Wpuściliśmy ich na chwilę, a prawie straciliśmy przez to własny dom

– Naprawdę chcesz ich tu wpuścić po tym wszystkim?

Stałam w kuchni z kubkiem zimnej już kawy i patrzyłam na Marcina, a on nawet nie umiał spojrzeć mi w oczy. Tylko stał przy oknie, ręce w kieszeniach, jak chłopak przyłapany na czymś głupim.

– To mój brat, Magda. Mają dziecko. Nie pójdą przecież pod most.

Powiedział to takim tonem, jakbym była potworem. A ja po prostu pamiętałam. Wszyscy pamiętali, tylko udawali, że nie.

Szymon lata temu wszedł Marcinowi w życie z butami. Dosłownie rozwalił mu związek, bo miał romans z jego ówczesną dziewczyną. W rodzinie zamieciono to pod dywan, bo „młodzi byli”, bo „różnie się układa”, bo „braci się nie traci przez babę”. Marcin niby wybaczył. Niby. Ale ja widziałam, jak mu szczęka twardnieje, kiedy padało imię Szymona.

A potem Szymon z Justyną i ich pięcioletnią Zosią stracili mieszkanie. Wynajmujący sprzedał lokal, oni mieli zaległości, Justyna była na pół etatu w sklepie, a Szymon od miesięcy „szukał czegoś sensownego”. Czyli siedział. Moi teściowie mają dwa pokoje w bloku i sami ledwo się mieszczą, więc padło na nas. Trzy pokoje, kredyt hipoteczny na trzydzieści lat, rata rośnie, ale przecież „wy sobie poradzicie”.

Na początku naprawdę próbowałam. Serio. Rozłożyłam Zosi materac w małym pokoju, oddałam część szafy, gotowałam większe obiady. Mówiłam sobie: dobra, miesiąc, dwa, jakoś przetrwamy.

Tylko że po dwóch tygodniach to już nie byli goście.

To byli domownicy, którzy zachowywali się tak, jakby mieszkanie należało do nich.

Szymon potrafił siedzieć do południa w dresie, pić kawę i narzekać, że „rynek pracy to żart”. Justyna przynajmniej wychodziła do pracy, odbierała małą z przedszkola, coś tam ogarniała. Zmęczona, nerwowa, ale robiła cokolwiek. A on? Otwierał lodówkę, wzdychał, że nic nie ma, po czym szedł na balkon palić nasze papierosy.

Raz wróciłam z pracy wcześniej. Etatu mam dość, a jeszcze biorę zlecenia po godzinach, bo inflacja zjada wszystko. Wchodzę do domu, a Szymon leży na kanapie, telewizor chodzi, w zlewie gar po zupie, a Zosia sama układa puzzle na podłodze.

– Ty dziś gdzieś dzwoniłeś w sprawie roboty? – zapytałam.

Nawet nie wstał.

– Nie będę szedł do byle czego za najniższą. Mam swoje lata.

– Swoje lata? Masz czterdzieści jeden, nie siedemdziesiąt.

Spojrzał na mnie tak, jakbym go obraziła.

Wieczorem powiedziałam Marcinowi, że dłużej tak nie pociągniemy. On tylko usiadł przy stole i zaczął pocierać czoło.

– Daj mu chwilę.

– Jaką chwilę? Marcin, minęły dwa miesiące. My płacimy za czynsz, ratę, prąd, zakupy. Oni dorzucają tyle, co nic.

– Wiem.

– Nie, ty nie wiesz, bo ciebie pół dnia nie ma. Ja wracam i widzę ten bajzel. Ja słucham tekstów, że chleb się skończył. Ja się zastanawiam, czy nam starczy do pierwszego.

Pokłóciliśmy się wtedy pierwszy raz tak naprawdę. Nie o pieniądze nawet. O to, że on znowu ratował brata kosztem siebie. A trochę też moim kosztem.

Najgorsze było to, że sama nie byłam święta. Dusiłam to w sobie za długo. Uśmiechałam się do Justyny, mówiłam „spoko, damy radę”, a potem w nocy płakałam w łazience, żeby Marcin nie słyszał. Ze złości. Ze zmęczenia. Z poczucia, że we własnym domu chodzę na palcach.

Punktem zapalnym były pieniądze. Przyszło rozliczenie za prąd i gaz. Kwota taka, że aż mnie ścisnęło w żołądku. Marcin położył rachunek na stole.

– Musimy pogadać – powiedział do Szymona.

Szymon nawet nie odłożył telefonu.

– No to gadaj.

– Od przyszłego miesiąca albo dokładasz konkretną kwotę i pokazujesz, że szukasz pracy, albo musicie znaleźć coś innego.

Cisza była taka, że słyszałam lodówkę.

Justyna zbladła. Zosia siedziała w pokoju obok i nuciła coś pod nosem.

– Wyrzucasz rodzinę? – syknął Szymon.

Marcin aż się zaśmiał, ale tak gorzko, że mi ciarki przeszły.

– Rodzinę? Jak rozwaliłeś mi życie lata temu, to też byłeś rodziną. Jak od trzech miesięcy siedzisz na moim utrzymaniu, też jesteś rodziną. Tylko rodzina działa w dwie strony.

– O, czyli o to ci chodziło. Dalej to w tobie siedzi.

– Ma siedzieć, bo nigdy nawet nie powiedziałeś „przepraszam”.

Szymon wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.

– Zawsze byłeś święty, co? Wielki pan, co ma mieszkanie i moralność.

– Nie. Po prostu pracuję na to, co mam.

Potem już poszło. Teściowa dzwoniła, że jesteśmy bez serca. Teść, że „brata się nie wyrzuca”. Szwagierka od strony Marcina napisała mi wiadomość, że mogłam go uspokoić, zamiast podburzać. Jasne. Najłatwiej zwalić na żonę.

Prawda jest taka, że ja Marcina podpychałam. Bo już nie dawałam rady. I mam z tego powodu wyrzuty, bo w tym wszystkim była jeszcze mała Zosia, która niczemu nie zawiniła. Ale z drugiej strony ile można poświęcać własny spokój, małżeństwo i poczucie bezpieczeństwa, żeby cała rodzina mogła dalej udawać, że problemu nie ma?

Wyprowadzili się po tygodniu. Do jakiejś kawalerki na obrzeżach, podobno pomogli im znajomi Justyny. Szymon przy wynoszeniu rzeczy nawet się z nami nie pożegnał. Justyna tylko powiedziała cicho:

– Mogłaś mi wcześniej powiedzieć, że jest aż tak źle.

I to zdanie siedzi mi w głowie najbardziej. Bo mogłam. Może gdybym nie zaciskała zębów i nie grała twardej, wszystko nie wybuchłoby aż tak.

Minęły trzy miesiące. Teściowie nadal są chłodni. Na niedzielnym obiedzie u nich jest dziwna cisza, takie teksty rzucane półgębkiem, że „teraz każdy patrzy tylko na siebie”. Marcin niby twardo stoi przy swojej decyzji, ale widzę, że go to boli. Mnie też.

Tylko czy naprawdę mieliśmy obowiązek dać się zajechać, bo łączy nas krew? I gdzie właściwie kończy się pomoc, a zaczyna życie cudzym kosztem?

Sama już nie wiem, czy byliśmy twardzi, czy po prostu w końcu postawiliśmy granicę. Jak wy byście zrobili na naszym miejscu?