Mój Anioł Stróż – Historia Elżbiety
„Elżbieta, nie rób scen. Ludzie patrzą.”
Głos mojej mamy, Danuty, był ostry jak zimny wiatr na przystanku, kiedy autobus spóźnia się już dwadzieścia minut, a ty czujesz, że zaraz pękniesz. Stałyśmy w korytarzu przy rejestracji w przychodni na osiedlu, tej z odrapanymi ścianami i zapachem płynu do podłóg, który zawsze mieszał mi się z mdłościami. W ręku ściskałam kartkę z terminem badania i skierowaniem, a w drugiej telefon, który wibrował jak oszalały.
„Mamo, ja nie robię scen. Ja… ja nie dam rady sama,” wyszeptałam, bo gardło miałam ściśnięte. „On mi zabrał kartę. Nie mam jak zapłacić za leki.”
Danuta prychnęła, jakby to była moja fanaberia. „To trzeba było myśleć wcześniej. Zawsze ci mówiłam, że z Pawłem to będą kłopoty.”
Paweł. Nawet jego imię brzmiało w moich ustach jak coś, co trzeba wypluć, żeby nie zatruło. Jeszcze tydzień wcześniej wierzyłam, że jakoś to poukładamy. Że jego wybuchy złości to stres, że jego kontrola to troska, że jego „ja wiem lepiej” to tylko męska duma. A potem przyszedł poniedziałek i wszystko zaczęło się sypać tak szybko, że nie nadążałam łapać oddechu.
Telefon znów zawibrował. Wiadomość od Pawła: „Wracaj do domu. Nie rób wstydu. I nie mieszaj w to mojej matki.”
Moje palce zadrżały. „Twojej matki?” powtórzyłam w myślach. Bo to właśnie ona, Krystyna, zadzwoniła w niedzielę wieczorem i powiedziała, że „trzeba porozmawiać jak dorośli”, a potem w poniedziałek rano stała już u nas w kuchni, jakby miała klucze do mojego życia.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten tydzień będzie jak jazda bez trzymanki: od przychodni, przez komisariat, po klatkę schodową, na której ktoś obcy poda mi rękę, kiedy ja będę już na kolanach.
W poniedziałek obudziłam się przed budzikiem. W mieszkaniu było cicho, tylko lodówka buczała, a za oknem słychać było śmieciarkę. Paweł spał obok, odwrócony plecami. Przez chwilę patrzyłam na jego kark i myślałam, że kiedyś ten widok mnie uspokajał. Teraz czułam tylko napięcie, jakbym leżała obok obcego człowieka.
Wstałam po cichu, żeby nie obudzić go zbyt wcześnie. W kuchni zaparzyłam herbatę, ale ręce mi się trzęsły, więc łyżeczka dzwoniła o szklankę. Wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi.
Była siódma trzydzieści.
Otworzyłam i zobaczyłam Krystynę. Stała w płaszczu, z torebką przewieszoną przez ramię, jakby przyszła na kontrolę, a nie w odwiedziny. Za nią Paweł już stał w przedpokoju, zaspany, ale czujny.
„Dzień dobry, Elżbieta,” powiedziała Krystyna, wchodząc bez pytania. „Musimy porozmawiać. Paweł mi wszystko powiedział.”
„Co wszystko?” zapytałam, choć serce już mi waliło.
„Że znowu wymyślasz. Że znowu ci się coś nie podoba. Że znowu robisz z siebie ofiarę,” wyliczała, zdejmując buty, jakby była u siebie.
Paweł oparł się o framugę. „Mamo, spokojnie. Ja tylko chcę, żebyś jej wytłumaczyła.”
„Wytłumaczyła co?” mój głos był cienki.
Krystyna spojrzała na mnie z góry na dół. „Że w rodzinie są zasady. Że jak się bierze kredyt, to się go spłaca. A nie ucieka do mamusi.”
Kredyt. Tak, wzięliśmy go razem. Na remont łazienki, na pralkę, na „lepsze życie”. Tylko że raty rosły, a Paweł zaczął mówić, że to ja „za dużo wydaję”, że to ja „nie umiem gospodarować”. A ja kupowałam najtańsze masło i liczyłam grosze w Biedronce, wstydząc się, kiedy kasjerka czekała, aż dołożę brakujące dwa złote.
„Ja nie uciekam,” powiedziałam. „Ja chcę tylko… żebyśmy to ustalili. Żebyśmy mieli jasność. I żebym miała dostęp do swoich pieniędzy.”
Paweł parsknął. „Swoich? A kto płaci czynsz? Kto ogarnia wszystko? Ty? Ty nawet nie potrafisz zadzwonić do banku bez paniki.”
To bolało, bo było w tym ziarno prawdy. Bałam się telefonów, bałam się urzędów, bałam się, że powiem coś źle i ktoś mnie zgniecie jak papier. Ale czy to znaczyło, że mam oddać mu kontrolę nad całym moim życiem?
Krystyna podeszła bliżej. „Elżbieta, ja ci powiem tak: Paweł jest dobrym chłopakiem. On chce dobrze. A ty… ty masz te swoje humory. Może powinnaś iść do lekarza. Bo to nie jest normalne, żeby tak się zachowywać.”
Wtedy poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie krzyk, nie histeria. Raczej ciche pęknięcie, jak nitka, która trzymała mnie w ryzach.
„Wyjdź,” powiedziałam do Krystyny.
Zapadła cisza.
„Słucham?”
„Wyjdź z mojego mieszkania,” powtórzyłam, a głos mi zadrżał, ale nie cofnęłam się. „To jest moje mieszkanie tak samo jak Pawła. I nie życzę sobie, żebyś mnie tu obrażała.”
Paweł zrobił krok w moją stronę. „Nie przesadzaj. Ona chce pomóc.”
„To nie jest pomoc,” odpowiedziałam. „To jest kontrola.”
Wtedy Paweł się wściekł. Zobaczyłam to w jego oczach, ten błysk, który znałam już za dobrze. Podszedł do stołu, wziął mój portfel, który leżał obok kluczy, i wyjął kartę.
„Skoro nie umiesz, to ja będę trzymał,” powiedział. „Przynajmniej nie narobisz długów.”
„Oddaj,” wyszeptałam.
„Nie.”
Krystyna tylko kiwnęła głową, jakby to była najrozsądniejsza decyzja świata.
I tak zaczęła się moja walka o coś, co powinno być oczywiste: o prawo do własnego życia.
We wtorek próbowałam załatwić sprawy w banku. Stałam w kolejce, w tej dusznej sali z numerkami, gdzie ludzie patrzą na siebie spode łba, bo każdy ma swoje problemy i nikt nie ma cierpliwości. Kiedy przyszła moja kolej, pani w okienku mówiła szybko, urzędowym tonem.
„Jeśli konto jest wspólne, to każda ze stron ma dostęp, ale jeśli karta została zastrzeżona…”
„Nie została,” przerwałam. „On ją po prostu zabrał.”
Pani spojrzała na mnie z mieszaniną współczucia i znużenia. „To jest sprawa między państwem. Może pani wyrobić nową kartę, ale adres wysyłki…”
Adres wysyłki był nasz wspólny. A ja wiedziałam, że jeśli karta przyjdzie do skrzynki, Paweł ją przechwyci.
Wyszłam z banku z poczuciem, że jestem w pułapce. Zadzwoniłam do mamy. Danuta odebrała po trzecim sygnale.
„Mamo, ja nie wiem, co robić,” powiedziałam. „On mi zabrał kartę. Nie chce oddać. Grozi, że jak pójdę na policję, to mnie zniszczy.”
„Elżbieta, nie przesadzaj,” usłyszałam. „Paweł to nie jest bandyta. Po co od razu policja? Ludzie się kłócą. Pogodzicie się.”
„Mamo, on mnie kontroluje,” głos mi się załamał. „Ja się boję.”
„A ja się boję, że zrobisz głupotę,” odpowiedziała. „Wiesz, co ludzie powiedzą? Że nie umiesz utrzymać związku. Że robisz afery.”
To było jak policzek. Zrozumiałam, że Danuta bardziej boi się opinii sąsiadek niż mojego strachu.
W środę w nocy Paweł wrócił późno. Pachniał piwem i zimnym powietrzem. Wszedł do sypialni i zapalił światło.
„Gdzie byłaś?” zapytał.
„W pracy,” odpowiedziałam, choć pracowałam tylko na pół etatu w sklepie papierniczym i on o tym wiedział.
„Nie kłam,” syknął. „Byłaś u matki.”
„Nie byłam.”
Podszedł bliżej. „Elżbieta, ja cię ostrzegam. Nie będziesz mnie robić na głupka.”
Stałam przy łóżku, w piżamie, z sercem w gardle. „Paweł, oddaj mi kartę. Porozmawiajmy normalnie.”
„Normalnie?” zaśmiał się krótko. „Normalnie to ty masz siedzieć cicho i nie robić problemów.”
Wtedy zobaczyłam, że w jego ręce jest mój telefon. Mój własny telefon.
„Oddaj,” powiedziałam.
„Sprawdzę, z kim piszesz,” rzucił.
To był moment, w którym coś we mnie krzyknęło: dość. Nie na głos. W środku. Jak alarm.
W czwartek rano, kiedy Paweł wyszedł, spakowałam do torby kilka rzeczy: dokumenty, bieliznę, sweter, ładowarkę. Ręce mi się trzęsły tak, że nie mogłam trafić kluczem do zamka. Zeszłam po schodach, bo bałam się windy. Na półpiętrze spotkałam sąsiadkę, panią Halinę, która zawsze miała coś do powiedzenia.
„O, Elżbieta, gdzie tak z torbą?” zapytała.
„Do mamy,” skłamałam automatycznie.
Pani Halina zmrużyła oczy. „A Paweł wie?”
„Tak,” odpowiedziałam, choć nie wiedział.
Wyszłam na dwór i poczułam zimno, które mnie otrzeźwiło. Poszłam na przystanek. W autobusie ludzie patrzyli w telefony, ktoś jadł drożdżówkę, ktoś kłócił się przez słuchawkę. A ja miałam wrażenie, że jestem przezroczysta.
Nie pojechałam do mamy. Pojechałam do przychodni, bo od kilku dni miałam duszności i ból w klatce piersiowej. Bałam się, że to serce, ale bardziej bałam się, że to strach mnie zjada od środka.
I tam, w tym korytarzu, Danuta powiedziała mi, żebym nie robiła scen.
Wtedy zobaczyłam go.
Siedział na krześle pod ścianą, w roboczych spodniach, z kurtką odblaskową przewieszoną przez oparcie. Miał zmęczoną twarz i dłonie popękane od pracy. Obok niego stała torba z narzędziami. Spojrzał na mnie, kiedy łzy napłynęły mi do oczu.
„Wszystko w porządku?” zapytał cicho.
Danuta odwróciła się do niego z oburzeniem. „To sprawy rodzinne.”
On nie odpuścił. „Pani płacze. To nie wygląda na w porządku.”
„Niech pan się nie wtrąca,” syknęła Danuta.
A ja… ja nagle poczułam, że ktoś mnie widzi. Nie jako problem, nie jako wstyd, nie jako „histeryczkę”. Tylko jako człowieka.
„Nie jest w porządku,” powiedziałam, zanim zdążyłam się przestraszyć własnych słów.
Mężczyzna skinął głową. „Jestem Marek,” przedstawił się. „Pracuję tu czasem, robię naprawy. Jeśli pani potrzebuje… nie wiem, zadzwonić gdzieś, załatwić coś… mogę pomóc.”
Danuta prychnęła. „O, teraz obcy będą pomagać, a rodzina to zła.”
Marek spojrzał na nią spokojnie. „Czasem obcy mają więcej serca niż rodzina,” powiedział bez złośliwości, jakby to była zwykła obserwacja.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krzyk.
W piątek Marek czekał na mnie po pracy przy sklepie papierniczym. Nie prosiłam go o to, ale powiedział, że i tak miał coś do załatwienia w okolicy. Stałam przy witrynie, w której leżały zeszyty i długopisy, i czułam się głupio, jakbym robiła coś zakazanego.
„Nie chcę kłopotów,” powiedziałam od razu.
„Ja też nie,” odpowiedział. „Ale pani wygląda, jakby pani była sama z czymś dużym.”
Opowiedziałam mu wszystko, urywanymi zdaniami. O karcie, o telefonie, o Krystynie, o tym, że mama bardziej martwi się plotkami niż mną. Marek słuchał, nie przerywał. Kiedy skończyłam, zapytał tylko:
„Czy on panią uderzył?”
Zawahałam się. „Nie… nie tak. Ale popychał. Krzyczał. Zabierał rzeczy. Ja… ja się boję, że kiedyś…”
Marek zacisnął szczękę. „To już jest przemoc,” powiedział. „Nie musi pani czekać na siniaki.”
Te słowa były jak otwarcie okna w dusznym pokoju.
W sobotę pojechaliśmy razem na komisariat. Ja trzęsłam się tak, że ledwo trzymałam dowód w ręku. Policjant, młody chłopak, patrzył na mnie z powagą.
„Proszę opowiedzieć,” powiedział.
A ja opowiadałam. O kontroli, o zabranych dokumentach, o groźbach. Marek siedział obok, milczący, ale obecny. Jak kotwica.
Kiedy wyszliśmy, miałam wrażenie, że zrobiłam coś nieodwracalnego. Że teraz Paweł naprawdę się wścieknie.
„I co teraz?” zapytałam, stojąc na chodniku, gdzie ludzie mijali nas z siatkami z targu.
„Teraz zabezpieczymy pani rzeczy,” powiedział Marek. „Ma pani gdzie spać?”
„U mamy… chyba,” odpowiedziałam, ale w głosie nie było pewności.
Marek spojrzał na mnie uważnie. „A chce pani tam spać?”
Nie odpowiedziałam od razu. Bo prawda była taka, że u Danuty zawsze byłam dzieckiem, które ma słuchać. A ja potrzebowałam być dorosła, nawet jeśli to bolało.
W niedzielę wróciłam do mieszkania z policją, żeby zabrać swoje rzeczy. Paweł był w domu. Stał w drzwiach, blady z wściekłości.
„Ty naprawdę to zrobiłaś?” syknął.
„Tak,” odpowiedziałam, a głos mi drżał, ale stałam prosto. „Zrobiłam.”
Krystyna pojawiła się za nim, jak cień. „Wstyd,” powiedziała. „Wstyd na całą rodzinę.”
Spojrzałam na nią i poczułam coś dziwnego: nie wstyd, tylko żal. Żal, że dla niej ważniejsze było „co ludzie powiedzą” niż to, czy ja przeżyję ten związek w całości.
Pakowałam swoje rzeczy w ciszy. Paweł rzucał komentarze, próbował mnie sprowokować.
„Bez mnie sobie nie poradzisz,” mówił.
„Zobaczymy,” odpowiedziałam.
Kiedy wyszłam z torbami na klatkę schodową, nogi miałam jak z waty. Marek stał na dole, przy drzwiach, i kiedy mnie zobaczył, wziął jedną torbę bez słowa.
„Nie jestem twoim aniołem stróżem,” powiedział, jakby czytał mi w myślach. „Jestem tylko człowiekiem. Ale czasem to wystarczy.”
W poniedziałek, tydzień po tamtym poranku z Krystyną w kuchni, siedziałam w małym pokoju u koleżanki, Kasi, która zgodziła się mnie przenocować. Na parapecie stał kubek z herbatą, a za oknem padał deszcz, taki polski, uparty, jakby nie miał zamiaru przestać. W telefonie miałam wiadomości od mamy: „Elżbieta, wróć, pogadamy.” I od Pawła: „Zniszczyłaś wszystko.”
Patrzyłam na te słowa i czułam, że w środku mam ranę, ale też coś nowego: przestrzeń. Ciszę, w której mogłam usłyszeć siebie.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że ten tydzień nauczył mnie, że rodzina potrafi być murem albo klatką. I że czasem ktoś obcy, spotkany w korytarzu przychodni, potrafi zrobić więcej niż ci, którzy mówią, że cię kochają.
A wy… czy też kiedyś musieliście wybierać między „świętym spokojem” a własnym bezpieczeństwem? Ile razy jeszcze mamy udawać, że wszystko jest w porządku, żeby tylko nie było „wstydu”?”}