Gdy miłość zamienia się w wojnę: Mój dramatyczny rozwód i walka o córkę
– Znowu się spóźniłaś, Anka. – Głos Marcina odbił się echem po klatce schodowej, kiedy otwierałam drzwi do jego mieszkania. Zosia stała za nim, z plecakiem w ręku, patrząc na mnie wielkimi, przestraszonymi oczami. – Przepraszam, korki na Puławskiej, nie miałam jak szybciej – odpowiedziałam, próbując nie podnosić głosu. Wiedziałam, że każda taka sytuacja to dla niego kolejny argument do sądu. Marcin spojrzał na mnie z pogardą, jakby chciał powiedzieć: „Widzisz, nie nadajesz się na matkę”. Zosia przytuliła się do mojej nogi, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie mogłam się jednak rozpłakać – nie przy nim, nie przy niej.
Jeszcze trzy lata temu byliśmy szczęśliwą rodziną. Mieszkaliśmy w naszym małym mieszkaniu na Ursynowie, planowaliśmy wakacje nad morzem, wieczorami oglądaliśmy razem filmy. Marcin był czuły, troskliwy, a ja wierzyłam, że razem przetrwamy wszystko. Ale potem zaczęły się kłótnie – najpierw o drobiazgi, potem o pieniądze, o to, kto więcej robi w domu, kto poświęca się dla Zosi. Coraz częściej wracał późno z pracy, coraz częściej czułam się samotna, choć był tuż obok. Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam go z walizką przy drzwiach. – Nie mogę już tak żyć, Anka. Duszę się. – powiedział. Nie próbowałam go zatrzymać. Może powinnam, ale wtedy byłam już zbyt zmęczona walką.
Rozwód był jak zimna wojna. Każde spotkanie u prawnika, każde pismo z sądu, każde słowo o alimentach było jak cios. Marcin nagle stał się kimś obcym – wyrachowanym, chłodnym, gotowym zrobić wszystko, byle tylko wygrać. Najgorsze było to, że wciągnął w to wszystko Zosię. – Mama nie ma dla ciebie czasu, ciągle pracuje – słyszałam, jak mówił do niej, kiedy myślał, że nie słyszę. – U mnie będziesz miała lepiej, zobaczysz. – Zosia zaczęła się jąkać, przestała spać spokojnie, coraz częściej płakała bez powodu. Psycholog powiedziała, że to przez stres, przez to, że czuje się rozdarta między nami.
Pamiętam jedną z najgorszych nocy. Była środa, padał deszcz, a ja siedziałam na podłodze w kuchni, trzymając w ręku wezwanie do sądu. Marcin domagał się ograniczenia moich praw rodzicielskich. Napisał, że jestem nieodpowiedzialna, że zaniedbuję Zosię, że nie radzę sobie finansowo. Czytałam te słowa i nie mogłam uwierzyć, że to on – człowiek, którego kiedyś kochałam, z którym śmiałam się do łez, z którym planowałam przyszłość. Zosia przyszła do kuchni, przytuliła się do mnie i zapytała: – Mamusiu, dlaczego tata jest taki zły? – Nie umiałam jej odpowiedzieć. Jak wytłumaczyć siedmiolatce, że dorośli czasem ranią się najbardziej, kiedy najbardziej się boją?
W sądzie siedziałam naprzeciwko Marcina, a między nami – nasza córka. Sędzia zadawała pytania, a ja czułam, jak serce mi pęka. Marcin mówił o moich rzekomych zaniedbaniach, o tym, że Zosia jest u mnie smutna, że nie mam dla niej czasu. Ja próbowałam tłumaczyć, że pracuję, żeby zapewnić jej wszystko, co najlepsze, że kocham ją nad życie. Sędzia spojrzała na mnie z troską, ale wiedziałam, że to nie wystarczy. Marcin miał lepszego prawnika, więcej pieniędzy, więcej argumentów. Po rozprawie podszedł do mnie i syknął przez zęby: – Nie odpuszczę ci. Zosia będzie ze mną, zobaczysz. – Zadrżałam. Bałam się, że naprawdę może mi ją odebrać.
W domu Zosia coraz częściej pytała, dlaczego nie możemy być razem. – Mamusiu, a może tata mógłby tu z nami mieszkać? – mówiła, patrząc na mnie błagalnie. – Kochanie, czasem dorośli nie potrafią już być razem, ale oboje cię bardzo kochamy – powtarzałam, choć sama w to nie wierzyłam. Wiedziałam, że Marcin kocha Zosię, ale wiedziałam też, że jego miłość zamieniła się w broń przeciwko mnie. Każdy weekend, każda środa, kiedy Zosia wracała od niego, była inna – bardziej zamknięta w sobie, bardziej nieobecna. Czułam, jak tracę ją kawałek po kawałku.
Najgorsze były święta. Pierwsze Boże Narodzenie po rozwodzie spędziłam sama, bo Marcin zabrał Zosię do swoich rodziców do Krakowa. Siedziałam przy pustym stole, patrząc na choinkę, którą ubierałyśmy razem, i płakałam. Mama dzwoniła co godzinę, próbując mnie pocieszyć, ale nic nie pomagało. Czułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce.
Z czasem nauczyłam się żyć z bólem. Zaczęłam chodzić na terapię, rozmawiać z innymi kobietami, które przeszły przez to samo. Zrozumiałam, że nie jestem sama, że takich historii jak moja są tysiące. Ale to nie dawało mi ukojenia. Każdego dnia walczyłam o Zosię – o jej uśmiech, o jej spokój, o to, żeby nie musiała wybierać między mną a ojcem. Czasem miałam ochotę się poddać, ale wtedy patrzyłam na nią i wiedziałam, że nie mogę.
Ostatnio Zosia powiedziała mi coś, co rozdarło mnie na pół. – Mamusiu, ja nie chcę już chodzić do taty. On krzyczy, kiedy płaczę. – Przytuliłam ją mocno i obiecałam, że zrobię wszystko, żeby była szczęśliwa. Ale czy naprawdę mogę ją ochronić przed tym wszystkim? Czy mogę wygrać tę wojnę, nie tracąc siebie i jej?
Czasem zastanawiam się, jak to się stało, że miłość zamieniła się w wojnę. Czy naprawdę musimy walczyć o dziecko, które kochamy najbardziej na świecie? Czy jest szansa, żebyśmy kiedyś znowu byli rodziną – choćby tylko dla niej? Może ktoś z was zna odpowiedź na to pytanie…