Gdy prawda boli: Wyznanie polskiej żony po zdradzie męża

– Elżbieta, musimy porozmawiać. – Jej głos drżał, ale patrzyła mi prosto w oczy. Stałyśmy naprzeciwko siebie w mojej kuchni, tej samej, w której przez lata piekłam ciasta na rodzinne święta i rozmawiałam z mężem o wszystkim i o niczym. Teraz czułam, jakby podłoga usuwała mi się spod nóg.

Nie znałam jej dobrze. Anna – młodsza ode mnie o kilkanaście lat koleżanka z pracy mojego męża. Przyszła do mnie, bo „nie mogła już dłużej żyć w kłamstwie”. Mój mąż, Andrzej, nie miał tyle odwagi. Gdy zadzwoniłam do niego, by wrócił do domu, powiedział tylko: „Nie mogę teraz rozmawiać”.

– Elżbieta, Andrzej i ja… – zaczęła, a ja poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. – To nie powinno się wydarzyć. Przepraszam.

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba nic. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Widziałam tylko jej łzy i czułam narastającą wściekłość. Jak mogła tu przyjść? Jak on mógł mi to zrobić? Przecież byliśmy razem od studiów. Wspólne mieszkanie na Ursynowie, dwójka dzieci – Marta i Tomek – dorosłe już, ale wciąż wracające do domu na niedzielny rosół.

Zamknęłam drzwi za Anną i osunęłam się na podłogę. Nie wiem, ile tam siedziałam. W głowie miałam pustkę i tysiące myśli naraz. Czy coś przeoczyłam? Czy byłam zbyt zajęta pracą, domem, dziećmi? Czy on był nieszczęśliwy?

Wieczorem Andrzej wrócił. Nie patrzył mi w oczy. Usiadł na brzegu kanapy jak winny chłopiec.

– Przepraszam – powiedział cicho.

– Dlaczego? – zapytałam. – Dlaczego ona?

Milczał długo. W końcu wydukał: – Nie wiem. To się po prostu stało.

Wtedy poczułam nie tylko ból, ale i pogardę. „To się po prostu stało” – jakby zdrada była przypadkiem, jakby nie była wyborem.

Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Dzieci zauważyły zmianę atmosfery. Marta zadzwoniła: – Mamo, co się dzieje? Tata dziwnie się zachowuje.

Nie chciałam ich mieszać w nasze sprawy. Ale nie umiałam udawać.

Pewnego wieczoru Tomek przyszedł do mnie do kuchni.

– Mamo, czy tata cię skrzywdził?

Popatrzyłam na niego i rozpłakałam się pierwszy raz od lat. Przytulił mnie mocno.

– Jesteśmy z tobą – powiedział.

To był moment przełomowy. Zrozumiałam, że nie jestem sama.

Andrzej próbował rozmawiać. Przynosił kwiaty, gotował obiady, proponował wspólne wyjścia do kina. Ale ja nie potrafiłam mu zaufać. Każde jego słowo wydawało mi się fałszywe.

W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem. Wiedziały – plotki szybko się rozchodzą.

Pewnego dnia Anna podeszła do mnie na przystanku autobusowym.

– Elżbieta… Przepraszam jeszcze raz. On cię kocha. To ja byłam słaba.

Spojrzałam na nią z goryczą.

– To nie ty przysięgałaś mi wierność przed Bogiem i rodziną.

Odeszła ze łzami w oczach.

Wieczorami leżałam w łóżku i myślałam o swoim życiu. O tym, jak bardzo poświęciłam się rodzinie. O tym, ile razy rezygnowałam z siebie dla Andrzeja i dzieci. Czy to wszystko było na marne?

Po miesiącu Andrzej wyprowadził się do wynajętego mieszkania na Mokotowie. Dzieci były w szoku.

– Mamo, nie możesz mu wybaczyć? – pytała Marta.
– A ty byś wybaczyła? – odpowiedziałam pytaniem.

Wiedziałam jednak, że muszę coś zmienić. Nie chciałam być tylko „porzuconą żoną”. Zapisałam się na jogę, zaczęłam chodzić na spacery po Łazienkach, spotykać się z przyjaciółkami z liceum.

Po pół roku Andrzej poprosił o spotkanie.

– Elżbieta, żałuję tego wszystkiego. Chcę wrócić do domu.

Patrzyłam na niego długo.

– A ja chcę wrócić do siebie – odpowiedziałam spokojnie.

To był pierwszy raz od lat, kiedy poczułam się wolna i silna.

Dziś mam 57 lat i uczę się żyć na nowo. Czasem jest mi smutno, czasem czuję złość lub żal. Ale wiem jedno: nie chcę już nigdy zapominać o sobie dla kogoś innego.

Czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy lepiej zacząć od nowa? Może ktoś z was zna odpowiedź…