Mój brat ma 43 lata, jest samotny i winię za to naszą matkę – czy naprawdę to jej wina?

– Znowu dzwoniłaś do Michała? – zapytałam mamę, ledwo przekraczając próg mieszkania. W jej oczach zobaczyłam znajome zmartwienie, które pojawiało się zawsze, gdy rozmowa schodziła na mojego starszego brata.

– Muszę wiedzieć, czy wszystko u niego w porządku – odpowiedziała, zerkając na zegarek, jakby odliczała minuty do kolejnego telefonu. – Ma już 43 lata, a wciąż sam. Nie rozumiem tego.

Westchnęłam ciężko. Ten temat wracał jak bumerang. Michał był ode mnie starszy o dziesięć lat. Od zawsze był oczkiem w głowie mamy – jej pierworodny syn, nadzieja rodziny. Kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że Michał jest idealny: dobrze się uczył, miał wielu kolegów, grał w piłkę w lokalnym klubie. Ale z czasem coś się zmieniło. Coraz częściej zamykał się w swoim pokoju, unikał rodzinnych spotkań, a po studiach wrócił do domu i zamieszkał z nami na kolejne lata.

– Może po prostu jest mu dobrze tak, jak jest? – próbowałam tłumaczyć mamie, choć sama nie byłam tego pewna.

– Dziecko, nikt nie chce być sam – odparła z wyrzutem. – Ty masz męża, dzieci… A on? Kto się nim zaopiekuje na starość?

Zawsze wtedy czułam ukłucie winy. Czy naprawdę to była tylko jego decyzja? Czy może mama miała w tym swój udział? Pamiętam, jak Michał przyprowadził kiedyś do domu dziewczynę – Anię. Była cicha, nieśmiała, ale patrzyła na niego z takim podziwem, że aż zazdrościłam im tej bliskości. Mama jednak od początku patrzyła na nią krzywo.

– Ona nie jest dla ciebie – powiedziała mu pewnego wieczoru w kuchni, myśląc, że nie słyszę. – Potrzebujesz kogoś bardziej… ambitnego.

Michał wtedy tylko skinął głową i już nigdy więcej nie wspomniał o Ani. Potem były jeszcze dwie czy trzy dziewczyny, ale żadna nie przetrwała dłużej niż kilka miesięcy. Mama zawsze znajdowała powód do narzekań: a to za mało wykształcona, a to zbyt głośna, a to z innego miasta.

Z biegiem lat Michał coraz bardziej zamykał się w sobie. Pracował jako informatyk w jednej z warszawskich firm, wracał późno do domu i zamykał się w swoim pokoju z komputerem. Czasem słyszałam przez drzwi jego rozmowy przez słuchawki – śmiał się z kolegami z pracy albo grał w gry online. Ale kiedy mama próbowała z nim rozmawiać o przyszłości, natychmiast robił się nerwowy.

– Mamo, daj mi spokój! – krzyczał czasem. – Nie każdy musi mieć rodzinę!

Ale ona nie dawała za wygraną. Zaczęła nawet przynosić mu ogłoszenia matrymonialne wycięte z lokalnej gazety. Raz umówiła go na randkę w ciemno z córką swojej koleżanki z pracy. Michał wrócił wtedy do domu wcześniej niż zwykle i trzaskał drzwiami tak mocno, że aż obraz spadł ze ściany.

– Dlaczego ona nie rozumie, że ja nie chcę? – powiedział mi wtedy cicho, kiedy siedzieliśmy razem na ławce przed blokiem. – Zawsze miała dla mnie plan. Nawet nie wiem już, czego sam chcę.

Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwy żal do mamy. Przecież ona zawsze mówiła nam, że najważniejsze to być sobą i słuchać własnego serca. Ale wobec Michała miała inne zasady.

Z czasem nasze rodzinne obiady stawały się coraz bardziej napięte. Mama pytała mnie o dzieci, o męża, a Michała ignorowała albo rzucała mu kąśliwe uwagi:

– Może byś w końcu kogoś poznał? Wszyscy twoi koledzy już mają rodziny.

Michał milczał albo wychodził z pokoju. Ja próbowałam łagodzić sytuację, ale czułam się bezsilna.

Pewnego dnia zadzwonił do mnie wieczorem.

– Kasia… myślisz, że to wszystko przez mamę? Że gdyby była inna… może miałbym dziś rodzinę?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież mama chciała dobrze. Chciała dla nas szczęścia – tylko że jej wyobrażenie szczęścia było bardzo konkretne: dom, dzieci, niedzielny rosół i święta przy jednym stole.

Ale czy każdy musi tego chcieć?

Ostatnio Michał coraz rzadziej odwiedza dom rodzinny. Mama dzwoni do mnie codziennie i pyta: „Co u niego? Czy kogoś poznał?” A ja coraz częściej łapię się na tym, że mam do niej żal. Za te wszystkie lata presji, za niewypowiedziane oczekiwania i za to, że nigdy nie pozwoliła mu być po prostu sobą.

A może to nie jej wina? Może Michał po prostu taki jest? Może nawet gdyby mama była inna – bardziej wyrozumiała i mniej kontrolująca – on i tak wybrałby samotność?

Czasem zastanawiam się nad tym długo wieczorami. Czy można kogoś zmusić do szczęścia według własnej definicji? Czy rodzic ma prawo ingerować w życie dorosłego dziecka?

Patrzę na mamę i widzę kobietę pełną lęku przed samotnością – swoją i syna. Patrzę na Michała i widzę mężczyznę zagubionego między własnymi pragnieniami a oczekiwaniami innych.

A ja? Ja stoję gdzieś pośrodku tej rodzinnej burzy i pytam siebie: czy można kochać za bardzo? Czy czasem miłość nie staje się ciężarem?

Może powinnam zapytać was: kto naprawdę ponosi winę za to, jak wygląda nasze życie? I czy w ogóle warto szukać winnych?