„Masz mi przelać połowę czynszu?” Usłyszałam to trzy miesiące po porodzie i wtedy we mnie coś pękło
– To kiedy mi przelejesz swoją część za czynsz? – zapytał mnie mąż, stojąc w kuchni z telefonem w ręce, jakby pytał o chleb.
Myślałam, że się przesłyszałam.
Mała spała w wózku przy balkonie, ja po nocy praktycznie nieprzytomna, w zlewie butelki, na stole pieluchy i jakiś zimny już obiad. Spojrzałam na niego i tylko powiedziałam:
– Jaką część?
– No normalnie. Połowę. I za zakupy też zaczęlibyśmy płacić po połowie, bo ja już nie daję rady wszystkiego ciągnąć.
Serio, aż mnie zatkało.
– Jestem trzy miesiące po porodzie. Pracuję z domu parę godzin tygodniowo, jak mała zaśnie. Ty wiesz, ile ja teraz zarabiam?
– Wiem. Ale ja też wiem, ile wszystko kosztuje. Czynsz poszedł w górę, prąd poszedł w górę, mleko, pampersy, apteka. Ja nie mówię, żebyś płaciła wszystko. Mówię, żebyś też uczestniczyła.
To jego „uczestniczyła” mnie dobiło najbardziej. Jakbym ja tu była gościem. Jakbym nie uczestniczyła codziennie, wstając po pięć razy w nocy, ogarniając dziecko, pranie, gotowanie, przychodnię, szczepienia i całą resztę.
Powiedziałam mu wtedy coś w stylu:
– To może policz mi jeszcze stawkę za karmienie, noszenie i nieprzespaną noc.
A on od razu:
– Nie rób z siebie ofiary, dobra?
No i poszło. Klasycznie. Cicho nie było.
Powiedziałam, że jest skąpy. On powiedział, że jestem roszczeniowa. Ja, że widzi tylko przelewy i rachunki. On, że wraca z pracy i boi się otworzyć aplikację bankową. Mała się obudziła i się rozpłakała, więc już w ogóle dramat.
Przez dwa dni prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Tylko takie techniczne teksty.
– Kupiłeś chusteczki?
– Tak.
– O której wrócisz?
– Nie wiem.
– Mała miała 37,7.
– Daj znać, jakby rosło.
Niby nic strasznego, ale w domu było tak zimno, że aż człowiekowi ręce marzły.
Najgorsze było to, że zaczęłam wszystko pamiętać. Każde jego „ja płacę”, każde „musimy oszczędzać”, każde spojrzenie, kiedy zamawiałam coś dla małej przez internet. I naprawdę uwierzyłam, że on uważa, że siedzę w domu i wydaję jego pieniądze.
W końcu poszłam z małą do mamy i tam się rozbeczałam. Mama oczywiście od razu:
– Jak on ci każe płacić po porodzie, to coś jest nie tak.
Ale potem, jak trochę ochłonęłam, mama zapytała:
– A wy w ogóle kiedyś ustaliliście, jak dzielicie wydatki po urodzeniu dziecka?
No i tu był problem. Nie ustaliliśmy. Tak konkretnie, porządnie, nigdy. Przed ciążą oboje pracowaliśmy, mieliśmy podobne wypłaty, zrzucaliśmy się mniej więcej po równo i jakoś to leciało. Jak zaszłam w ciążę, to gadaliśmy bardziej o łóżeczku, szpitalu, wózku, a nie o tym, co będzie za pół roku, jak ja utknę na marnym pół etatu.
Wróciłam do domu już trochę spokojniejsza i powiedziałam do męża:
– Dobra. Siadamy wieczorem i mówimy normalnie, o co nam chodzi, bo ja tak nie dam rady.
Usiadł. I na początku było sztywno, bo każde czekało, aż drugie zacznie się bronić. Ale powiedziałam pierwsza:
– Jak mi powiedziałeś o czynszu, to poczułam się jak lokatorka. Naprawdę. Jak ktoś obcy, kto ma się dorzucić, bo inaczej pasożytuje.
On chwilę nic. Potem mówi:
– A ja się poczułem jak bankomat. I też nie od trzech dni, tylko od dawna.
Od razu mnie to wkurzyło, ale kazałam mu mówić dalej.
Powiedział, że od dwóch miesięcy spłaca nie tylko nasze bieżące rzeczy, ale też ratę za samochód, o której ja „zapomniałam”, ubezpieczenie, większy rachunek za gaz i jeszcze pożyczył pieniądze swojej mamie na leki i prywatną wizytę u kardiologa. O tym ostatnim nie wiedziałam.
– Czemu mi nie powiedziałeś? – zapytałam.
– Bo wiedziałem, że powiesz, że znowu ich ratuję.
No i trochę miał rację, bo pewnie bym tak powiedziała. Jego mama już nieraz była pod kreską przed emeryturą i mąż regularnie coś dokładał. Mnie to drażniło, bo sami ledwo spinaliśmy budżet.
Ale potem wyszło coś jeszcze.
Mąż powiedział:
– Ja się po prostu boję. Codziennie. Że jak mnie zwolnią albo zachoruję, to my nie mamy żadnej poduszki. Żadnej. A ty zamawiasz kolejne rzeczy dla małej i mówisz, że są potrzebne.
– Bo są potrzebne.
– Nie wszystkie.
Zaczęłam się kłócić, ale otworzył historię konta i nagle zobaczyłam to z boku. Nie jakieś luksusy, jasne, ale tu organizer do wózka, tu lepsza mata, tu lampka, tu kolejny krem „bo tamten podobno gorszy”, tu ubranka, bo „słodkie i przecenione”. Same małe kwoty, ale razem robiło się dużo.
I wtedy też ja powiedziałam coś, czego wcześniej chyba sama sobie nie umiałam przyznać:
– Ja te zakupy robiłam też dlatego, żeby mieć poczucie, że cokolwiek ogarniam. Siedzę cały dzień z dzieckiem, ledwo śpię, wyglądam jak strach, z pracy praktycznie wypadłam. Jak zamawiałam coś dla małej, to miałam wrażenie, że chociaż jestem dobrą matką.
To było głupie, ale prawdziwe.
Mąż wtedy już inaczej na mnie spojrzał. I powiedział:
– Ja nie chciałem, żebyś płaciła po połowie. Ja chciałem, żebyśmy wreszcie usiedli i zobaczyli, ile nam realnie schodzi, bo ja już byłem na granicy paniki. Tylko powiedziałem to najgorzej jak się dało.
No tak powiedział.
Ja też nie byłam bez winy, bo zamiast wcześniej zapytać, co się dzieje, od razu w głowie zrobiłam z niego sknerę bez serca.
Siedzieliśmy potem chyba dwie godziny z kartką. Policzyliśmy wszystko: czynsz, media, rata, apteka, jedzenie, pieluchy, moje wpływy, jego wypłatę. Wyszło jasno, że przy obecnej sytuacji nie ma sensu udawać równego podziału, bo to nie jest równa sytuacja. Ustaliliśmy, że na razie mąż bierze na siebie czynsz i stałe opłaty, ja ze swoich pieniędzy kupuję część rzeczy dla małej i dokładam tyle, ile realnie mogę, bez żadnego „połowa albo nic”. I koniec z ukrywaniem przelewów do rodziców czy zakupów bez gadania.
Zrobiliśmy też jedną rzecz, która niby banalna: co niedzielę wieczorem siadamy na 20 minut i patrzymy, co zostało i co trzeba kupić. Bez pretensji, chociaż wiadomo, różnie bywa.
Nie chcę udawać, że po jednej rozmowie wszystko stało się idealne. Bo nie. Ja dalej mam do niego żal o ten tekst z czynszem. On dalej czasem patrzy krzywo, jak kurier coś przynosi. Ale przynajmniej już wiem, że nie chodziło mu o to, że moja praca w domu jest nic niewarta. Bardziej o strach, którego sam nie umiał nazwać i przykrył go rozliczaniem mnie jak współlokatorki.
A ja też zobaczyłam, że obrażanie się jest łatwiejsze niż powiedzenie wprost: „słuchaj, ja sobie nie radzę i boję się, że znikam”.
Niby poszło o pieniądze, a tak naprawdę o to, że oboje siedzieliśmy obok siebie i każde myślało co innego.
I teraz serio jestem ciekawa: gdybyście byli na moim miejscu, zgodzilibyście się dokładać do czynszu po porodzie z tego, co wpadnie z pół etatu, czy uznalibyście, że w takiej sytuacji to mąż powinien brać większość na siebie?