Mój mąż odszedł w piątkowy wieczór. Myślał, że bez niego jestem nikim — a ja dopiero wtedy zaczęłam żyć

— Nie rób ze mnie potwora, Anka. To ty mnie do tego doprowadziłaś — powiedział Paweł, stojąc w przedpokoju w kurtce, jakby już od dawna ćwiczył tę scenę przed lustrem.

W kuchni wciąż syczał czajnik, a na stole leżały dwie niedojedzone kromki chleba z serem. Piątek, późny wieczór, blok na warszawskim Bródnie, sąsiedzi za ścianą oglądali jakiś teleturniej, śmiech z telewizora mieszał się z moim przyspieszonym oddechem. W powietrzu wisiał zapach smażonej cebuli i czegoś jeszcze — zdrady, której nie dało się już udawać.

— Do czego? Do tego, że wsadziłeś rękę w cudze życie? — mój głos brzmiał obco, jakby należał do kogoś, kto nie boi się konsekwencji.

Paweł odwrócił wzrok. Zawsze tak robił, kiedy chciał, żeby temat się rozmył. Jak plama po winie na obrusie: jak nie patrzysz, to może zniknie.

— Przestań dramatyzować. To tylko… — urwał.

— Tylko co? Tylko „koleżanka z pracy”? Tylko „wyjazd integracyjny”? Tylko „musiałem się wygadać”? — wyliczałam, a każde słowo było jak uderzenie łyżką o garnek. — Widziałam wiadomości, Paweł. „Tęsknię za tobą”. „Kiedy znowu będziemy sami”. To też jest tylko?

Zacisnął szczękę. Widziałam ten gest setki razy, kiedy spóźniał się z pracy i tłumaczył korkami, kiedy zapominał o moich urodzinach, bo „miał ciężki tydzień”, kiedy mówił, że „nie ma teraz głowy” do moich problemów. Tylko że tym razem nie chodziło o zapomniane kwiaty. Chodziło o to, że ktoś inny dostał jego uwagę, jego czułość, jego czas. A ja zostałam z rachunkami, z praniem, z zakupami w Biedronce i z poczuciem, że jestem tłem.

— Anka, ja już nie mam siły. Ty ciągle coś chcesz. Ciągle pretensje. Ciągle „porozmawiajmy”. — Wzruszył ramionami, jakby mówił o zepsutej pralce. — Zresztą… i tak sobie poradzisz. Zawsze byłaś taka… zaradna. Tylko że bez sensu się szarpać.

— Czyli odchodzisz? — zapytałam, choć odpowiedź stała w jego butach przy drzwiach.

— Na jakiś czas. Muszę odetchnąć. — Wziął torbę, tę samą sportową, z którą jeździł kiedyś na siłownię, zanim „nie miał czasu”. — I nie rób scen. Nie dzwoń do mojej matki. Nie rób z tego afery.

— A do kogo mam dzwonić? Do tej twojej… Magdy? — słowo „Magda” przeszło mi przez gardło jak szkło.

Paweł zamarł na sekundę. To wystarczyło.

— Ty nawet nie zaprzeczasz — wyszeptałam.

— Bo nie mam ochoty się tłumaczyć. — Jego głos stwardniał. — I powiem ci coś jeszcze. Myślisz, że beze mnie dasz radę? Że ktoś cię będzie chciał z tym twoim wiecznym zmęczeniem i narzekaniem? Ja przynajmniej… — urwał, jakby ugryzł się w język.

— Przynajmniej co? — podeszłam bliżej. — Przynajmniej masz gdzie pójść?

Nie odpowiedział. Otworzył drzwi. Z klatki schodowej uderzył chłód i zapach czyjegoś papierosa. Winda jęknęła gdzieś na dole.

— Paweł… — powiedziałam cicho, nie dlatego, że chciałam go zatrzymać, tylko dlatego, że w tej chwili moje życie pękało na pół.

Odwrócił się jeszcze raz.

— Anka, nie rób z siebie ofiary. — I wyszedł.

Drzwi zatrzasnęły się tak głośno, że aż zadrżały szklanki w kredensie. Przez chwilę stałam nieruchomo, jakbym czekała, że wróci i powie: „Żartowałem. Przepraszam. Zostańmy.” Ale w mieszkaniu było tylko tykanie zegara i syczenie czajnika, który w końcu sam się wyłączył.

Usiadłam na podłodze w przedpokoju, opierając plecy o szafkę na buty. Płakałam bez dźwięku, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Bo w Polsce, w bloku, płacz jest jak zaproszenie do komisji śledczej na klatce.

I tak się zaczęło moje „nowe życie”, którego nie chciałam.

Pierwsze dni były jak chodzenie po wodzie w ciężkich butach. Rano budziłam się i przez ułamek sekundy zapominałam, że go nie ma. Potem widziałam puste miejsce na wieszaku, jego kubek z napisem „Najlepszy mąż”, który dostał ode mnie na rocznicę, i wracało wszystko naraz. W pracy w urzędzie dzielnicy siedziałam przy biurku, stemplowałam papiery, uśmiechałam się do petentów, a w środku miałam krzyk.

— Anka, ty coś taka blada — zagadnęła mnie Kasia z pokoju obok, nalewając kawę z automatu, która zawsze smakowała jak rozpuszczalna rozpacz. — Coś się stało?

Chciałam powiedzieć: „Mój mąż mnie zdradził i zostawił.” Ale słowa utknęły. Wstyd był jak dodatkowa warstwa ubrania, której nie dało się zdjąć.

— Nie spałam — skłamałam.

— Aaa, no tak, te wasze małżeńskie sprawy — mrugnęła, jakby wiedziała więcej, niż mówiła.

Wiedziała. Wszyscy wiedzieli szybciej, niż ja zdążyłam zrozumieć. Bo Paweł nie odszedł „na jakiś czas”. On odszedł do Magdy. Do kobiety z jego firmy, tej „koleżanki”, o której mówił, że „ma problemy z mężem” i że „trzeba jej pomóc”.

Plotki rozchodziły się jak dym z papierosa na klatce. Pani Halina z trzeciego piętra, ta, co zawsze miała w ręku siatkę z warzywniaka i minę prokuratora, zatrzymała mnie przy skrzynkach.

— Pani Aniu, a to prawda, że Paweł to już nie mieszka? — zapytała z udawaną troską.

— Wyjechał służbowo — odpowiedziałam automatycznie.

— Aaa… służbowo. — Uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto właśnie dostał potwierdzenie teorii. — No wie pani, teraz to różnie bywa. Mężczyźni… — westchnęła teatralnie. — Ale pani młoda, pani sobie poradzi.

„Pani sobie poradzi.” To zdanie słyszałam potem setki razy. Jak zaklęcie, które miało zamknąć temat. Jakby „poradzenie sobie” było obowiązkiem, a nie procesem.

Najgorsze były wieczory. Wracałam do mieszkania, w którym wszystko przypominało Pawła: jego bluza, której nie zabrał, bo „nie będzie mu potrzebna”; jego perfumy w łazience; jego ulubiona patelnia. Chodziłam z pokoju do pokoju, jakbym sprawdzała, czy na pewno zniknął. A potem siadałam na kanapie i patrzyłam w telefon.

Nie dzwonił.

Pierwszy raz odezwał się po tygodniu.

„Musimy pogadać o rachunkach. Przeleję ci część. Nie rób dramatu.”

Nie „jak się czujesz”, nie „przepraszam”. Rachunki.

Odpisałam: „Dobrze.”

I wtedy coś we mnie pękło inaczej niż wcześniej. Nie z bólu, tylko z jasności. Zrozumiałam, że dla niego ja już byłam tylko logistyką. Mieszkaniem, które trzeba opłacić. Problemem do ogarnięcia.

W niedzielę pojechałam do mojej mamy do Mińska Mazowieckiego. W pociągu siedziałam przy oknie, patrzyłam na szare pola i myślałam, że moje życie wygląda dokładnie tak: zimne, rozjechane, bez koloru.

Mama otworzyła drzwi i od razu mnie przytuliła. Pachniała rosołem i płynem do płukania, tym samym od lat.

— Dziecko, co się stało? — zapytała, choć pewnie już wiedziała.

W kuchni siedział mój ojciec, Janusz, z gazetą. Spojrzał na mnie spod okularów.

— No i co, pokłóciliście się? — rzucił, jakby chodziło o to, że ktoś komuś zjadł ostatniego pieroga.

— Tato… — zaczęłam.

— Janusz, daj spokój — syknęła mama. — Ania, siadaj. Zjesz coś.

I wtedy, między talerzem z rosołem a koszykiem z chlebem, powiedziałam to na głos.

— Paweł ma kogoś. Odszedł.

Cisza była gęsta. Ojciec odłożył gazetę.

— No to widzisz — powiedział po chwili. — Mówiłem, że te twoje „kariera” i „nie będę siedzieć w domu” to się tak kończy. Facet potrzebuje spokoju.

Zrobiło mi się gorąco.

— Czyli to moja wina? — zapytałam.

— Ja nie mówię, że wina, ale… — zaczął.

— Janusz! — mama uderzyła łyżką o stół. — Jak możesz? Dziewczyna cierpi, a ty jej kazanie.

Ojciec wzruszył ramionami.

— Życie. — I wrócił do gazety.

Wyszłam na podwórko, na ławkę pod blokiem, gdzie kiedyś bawiłam się jako dziecko. Płakałam już głośno, nie obchodziło mnie, czy ktoś słyszy. Mama przyszła po chwili, usiadła obok.

— Aniu, posłuchaj mnie — powiedziała cicho. — Ja z twoim ojcem też nie zawsze było kolorowo. Tylko ja nie miałam gdzie pójść. Ty masz. Masz siebie.

— Ale ja nie wiem, kim ja jestem bez niego — wyszeptałam.

Mama spojrzała na mnie tak, jakby chciała mi włożyć do głowy całą swoją siłę.

— Jesteś moją córką. Jesteś kobietą, która pracuje, płaci rachunki, wstaje rano. On cię nie stworzył. On tylko był obok.

Te słowa wracały do mnie później, kiedy w nocy nie mogłam zasnąć.

W poniedziałek w pracy poprosiłam kierowniczkę o urlop. Nie chciałam siedzieć w domu, ale też nie chciałam udawać, że wszystko jest normalne. Wzięłam trzy dni. Pierwszego dnia poszłam do prawniczki, mecenas Ewy Kaczmarek, poleconej przez Kasię.

W kancelarii pachniało kawą i papierem. Ewa miała krótkie włosy i spojrzenie, które nie zostawiało miejsca na bzdury.

— Pani Anno, proszę mi powiedzieć wprost: chce pani rozwodu? — zapytała.

Zawahałam się.

— Ja… ja chcę, żeby on wrócił i przeprosił — wyrwało mi się.

Ewa skinęła głową, jakby słyszała to codziennie.

— Rozumiem. Ale proszę też pomyśleć, czy chce pani wrócić do życia, w którym ktoś pani mówi, że bez niego jest pani nikim.

Zacisnęłam dłonie na torebce.

— On tak powiedział.

— To nie jest zdanie rzucone w złości. To jest przekonanie. — Ewa pochyliła się. — I teraz pytanie: czy pani w to wierzy?

Nie odpowiedziałam. Bo część mnie wciąż wierzyła. Bo przez lata słyszałam: „Paweł załatwi”, „Paweł się zna”, „Paweł ma głowę do pieniędzy”. A ja? Ja byłam „od domu”. Nawet jeśli pracowałam, nawet jeśli ogarniałam wszystko, to i tak w narracji naszej rodziny byłam dodatkiem.

Drugiego dnia urlopu poszłam na spacer nad Wisłę. Był listopad, zimny wiatr, ludzie w czapkach, psy w kurtkach. Patrzyłam na wodę i myślałam o tym, jak łatwo można odpłynąć z czyjegoś życia.

Zadzwonił Paweł.

— Możemy się spotkać? — zapytał.

Serce mi podskoczyło, jakby miało własną nadzieję.

— Po co? — odpowiedziałam ostrożnie.

— Musimy ustalić kilka rzeczy. I… chciałem ci powiedzieć, że nie chciałem cię zranić.

Zaśmiałam się krótko.

— To ci nie wyszło.

Spotkaliśmy się w kawiarni przy Rondzie Wiatraczna. Wybrał miejsce publiczne, jakby bał się, że zrobię scenę. Przyszedł w tej samej kurtce, w której wyszedł tamtego piątku. Usiadł naprzeciwko, zamówił espresso, ja herbatę, bo kawa nagle wydawała mi się zbyt intensywna.

— Jak się trzymasz? — zapytał, patrząc gdzieś obok.

— A ty? — odbiłam.

— Ja… — westchnął. — Anka, ja nie jestem szczęśliwy. Ale z Magdą jest… łatwiej.

— Łatwiej? — powtórzyłam. — Czyli ja byłam trudna.

— Nie o to chodzi. Ty zawsze wszystko analizowałaś. A ona… ona mnie rozumie.

— Ona cię rozumie, bo nie musi z tobą płacić rachunków i sprzątać po tobie łazienki — powiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Paweł spochmurniał.

— Widzisz? Właśnie o to chodzi. Z tobą zawsze jest pretensja.

— A z tobą zawsze jest ucieczka — odpowiedziałam.

Milczeliśmy chwilę. W tle ktoś śmiał się głośno, baristka stukała filiżankami.

— Chcę, żebyśmy to załatwili po ludzku — powiedział w końcu. — Bez brudów. Bez rozwodu z orzekaniem. Po co nam to?

„Po co nam to?” — jakby zdrada była drobną usterką, którą można naprawić bez rozkręcania.

— A co z mieszkaniem? — zapytałam.

— Możesz w nim zostać. Ja… ja się wyprowadzę na stałe. — Zawahał się. — Ale będziemy musieli je sprzedać albo mnie spłacić. Magda… znaczy, ja planuję wziąć coś mniejszego.

Magda. Znowu ona, jak cień między nami.

— Czyli już planujecie — powiedziałam cicho.

— Anka, nie rób tego. — Jego głos zrobił się ostrzejszy. — Nie rób ze mnie winnego wszystkiego. Ty też nie byłaś idealna.

I wtedy, w tej kawiarni, poczułam coś, czego się nie spodziewałam: spokój. Nie dlatego, że przestało boleć, tylko dlatego, że zobaczyłam go wyraźnie. Człowieka, który nawet teraz, kiedy mnie zostawił, próbował rozłożyć winę tak, żeby nie musieć jej dźwigać.

— Paweł — powiedziałam powoli — ja nie chcę już być idealna. Ja chcę być wolna.

Patrzył na mnie, jakbym mówiła w obcym języku.

Po tym spotkaniu wróciłam do domu i pierwszy raz od tygodni otworzyłam szafę i zaczęłam wyrzucać rzeczy. Jego koszule, jego stare kable, jego kubek „Najlepszy mąż”. Nie z nienawiści. Z potrzeby oddechu.

Wieczorem zadzwoniła teściowa, Krystyna.

— Aniu, co ty wyprawiasz? — zaczęła bez „dzień dobry”. — Paweł mówi, że ty chcesz rozwodu.

— Paweł odszedł — odpowiedziałam.

— Bo go do tego doprowadziłaś! — podniosła głos. — Ty zawsze byłaś taka zimna. Taka… ambitna. Mężczyzna potrzebuje kobiety, a nie urzędniczki.

Poczułam, jak we mnie rośnie gniew, ale też coś jeszcze: odwaga.

— Pani Krystyno, pani syn zdradził mnie i zostawił. Jeśli pani chce szukać winy, proszę zacząć od niego.

— Jak śmiesz! — krzyknęła.

— Śmiem, bo już nie muszę się pani podobać — powiedziałam i rozłączyłam się.

Ręce mi drżały. Usiadłam na kanapie i śmiałam się przez łzy. To było jak pierwszy krok na lodzie: strach, że się przewrócę, ale też ekscytacja, że w ogóle idę.

Zaczęłam robić rzeczy, które zawsze odkładałam. Poszłam na kurs prawa jazdy, bo Paweł zawsze mówił: „Po co ci? Ja będę prowadził.” Zapisałam się na zajęcia z angielskiego w domu kultury, bo kiedyś marzyłam o pracy w czymś innym niż urząd. Zaczęłam biegać rano po osiedlu, choć na początku po pięciu minutach miałam zadyszkę i wstyd, że wyglądam jak ktoś, kto ucieka przed własnym życiem.

Najtrudniejsze było jednak to, co działo się w środku. Bo samotność nie jest tylko brakiem drugiej osoby. Samotność jest lustrem. Pokazuje ci, ile razy zgodziłaś się na mniej, niż zasługujesz.

Pewnego wieczoru, kiedy wracałam z angielskiego, spotkałam na klatce panią Halinę.

— O, pani Aniu, a Paweł to już chyba nie wróci, co? — zapytała, jakby pytała o pogodę.

Spojrzałam na nią i zamiast się skulić, uśmiechnęłam się.

— Nie wróci — powiedziałam. — I wie pani co? To dobrze.

Pani Halina otworzyła usta, jakby nie miała w repertuarze takiej odpowiedzi.

W domu usiadłam przy stole i pierwszy raz od dawna napisałam list. Nie do Pawła. Do siebie.

„Anno, masz prawo być zła. Masz prawo tęsknić. Masz prawo nie wiedzieć. Ale nie masz prawa mówić o sobie, że jesteś nikim.”

Kiedy przyszły święta, było najgorzej. W sklepach grały kolędy, ludzie nosili choinki, a ja czułam się jak ktoś, kto stoi za szybą i patrzy na cudze życie. Mama zaprosiła mnie na Wigilię, ale bałam się pytań ojca, bałam się współczucia ciotek.

Poszłam mimo to.

Przy stole ojciec nalał barszczu i powiedział, nie patrząc na mnie:

— No i co, wrócił?

— Nie — odpowiedziałam.

— To może i lepiej — mruknął po chwili, zaskakując mnie. — Bo jak facet raz poszedł, to drugi raz też pójdzie.

To było jego „przepraszam”. W jego języku.

W styczniu Paweł przysłał mi dokumenty do podpisu. Rozwód bez orzekania. Podział majątku. Wszystko „po ludzku”. Patrzyłam na te kartki i czułam, jakby ktoś próbował zamknąć moje małżeństwo w segregatorze.

Zadzwoniłam do Ewy.

— Podpisywać? — zapytałam.

— Pani Anno, to pani decyzja — odpowiedziała. — Ale proszę pamiętać: „po ludzku” często znaczy „po jego myśli”.

I wtedy zrozumiałam, że mój nowy początek nie polega na tym, żeby udowodnić Pawłowi, że sobie poradzę. On i tak będzie myślał, co chce. Mój nowy początek polega na tym, żeby przestać budować swoje „ja” na cudzej opinii.

Spotkaliśmy się jeszcze raz, tym razem u mediatora. Paweł wyglądał na zmęczonego. Może Magda nie była taka „łatwa”, kiedy trzeba było prać, gotować i słuchać jego narzekań. A może po prostu życie zawsze dogania.

— Anka, naprawdę musimy się kłócić o to mieszkanie? — zapytał.

— Nie musimy się kłócić — odpowiedziałam spokojnie. — Musimy je uczciwie podzielić.

Patrzył na mnie długo.

— Zmieniłaś się — powiedział.

— Nie — odparłam. — Ja się odzyskałam.

Kiedy wyszłam z budynku, było zimno, ale słońce świeciło ostro, jakby ktoś wreszcie podkręcił jasność. Szłam ulicą i czułam, że każdy krok jest mój. Nie „nasz”. Mój.

Dziś mieszkam w mniejszym mieszkaniu, też w Warszawie, ale bliżej metra. Mam rośliny na parapecie, których nikt nie zapomina podlać. Mam swoje rytuały: sobotnie zakupy na bazarku, niedzielne bieganie, wieczorne książki. Czasem jest mi smutno. Czasem tęsknię za tym, co mogło być. Ale już nie tęsknię za Pawłem takim, jakim był naprawdę.

Najbardziej boli mnie to, że przez lata wierzyłam, że moja wartość zależy od tego, czy ktoś mnie wybierze. A przecież ja mogę wybrać siebie.

I teraz, kiedy ktoś pyta: „Jak ty dałaś radę?”, nie odpowiadam już automatycznie „jakoś”. Odpowiadam: „Dałam, bo musiałam. A potem okazało się, że to nie kara, tylko szansa.”

Czasem w nocy myślę o tamtym piątkowym wieczorze, o trzasku drzwi, o jego słowach: „Beze mnie nic nie znaczysz.” I zastanawiam się, jak to możliwe, że człowiek, który miał być moim domem, próbował zrobić ze mnie ruinę.

A może to pytanie jest ważniejsze: czy my naprawdę jesteśmy „kimś” dopiero wtedy, gdy ktoś stoi obok — czy dopiero wtedy, gdy wreszcie staniemy po swojej stronie?

Powiedzcie mi… ile z nas wciąż czeka, aż ktoś wróci, zamiast wyjść z własnego życia na spotkanie samej siebie?