Kiedy miłość nie wystarcza
– Nie żartujesz chyba, Marta?! – Głos Pawła na chwilę zagłuszył radio w kuchni, trzymane przeze mnie jajko upadło na blat, rozsypując skorupki. Nadal miałam w głowie echo słów lekarza sprzed kilku godzin, które odbijały się we mnie jak kamienie na powierzchni jeziora. „Jest pani w ciąży.”
Milczałam przez chwilę, bo nie byłam pewna, czy potrafię ułożyć w całość to, co działo się we mnie. A kiedy wreszcie przytaknęłam cicho, Paweł zacisnął pięści i popatrzył na mnie jak na kogoś, kto przyniósł mu wyrok. Nasz najmłodszy, Kubuś, miał dopiero osiem miesięcy. Dwójka starszych, Zosia i Staś, bawili się w pokoju obok. Przysięgłabym, że w tej jednej chwili nawet dzieci przestały oddychać, czując ciężar tej rozmowy, wibrujący przez ściany naszego małego mieszkania pod Poznaniem.
Ta noc była najdłuższą z mojego życia. Słyszałam jak Paweł przewraca się z boku na bok. Ja sama nie byłam w stanie zamknąć oczu. Myśli wirowały: kredyt na mieszkanie, oszczędności topniejące z każdym dniem, liczenie pieluch, rachunki, marzenia o wakacjach, które nigdy się nie będą mogły spełnić. Ale jeszcze bardziej bolało mnie to, że czułam się sama, choć obok leżał przecież mój mąż.
Rano dzieci obudziły nas nieskończonymi pytaniami: „Czy dzisiaj możemy iść na plac zabaw? Dlaczego jesteście tacy smutni?” Nakładałam owsiankę do misek, a Paweł pił kawę, nie patrząc na mnie. Wiedziałam, że powinnam coś powiedzieć. Przełamałam się w końcu: – Paweł, wiem, że jesteś przerażony. Ja też. Ale… przecież damy radę, prawda? – Spojrzałam na niego, widząc w jego oczach lęk, który z trudem próbował ukryć za gniewem.
– Nie wiem, Marta. Naprawdę nie wiem. Myślałaś chociaż, czy… – Zaciął się, a ja przez sekundę pomyślałam, że zaproponuje aborcję. Nic nie mówiłam, bo czułam, że każde kolejne zdanie rozdrapie tylko świeże rany.
Wracały do mnie twarze ludzi z rynku i sąsiadki z dołu – tej, która zawsze komentuje, że „znowu mamy kolejne dziecko”. Wyobrażałam sobie miny teściowej, pretensje mojej mamy, która od lat powtarza, że lepiej nie mieć dzieci, niż potem narzekać na życie.
Wieczorem, kiedy wszyscy byli już w łóżkach, Paweł wszedł do pokoju z butelką taniego wina. Usiadł naprzeciwko mnie i przez długą chwilę milczał. – Myślisz, że to się uda? – zapytał wreszcie. – Nie wiem. Ale może przestaniemy ciągle myśleć o tym, co inni powiedzą? Może skupmy się na nas.
Kilka dni później Paweł zniknął z domu na cały dzień. Szukałam go w myślach, gubiąc się między scenariuszami: czy uciekł? Czy wróci po pijaku? Ale wieczorem przyszedł, zmęczony, z workiem warzyw pod pachą i zwykłym, ale takim pierwszym od wielu dni, smutnym uśmiechem. Zaczęliśmy razem kroić ziemniaki na zupę, i choć milczeliśmy, to czułam, że w tej zwyczajnej czynności jest więcej obecności niż przez ostatni tydzień.
Dni przechodziły w tygodnie, a ja coraz bardziej czułam, że nie radzę sobie sama ze sobą. Wymioty, zmęczenie, płacz Zosi, która rano nie chce wstać do przedszkola i wierci się w łazience, wykrzykując, że chciałaby mieć mamę tylko dla siebie. Staś, który coraz częściej się obraża i zamyka w swoim świecie, pyta nagle: – Mamusiu, a dlaczego jesteś taka smutna?
Patrzę na niego, łzy cisną mi się do oczu. – Bo dorosłość bywa trudna, kochanie. Ale mam ciebie i twoje rodzeństwo. To dla mnie najważniejsze.
Tylko komu ja próbuję to wmówić? W środku wszystko mnie boli, jakby ktoś nakładał coraz większy ciężar na moje ramiona. Pewnego wieczoru Paweł wybucha: – Co my zrobimy, jak mi szef nie przedłuży umowy? Marta, ja nawet nie wiem, czy cię jeszcze kocham tak samo jak kiedyś. Ciągle jesteś spięta, zła, zmęczona. Myślę, że dziecko nas tylko pogorszy, rozumiesz?
Krzyczę. Tak, pierwszy raz od dawna krzyczę na całe gardło, na niego, na siebie, na świat. Na to, że nie jestem wystarczająco dobrą żoną, matką, córką, człowiekiem. Po moim krzyku zostaje cisza, która owija nas jak gruby szal, dusząc i nie dając powietrza. Wieczorem przychodzi do łóżka i bierze mnie za rękę. – Przepraszam – mówi cicho. – Ja też – odpowiadam, i tak trwamy przez całą noc w milczeniu, trzymając się jak rozbitkowie na tratwie.
Po trzech miesiącach znów idę na badania i pierwszy raz czuję radość. Maleństwo żyje, bije mu serduszko. Wracam do domu, pokazuję zdjęcie z USG i widzę, jak Staś i Zosia biegną przytulić się do mojego brzucha. Paweł stoi pod ścianą, patrzy na nas. Widzę w jego oczach cień uśmiechu, którego już tak długo nie było.
Ale życie nie zwalnia – wracają stare problemy: rachunki, przedszkole, wywiadówki, choroby. Ja wciąż boję się przyszłości, a Paweł gubi się w swoim świecie – jest jak gość w swoim domu, jakby bał się, że nie podoła tej nowej rzeczywistości. Zaczynam bać się, że wycofa się na zawsze…
Pewnego popołudnia, po kolejnej rodzinnej awanturze o brudne naczynia i podsuszony chleb, siadam na parapecie z herbatą i myślę o swoim życiu. Jak to się stało, że miłość, która kiedyś wynosiła mnie ponad chmury, teraz ledwo wystarcza? Czy wystarczy jej jeszcze na jedno dziecko, jeden trudniejszy dzień?
Patrzę za okno i widzę bawiących się na podwórku Zosię i Stasia, Kubę śpiącego w wózku i Pawła, który nagle patrzy w moją stronę. Uśmiecham się do niego, choć łzy stają mi w oczach. Czy naprawdę jesteśmy w stanie przetrwać razem każdą burzę? Czy jedno dziecko więcej to już koniec marzeń, czy może początek czegoś nowego?