„Tylko na chwilę, obiecuję” — jak mój brat z żoną wprowadzili się do mnie i rozbili mi życie na kawałki

„No weź, Michał… przecież nie wyrzucisz nas na ulicę.”

Stałem w progu kuchni z kubkiem zimnej już herbaty, a w moim mieszkaniu pachniało obcym szamponem i smażoną cebulą. To był ten zapach, który wchodzi w ściany i zostaje na długo, nawet kiedy ludzie już dawno wyjdą. Bartek siedział przy stole, łokcie oparte o blat, a obok niego Ola — z rękami splecionymi na brzuchu, jakby broniła się przed światem. Patrzyli na mnie tak, jakby to ja był winny temu, że życie im się posypało.

„Nie mówię, że wyrzucę. Pytam, na jak długo” — odpowiedziałem, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.

„Tylko na chwilę” — wtrąciła Ola, szybko, z tym uśmiechem, który miał być miły, a był jak plaster przyklejony na brudną ranę. „Dwa tygodnie, może trzy. Bartek znajdzie pracę, ja coś ogarnę… Przecież wiesz, jak jest.”

Wiedziałem. W Warszawie „jak jest” znaczyło: drogo, ciasno, nerwowo. Ale też znaczyło: każdy walczy o swoje, a jeśli nie postawisz granicy, ktoś ci wejdzie na głowę i jeszcze powie, że to dla twojego dobra.

Mój młodszy brat i ja przeprowadziliśmy się do stolicy, kiedy poszliśmy na studia. Najpierw rodzice opłacali nam wynajem mieszkania, a później znalazłem pracę jako magazynier i sam zacząłem płacić za mieszkanie. Rodzice nadal nam pomagali, przysyłając od czasu do czasu paczki z jedzeniem albo z przetworami. Ja byłem już na trzecim roku, a mój brat dopiero kończył pierwszy. Zawsze był tym „młodszym”, tym, któremu się wybacza, bo „jeszcze się nauczy”.

Pamiętam, jak dzwoniła mama, kiedy pierwszy raz powiedziałem, że nie dam Bartkowi pieniędzy na nowy telefon.

„Michał, ale on się wstydzi z tym starym chodzić…”

„Mamo, ja też się wstydzę, że nie mam na czynsz, ale jakoś żyję.”

„Nie bądź taki twardy. To twój brat.”

To twój brat. Zdanie, które w naszej rodzinie działało jak wytrych do każdego zamka.

Bartek był zawsze głośniejszy ode mnie. Potrafił rozśmieszyć ludzi, zagadać wykładowcę, wyjść z kłopotów uśmiechem. Ja byłem tym, który sprząta po imprezie, liczy rachunki, pamięta o terminach. Kiedy rodzice wysyłali paczki, Bartek pierwszy rozrywał karton, wyciągał kiełbasę i słoiki z ogórkami, a ja cieszyłem się, że chociaż przez chwilę w mieszkaniu pachnie domem.

Potem Bartek poznał Olę. Pamiętam ją z pierwszego spotkania: miała czerwony płaszcz, który wyglądał na drogi, i spojrzenie, jakby oceniała wszystko dookoła. Mówiła szybko, pewnie, z tym warszawskim „ogarnięciem”, które wcale nie znaczyło, że jest z Warszawy — raczej, że chce tu pasować.

„Miło mi, Michał” — podała mi rękę, a jej paznokcie były idealnie pomalowane. „Bartek dużo o tobie mówi.”

„Tak? A co mówi?”

„Że jesteś… odpowiedzialny.”

To słowo zabrzmiało jak komplement i obelga jednocześnie.

Kiedy się pobrali, byłem zaskoczony. Bartek miał dwadzieścia dwa lata, Ola dwadzieścia jeden. Ślub cywilny, skromnie, bez wielkiej pompy, bo „nie ma sensu wydawać pieniędzy”. Rodzice i tak wysłali im kopertę, a ja dołożyłem, ile mogłem. Bartek przytulił mnie wtedy mocno.

„Stary, jesteś najlepszy. Jakby nie ty, to bym nie ogarnął tylu rzeczy.”

Wtedy jeszcze wierzyłem, że to coś znaczy.

A potem przyszła ta „chwila”, kiedy stanęli w mojej kuchni z torbami.

Mieszkanie było dwupokojowe. Jeden pokój mój, drugi kiedyś dzieliliśmy z Bartkiem, ale odkąd wyprowadził się do Oli, zrobiłem z niego coś w rodzaju gabinetu: biurko, regał z książkami, rozkładana kanapa dla gości. Mój azyl. Moje „w końcu coś mam”.

„Będziecie spać tutaj” — powiedziałem, pokazując im ten pokój.

Ola rozejrzała się i zmarszczyła nos.

„A gdzie my damy rzeczy?”

„W szafie jest miejsce.”

„Ale to twoje książki…”

„To moje mieszkanie” — wyrwało mi się ostrzej, niż chciałem.

Bartek od razu uniósł ręce w geście pokoju.

„Dobra, dobra, nie spinaj się. Przecież mówiliśmy, że na chwilę.”

Pierwszy tydzień był… znośny. Bartek próbował być miły, robił herbatę, raz nawet wyniósł śmieci. Ola siedziała z laptopem, „szukała pracy”, a wieczorami oglądali seriale na mojej kanapie, śmiejąc się głośno, jakby to był ich salon. Ja wracałem z magazynu zmęczony, z obolałymi plecami, i marzyłem tylko o ciszy.

„Michał, możesz trochę ciszej zamykać drzwi?” — powiedziała Ola któregoś wieczoru, kiedy wszedłem do mieszkania po nocnej zmianie.

Zamarłem.

„Słucham?”

„No bo Bartek już zasnął, a ty tak trzaskasz…”

Wtedy poczułem, jak coś we mnie pęka. Nie powiedziałem nic, bo bałem się, że jeśli otworzę usta, to poleci ze mnie wszystko: zmęczenie, żal, poczucie niesprawiedliwości.

Drugi tydzień przyniósł pierwsze rachunki. Woda poszła w górę, prąd też. Ola zaczęła gotować „zdrowo”, co oznaczało długie gotowanie, pieczenie, blender, zmywarka chodząca dwa razy dziennie. Kiedy zwróciłem uwagę, Bartek wzruszył ramionami.

„No ale przecież i tak byś płacił.”

„Nie aż tyle.”

„Michał, nie rób z tego afery. Jak będę miał pracę, to się rozliczymy.”

„Kiedy będziesz miał pracę?”

Bartek spojrzał w bok.

„Szukam.”

Ola wtrąciła się od razu:

„On nie może brać byle czego, bo ma ambicje. Ty też powinieneś mieć.”

Ambicje. Powiedziała to tak, jakby moja praca w magazynie była czymś wstydliwym, jakby to była moja wina, że nie mam „lepszej” pracy. A ja przecież robiłem to, żebyśmy mieli gdzie mieszkać, kiedy rodzice przestali płacić.

Trzeci tydzień zamienił się w czwarty. Potem w piąty. „Chwila” rozciągnęła się jak guma do żucia, która traci smak, ale dalej się ją żuje, bo szkoda wypluć.

Zaczęły się drobiazgi, które wcale nie były drobiazgami. Moje jedzenie znikało z lodówki. Moje ręczniki były mokre, kiedy chciałem się wykąpać. Moje kubki stały brudne w zlewie, a kiedy prosiłem, żeby sprzątali po sobie, Ola patrzyła na mnie z politowaniem.

„Michał, ty masz jakąś obsesję na punkcie porządku.”

„Nie. Ja mam obsesję na punkcie tego, żeby nie żyć w chlewie.”

Bartek próbował łagodzić.

„Dobra, Ola, ogarnijmy trochę, co?”

A ona wtedy prychała.

„Ty zawsze stajesz po jego stronie.”

I nagle robiło się między nimi napięcie, które wypełniało całe mieszkanie. Czułem się jak dziecko, które siedzi w pokoju obok i słucha, jak rodzice się kłócą.

Najgorsze było to, że zaczęli traktować mnie jak przeszkodę. Jakby moje życie było niewygodnym meblem, który stoi nie tam, gdzie trzeba.

Pewnego dnia wróciłem wcześniej. Otworzyłem drzwi cicho, bo w mieszkaniu było dziwnie cicho. I wtedy usłyszałem ich głosy z mojego pokoju.

„Mówię ci, on i tak tu nie siedzi cały dzień” — mówiła Ola.

„Ale to jego pokój…” — Bartek brzmiał niepewnie.

„Jego, jego… Michał jest miękki. Jak mu powiesz, że potrzebujemy prywatności, to się zgodzi. A jak nie, to mama zadzwoni i go ustawi.”

Zamarłem w przedpokoju. Serce zaczęło mi walić tak, że aż poczułem puls w skroniach.

„Nie mów tak” — mruknął Bartek.

„A jak mam mówić? Przecież widzisz, jaki on jest. Wszystko liczy, wszystko pamięta. Jakbyśmy byli obcy.”

Obcy. To słowo uderzyło mnie mocniej niż jakakolwiek obelga.

Wszedłem do pokoju. Oni oboje podskoczyli. Ola szybko zamknęła laptop.

„O, jesteś” — powiedziała, jakby nic się nie stało.

„Słyszałem” — odpowiedziałem.

Bartek pobladł.

„Michał, to nie tak…”

„A jak?”

Ola wstała, skrzyżowała ręce.

„No dobra, skoro już jesteś taki wrażliwy, to powiem wprost. My potrzebujemy normalnych warunków. Jesteśmy małżeństwem. Ty masz swój pokój, my mamy kanapę. To jest chore.”

„To jest moje mieszkanie” — powtórzyłem, ale tym razem spokojniej, jakby we mnie coś zamarzło.

„I co z tego?” — Ola uniosła brwi. „Rodzina powinna sobie pomagać. A ty zachowujesz się jak… jak właściciel hotelu.”

„Bo nim jestem” — powiedziałem cicho. „Tylko że hotel bierze opłatę.”

Bartek zrobił krok w moją stronę.

„Michał, nie przesadzaj. Przecież wiesz, że oddam.”

„Kiedy?”

Milczał.

Wtedy zadzwonił telefon. Mama.

Odebrałem, bo zawsze odbierałem.

„Michałku, Bartek mówił, że robisz problemy” — zaczęła od razu, bez wstępu. „Synku, przecież to tylko na chwilę. Oni są młodzi, muszą stanąć na nogi.”

„Mamo, ta chwila trwa już prawie dwa miesiące.”

„No i co? Ty jesteś starszy, ty sobie poradzisz. Bartek ma teraz trudniej.”

„A ja?”

„Ty zawsze byłeś rozsądny.”

Rozsądny. Czyli taki, który ma zacisnąć zęby.

„Mamo, ja nie dam rady” — powiedziałem, a głos mi się załamał. „Ja pracuję, studiuję, wracam i nie mam gdzie odpocząć. Czuję się jak intruz.”

Po drugiej stronie zapadła cisza.

„Nie przesadzaj” — powiedziała w końcu, chłodniej. „Rodzina jest najważniejsza.”

Rozłączyłem się. Ręce mi drżały.

Ola patrzyła na mnie z triumfem.

„No widzisz? Mama ma rację.”

Wtedy coś we mnie pękło ostatecznie.

„Macie tydzień” — powiedziałem.

Bartek otworzył usta.

„Co?”

„Tydzień, żeby znaleźć coś swojego. Pokój, akademik, cokolwiek. Pomogę wam poszukać, mogę nawet pożyczyć trochę na kaucję, ale nie będę już żył w ten sposób.”

Ola wybuchła śmiechem, krótkim, ostrym.

„Ty? Pożyczysz? Z czego? Z tych twoich magazynowych pieniędzy?”

To było jak policzek.

Bartek spojrzał na nią ostro.

„Ola, przestań.”

„Nie, nie przestanę. Bo on się zachowuje jak egoista!”

„Egoista?” — powtórzyłem. „Ja przez lata dzieliłem z tobą wszystko, Bartek. Jedzenie, pokój, pieniądze, spokój. A teraz słyszę, że jestem miękki i że mama mnie ustawi.”

Bartek spuścił głowę.

„Przepraszam” — powiedział cicho. „Nie chciałem, żeby tak wyszło.”

„Ale wyszło.”

Przez ten tydzień atmosfera była jak przed burzą. Ola chodziła po mieszkaniu głośno, trzaskała szafkami, demonstracyjnie sprzątała „swoje” rzeczy, jakby to ona była ofiarą. Bartek milczał, wychodził na długie spacery, wracał późno. Raz usiadł ze mną w kuchni.

„Michał… ja naprawdę nie chciałem cię wykorzystać.”

„A wykorzystałeś.”

„Bo się bałem. Że nie dam rady. Że Ola mnie zostawi, jak nie będę miał nic.”

„I dlatego miałeś zabrać mi mój spokój?”

Łzy stanęły mu w oczach.

„Nie wiem, stary. Ja nie umiem tak jak ty. Ty zawsze wszystko ogarniasz.”

To zdanie, które kiedyś brzmiało jak pochwała, teraz zabrzmiało jak wyrok.

W końcu znaleźli pokój na wynajem na Pradze. Mały, z meblościanką i łóżkiem, które skrzypiało podobno przy każdym ruchu. Ola narzekała, że daleko, że brzydko, że „jak w PRL-u”. Bartek podpisał umowę, zapłaciłem im część kaucji, bo mimo wszystko nie umiałem patrzeć, jak toną.

W dniu wyprowadzki Ola nawet się ze mną nie pożegnała. Bartek stanął w drzwiach z torbą.

„Dzięki” — powiedział.

„Nie wiem, czy to było dobre dla mnie” — odpowiedziałem.

„Dla mnie było” — szepnął. „I chyba właśnie dlatego jest mi wstyd.”

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłem na podłodze w przedpokoju. Cisza była tak głośna, że aż bolały mnie uszy. Przez chwilę czułem ulgę, a potem przyszło coś gorszego: pustka i poczucie winy, które w naszej rodzinie było jak dziedziczna choroba.

Mama przez kilka dni nie dzwoniła. Potem zadzwoniła, jakby nic się nie stało.

„No i jak tam?”

„Cicho” — odpowiedziałem.

„Widzisz? Dało się.”

Dało się. Tylko że ja już nie byłem tym samym człowiekiem. Zrozumiałem, że bycie „rozsądnym” często oznacza bycie samotnym. Że pomaganie rodzinie bez granic kończy się tym, że przestajesz pomagać sobie.

Czasem Bartek pisze. Krótkie wiadomości: że znalazł pracę w sklepie, że Ola jest zła na wszystko, że jest ciężko. Nie proszą już o mieszkanie, ale ja wciąż czuję w sobie tamten lęk, że znów ktoś zapuka i powie: „ty przecież nie odmówisz”.

A ja… ja uczę się odmawiać. Uczę się mówić „to jest moje”. Uczę się, że miłość nie polega na tym, żeby dać się zjeść.

Czy wy też macie w rodzinie kogoś, komu zawsze się pomaga, bo „tak trzeba”, a potem zostaje tylko żal? Gdzie jest granica między sercem a naiwnością — i kto ją w ogóle ma prawo wyznaczać?