Powiedziałam mężowi prawdę dopiero wtedy, kiedy bank zadzwonił do niego pierwszy
– To już jest przesada, pani Anno. Ja się o tym dowiaduję z banku? Z banku? – Marcin stał w przedpokoju z telefonem przy uchu, czerwony na twarzy, a ja tylko patrzyłam na jego buty, bo nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy.
Wrócił wcześniej z pracy, akurat kiedy konsultant z naszego banku dzwonił w sprawie zaległej raty. Mój telefon leżał na blacie w kuchni, bo poszłam do łazienki puścić pranie. Marcin odebrał, bo myślał, że to kurier z paczką dla Kuby. I tak się wszystko wydało.
– Oddaj mi ten telefon – powiedziałam cicho.
– Serio? To jest teraz najważniejsze? Co to znaczy „druga niespłacona rata”? Anka, o czym ja w ogóle nie wiem?
Kuba siedział w swoim pokoju i miał słuchawki, ale i tak ściszył muzykę. Wiedziałam po ciszy.
Usiadłam przy stole. Nogi mi się trzęsły. – Straciłam pracę w lutym.
Marcin się zaśmiał, tak krótko, bez humoru. – Nie no, super. Super. Jest czerwiec.
Pracowałam w rejestracji w prywatnej przychodni na Gocławiu. Nic wielkiego, ale zawsze coś było. Pod koniec stycznia kierowniczka wezwała mnie i jeszcze dwie osoby. „Zmiany organizacyjne”, wiadomo. Umowa i do widzenia. Myślałam, że szybko coś znajdę. Naprawdę. Wysłałam CV do przychodni, do salonu optycznego, nawet do sklepu medycznego pod Promenadą. Dwie rozmowy, zero odzewu. Potem zaczęłam udawać przed Marcinem, że dalej chodzę do pracy.
Głupio to brzmi, wiem. Ale on od roku powtarzał, że „musimy się ogarnąć”, bo rata kredytu na mieszkanie, bo Kuba idzie do technikum, bo jego matka znowu potrzebuje na leki, bo wszystko drożeje. Odkąd wzięliśmy ten kredyt na trzy pokoje w Mińsku Mazowieckim, on żył w jakimś ciągłym napięciu. Jakby jedna zła wiadomość miała rozwalić nam wszystko.
Więc codziennie wychodziłam rano. Siedziałam w bibliotece, czasem u mojej siostry na Grochowie, czasem jeździłam po rozmowach. Raz dorabiałam przez dwa tygodnie w Żabce u znajomej, ale na czarno, więc nawet nie ma co liczyć. Za raty płaciłam z oszczędności i z limitu na karcie. Miałam to powiedzieć. Co tydzień miałam.
– I ty myślałaś, że co? – Marcin chodził od okna do zlewu i z powrotem. – Że się samo zrobi? Że ja nie zauważę?
– Zauważyłeś? – palnęłam, zanim pomyślałam.
Odwrócił się do mnie od razu. – Co to ma znaczyć?
– To, że od trzech miesięcy patrzysz tylko w Excela i w telefon. W domu cię nie ma, a jak jesteś, to liczysz. Kuby prawie nie słuchasz. Mnie też nie.
– Bo ktoś musi być odpowiedzialny.
To mnie wtedy zabolało najbardziej. Jakby cała reszta była dziecinna.
– Byłam na odpowiedzialna, dopóki dałam radę – powiedziałam. – Potem… no nie dałam.
Myślałam, że na tym się skończy. Że on będzie wściekły, ale potem usiądziemy i policzymy wszystko. Tylko że Marcin nagle zamilkł, usiadł naprzeciwko mnie i powiedział:
– To teraz ja ci coś powiem. Nie opłaciłem dwóch faktur w firmie. I mam komornika straszaka na karku, chociaż jeszcze nie wszedł.
Myślałam, że źle słyszę. Marcin ma działalność, montuje klimatyzacje i wentylację, raz jest dobrze, raz słabo, ale zawsze mówił, że „ogarnięte”.
– Jak to nie opłaciłeś?
– Normalnie. Klient z Otwocka mi nie zapłacił za dużą robotę od marca. Prawie trzydzieści tysięcy. Ja z kolei nie zapłaciłem hurtowni i ZUS-owi na czas. Wziąłem chwilówkę na pensję dla chłopaków, żeby nie uciekli.
Usiadłam prosto. – Chwilówkę?
– Jedną.
– Jedną? – już wiedziałam, że nie jedną.
Nie odpowiedział od razu. Tylko spojrzał w bok. I wtedy po prostu mnie zmroziło.
Okazało się, że były trzy. Jedna spłacana drugą, druga trzecią. Klasyk, tylko że we własnym domu. A ja przez ten cały czas myślałam, że to ja jedna kłamię i udaję.
– To czemu się tak na mnie darłeś? – zapytałam.
– Bo miałem nadzieję, że chociaż ty nie robisz cyrku – powiedział. Cicho, ale chyba szczerze.
I to było najgorsze zdanie tego dnia.
Wieczorem Kuba wyszedł z pokoju i powiedział tylko: – Będziecie się rozwodzić?
Marcin od razu: – Nie gadaj głupot.
A Kuba na to: – To przestańcie kłamać, oboje. Bo wszystko słychać.
On ma piętnaście lat, a powiedział to tak, jakby miał nas dość od dawna. Potem trzasnął drzwiami i poszedł do kolegi z bloku obok. Ja się popłakałam dopiero wtedy, nie przy banku, nie przy tych ratach, tylko przy tym jednym zdaniu własnego dziecka.
Następnego dnia pojechałam do siostry. Dorota od początku mówiła, że mamy za duże mieszkanie jak na nasze możliwości. Ja się na nią wtedy obrażałam. Teraz zrobiła mi kawę i powiedziała: – Dobra, tylko bez ściemy. Ile tego jest?
Usiadłyśmy z kartką. Moje zaległe raty, limit, karta kredytowa. Długi Marcina, ZUS, chwilówki. Razem wyszło tyle, że zrobiło mi się niedobrze. Dorota od razu: – Sprzedaż mieszkania albo upadłość konsumencka dla ciebie, dla niego restrukturyzacja firmy. Inaczej się zajedziecie.
Wróciłam do domu i powiedziałam Marcinowi, że trzeba sprzedać mieszkanie i wynająć coś mniejszego, choćby na obrzeżach. Myślałam, że wybuchnie. Ale on tylko usiadł i długo nic nie mówił.
W końcu powiedział: – Nie mogę.
– Bo co? Duma?
– Bo to mieszkanie jest częściowo za pieniądze po ojcu.
Jego ojciec zmarł dwa lata temu. Dostali z siostrą spadek po sprzedaży domu pod Siedlcami. Wiedziałam, że coś było, ale Marcin mówił, że poszło na wkład własny i remont. No i właśnie „coś było”.
– Nie wszystko ci powiedziałem – mruknął. – Beata podpisała mi wtedy papier, że zrzeka się większej części na już, bo miała wtedy rozwód i komornika u siebie. Ale ustnie się umówiliśmy, że jakby co, to jej oddam. Przynajmniej część. Ona teraz chce te pieniądze, bo wynajmuje z dwójką dzieci i właściciel podniósł czynsz.
Patrzyłam na niego i już nie wiedziałam, czy mam go żałować, czy nim potrząsnąć. Czyli on nie tylko ukrywał długi. Jeszcze żył z jakimś prywatnym zobowiązaniem wobec siostry, którego nigdzie nie było, ale dla niego było „święte”.
– Czyli ja mam sprzedać dach nad głową Kuby, a ty będziesz spłacał obietnice? – spytałam.
– To nie są obietnice. To moja siostra.
– A ja to kto?
I znowu awantura. Taka już naprawdę brudna. O jego matce, że zawsze jest pierwsza. O mojej siostrze, że się wtrąca. O Kubie. O tym, kto ile wniósł, kto więcej pracował, kto co ukrył. Padło za dużo słów.
Minęły trzy dni i zrobiło się trochę ciszej, ale wcale nie lepiej. Marcin pojechał do Beaty. Wrócił wieczorem i powiedział, że ona wcale nie żąda wszystkiego od razu. Chce tylko, żeby jej pomóc wyjść z wynajmu, bo córka idzie do szkoły i boi się kolejnej przeprowadzki. A on od miesięcy nawet nie odbierał od niej telefonów, bo zwyczajnie nie miał z czego i było mu wstyd.
Wtedy coś mi przeskoczyło. Bo ja dokładnie to samo robiłam jemu. Też nie mówiłam, bo się wstydziłam. Też udawałam, że jutro jakoś się naprawi.
Nie zrobiło się nagle dobrze. Dalej nie jest. Poszliśmy do doradcy restrukturyzacyjnego w Warszawie, ja złożyłam papiery do pracy w rejestracji w przychodni na Wawrze, Marcin dogaduje raty z ZUS-em. Wystawiliśmy mieszkanie, choć jeszcze nie wiem, czy je naprawdę sprzedamy. Kuba się do nas prawie nie odzywa, tylko czasem pyta, czy na pewno po wakacjach będzie chodził do tej samej szkoły.
Najgorsze chyba nie były same długi. Tylko to, że oboje tak się trzymaliśmy wersji, że „ogarniamy”, aż prawie rozwaliliśmy wszystko. I teraz serio nie wiem, czy większym świństwem jest powiedzieć prawdę za późno, czy patrzeć komuś w twarz i udawać, że nic się nie dzieje. Wy co byście zrobili na moim miejscu – ratowali to małżeństwo za wszelką cenę czy najpierw myśleli tylko o sobie i dziecku?