List z banku i „pożyczka do wypłaty”. A potem się okazało, że mój syn grał va banque naszym mieszkaniem
Otworzyłam kopertę przy kuchennym stole, jeszcze w kurtce, bo dopiero wróciłam z Biedronki. Na kopercie mój adres, moje imię i nazwisko. A w środku pismo z banku: „wezwanie do zapłaty”, jakieś raty, zaległość, i numer umowy, którego nie kojarzyłam.
Zrobiło mi się gorąco. Pierwsza myśl: „to pomyłka”. Druga: „Tomek”.
Zadzwoniłam od razu.
– Tomek, gdzie ty jesteś?
– No… w domu. A co?
– Przyszło do mnie pismo z banku. Jakieś zaległości. Co to jest?
Chwila ciszy, taka nieprzyjemna.
– Mamo, to nic takiego. Serio. Banki teraz wysyłają wszystko automatem.
– Automatem to ty możesz sobie w Żabce hot-doga kupić. Ja pytam, co to jest.
– Przyjadę, dobra? – uciął.
I przyjechał po pół godzinie, zdyszany, jakby biegł od autobusu, choć miał samochód. Usiadł na krześle i patrzył na te papiery, jakby były w obcym języku.
– To jest na mnie – powiedziałam, stukając palcem w swoje nazwisko. – Na mój PESEL.
– Ja… ja to wyprostuję – mruknął.
– Co wyprostujesz? Tomek, skąd bank ma do mnie sprawę? – głos mi się podniósł, sama to słyszałam.
Tomek zaczął mówić szybko, nieskładnie.
– Mamo, ja tylko raz… to była taka chwilowa sprawa. W pracy opóźnili premie, a ja miałem… zaległości i… nie chciałem cię martwić.
I wtedy mi się przypomniało, jak w piątek wieczorem poprosił o „kilka złotych do wypłaty”. To było normalne, młodzi się czasem nie spinają. Tyle że to zaczęło się powtarzać. Co tydzień: „mamo, pożyczysz dwie stówki?”, „mamo, brakuje mi do czynszu”, „mamo, tylko teraz, oddam w poniedziałek”. A ja, głupia, dawałam. Bo co, miałam patrzeć, jak mi syn nie ma na paliwo?
– To jest jakiś kredyt? – spytałam.
On wzruszył ramionami.
– Pożyczka. Taka… szybka.
– Na mnie?
– Bo ty masz… lepszą historię. Ja wtedy miałem już BIK… no wiesz.
Zatkało mnie.
– Ty wziąłeś pożyczkę na mnie? Bez pytania?
– Mamo, ja chciałem oddać zanim zauważysz. Serio. To miało być na chwilę.
W tym momencie weszła moja córka, Kasia, bo mieszka z nami jeszcze, odkłada na wkład własny. Zobaczyła nas i od razu:
– Co się dzieje?
– Zapytaj brata – powiedziałam. – Wziął na mnie pożyczkę.
Kasia zrobiła się biała.
– Co?! Tomek, ty oszalałeś? – krzyknęła.
– Nie drzyj się. Nie rozumiesz – warknął. I to było najgorsze, bo to zabrzmiało, jakby to my byliśmy głupi.
Poszło. Ja krzyczałam, Kasia płakała i krzyczała, Tomek siedział i raz się bronił, raz atakował.
– Mamo, ja nie miałem wyjścia! – mówił. – Jakbym nie spłacił tamtego, to by weszli na konto, komornik, wszystko.
– A to jest co?! – machnęłam pismem. – To nie jest „wszystko”?
I wtedy padło coś, co zmieniło mi obraz całej sprawy.
– To nie jest tylko o mnie – powiedział cicho. – Ja… ja pomogłem Asi.
– Jakiej Asi? – Kasia prychnęła przez łzy.
– Asi… no, mojej… – urwał.
I dopiero wtedy dotarło do mnie, że on nie mówi o żadnej koleżance z pracy. Tylko o tej dziewczynie, z którą „już nie jest”, ale jakoś ciągle się przewijała. Asia, ta od „mamo, to nic poważnego”.
– Ona jest w ciąży? – palnęłam, zanim pomyślałam.
Tomek spojrzał na mnie takim wzrokiem, że wiedziałam.
– Nie mów Kasi – powiedział. – Proszę.
Kasia usiadła jakby ją ktoś uderzył.
– Czyli co, ty robiłeś z mamy bankomat, bo… bo będziesz miał dziecko? – wykrztusiła.
– Ja nie wiem, czy to moje – burknął Tomek. I znowu cisza. Taka, że słychać było lodówkę.
Wyszło, że Asia miała jakieś swoje długi, jakieś chwilówki, a on „chciał to ogarnąć”, żeby nie było wstydu, żeby „dziecko miało normalnie”. Tyle że „ogarnąć” oznaczało brać kolejne pożyczki. Jedną spłacać drugą. A jak mu odmówili, to… no, wziął na mnie. Dane miał. Przecież to mój syn. Zna mój PESEL, ma dostęp do papierów, kiedyś mu dałam teczkę, żeby mi coś zaniósł do urzędu. I tak.
Ja byłam wściekła, ale jednocześnie… no jak to. Jak on mówi o dziecku, to mi się włącza to całe „matka”. Że może on się pogubił, że się boi. Ale z drugiej strony: ja mam 56 lat, pracuję w administracji w spółdzielni, kredyt na remont kuchni jeszcze spłacam. Nie jestem z gumy.
– Mamo, ja to spłacę. Daj mi miesiąc. Dwa. Sprzedam auto, coś wymyślę – mówił, a ręce mu się trzęsły.
– A jak nie spłacisz? – zapytałam. – Komornik przyjdzie do mnie, nie do ciebie.
– Nie przyjdzie, bo ja… ja mam też drugą robotę – wypalił.
– Jaką drugą? – Kasia od razu.
I tu kolejny zwrot, bo on zaczął się jąkać, a potem powiedział:
– W nocy jeżdżę dla aplikacji. I… czasem biorę zaliczki od ludzi. Na przeprowadzki, na przewozy. Nie zawsze to wychodzi uczciwie, ale… – urwał.
Zrobiło mi się niedobrze. Niby nie powiedział wprost, ale brzmiało jak kombinowanie, jak wpadanie w jeszcze gorsze bagno.
Kasia wstała i powiedziała:
– Ja nie będę z nim mieszkać. Albo on, albo ja.
A Tomek:
– Serio? To ty mnie wyrzucasz? Jak mam dziecko?
– A jak mama ma komornika, to co? – odbiła.
I wtedy ja musiałam coś powiedzieć, a nie umiałam. Bo z jednej strony mam w głowie: „idę na policję, zgłaszam wyłudzenie, niech się uczy”. Z drugiej: „to mój syn, jak mu zrobię sprawę, to on już się nie podniesie, a może naprawdę próbuje”. I jeszcze to dziecko… jeśli jest.
Tomek płakał. Pierwszy raz od lat widziałam go takiego, nie wkurzonego, tylko rozbitego.
– Mamo, ja wiem, że spieprzyłem. Ale jak mi nie pomożesz, to ja nie wiem, co zrobię – powiedział.
To zabrzmiało jak szantaż, ale jednocześnie… ja nie wiem, może on naprawdę był na granicy.
Skończyło się tak, że kazałam mu dać mi wszystkie papiery, loginy, wszystko. Zadzwoniłam na infolinię banku przy nim, zrobiłam blokady, ustaliłam plan spłaty, bo inaczej odsetki by mnie zjadły. Powiedziałam mu, że ma oddawać co miesiąc konkretną kwotę i że jak raz nie zapłaci, to ja idę na policję. On tylko kiwał głową, jak dziecko.
Kasia się do niego nie odzywa. W domu jest jak na bombie. Tomek śpi po znajomych, niby „żeby nie przeszkadzać”. A ja łapię się na tym, że jak widzę listonosza, to mi serce wali.
I najgorsze: ja nadal nie wiem, czy Tomek jest ofiarą własnej głupoty, czy cwaniakiem, który liczył, że mama i tak wyciągnie. Pewnie jedno i drugie.
Nie mogę spać, bo myślę, czy ja go właśnie uratowałam, czy tylko dałam mu sygnał, że może wszystko. A jednocześnie boję się, że jak go pogrążę, to już go nie będzie.
Co byście zrobili na moim miejscu: zgłaszać to od razu na policję, czy próbować ratować sprawę w rodzinie, ryzykując, że to się powtórzy?