Wszystko spadło na mnie: Opowieść córki, która zawsze musiała być silna

— Znowu ty? — głos mamy był słaby, ale wciąż miał w sobie tę nutę wyrzutu, którą pamiętałam z dzieciństwa. Stałam w progu jej pokoju z miską zupy, a w środku czułam się jak dziecko przyłapane na czymś złym.

— Tak, mamo. Przyniosłam ci obiad — odpowiedziałam cicho, starając się nie pokazać, jak bardzo jestem zmęczona.

Mieszkanie pachniało lekarstwami i starym kurzem. Wszędzie leżały gazety, których mama nie chciała wyrzucić, bo „jeszcze się przydadzą”. Przez okno wpadało blade światło marcowego popołudnia. W kuchni czekała sterta naczyń, a ja wiedziałam, że zanim wrócę do siebie, miną jeszcze co najmniej trzy godziny.

— A Bartek? — zapytała nagle mama, jakby przypomniała sobie o istnieniu mojego brata.

Zacisnęłam zęby. Bartek. Zawsze był jej ulubieńcem. To jemu kupowano nowe buty, to jemu wybaczano wagary i rozbite kolana. Ja miałam być tą „rozsądną”, „pomocną”, „nie sprawiającą problemów”. Teraz Bartek mieszkał w Warszawie, miał własną firmę i wiecznie brakowało mu czasu.

— Bartek dzwonił wczoraj. Mówił, że ma dużo pracy — odpowiedziałam, starając się nie zabrzmieć zbyt gorzko.

Mama westchnęła i spojrzała przez okno. — On zawsze taki zajęty…

Chciałam krzyknąć: „A ja? Ja nie mam pracy? Nie mam życia?” Ale tylko postawiłam miskę na stoliku i zaczęłam ją karmić. Ręce jej drżały. Kiedyś były silne — pamiętam, jak podnosiła mnie bez wysiłku, jak piekła ciasta na święta i śmiała się głośno. Teraz była cieniem tamtej kobiety.

Po obiedzie posprzątałam kuchnię i łazienkę. W łazience znalazłam kolejną mokrą plamę na podłodze — mama coraz częściej nie zdążała do toalety. Zmieniłam jej pościel, uprałam rzeczy i przygotowałam leki na wieczór. Wszystko robiłam automatycznie, jakbym była pielęgniarką, a nie córką.

Wieczorem wróciłam do swojego mieszkania. Włączyłam telefon — trzy nieodebrane połączenia od Bartka.

— Cześć, siostra! — usłyszałam jego beztroski głos. — Jak tam mama?

— Jak zwykle — odpowiedziałam chłodno. — Potrzebuje opieki. Może mógłbyś przyjechać w weekend?

— Oj, wiesz… Mamy ważny projekt w firmie. Ale może za dwa tygodnie? Przeleję ci coś na konto, żebyś mogła wynająć opiekunkę.

Zacisnęłam pięści. — To nie chodzi tylko o pieniądze! Ona chce cię zobaczyć!

Bartek westchnął. — Zawsze byłaś taka odpowiedzialna… Ja po prostu nie umiem się tym zająć. Ty zawsze dawałaś radę.

Rozłączyłam się bez słowa. Przez chwilę siedziałam w ciemności, słuchając własnego oddechu. Dlaczego wszystko zawsze spadało na mnie? Dlaczego to ja musiałam być silna?

Przypomniałam sobie dzieciństwo. Mama zawsze mówiła: „Ty jesteś starsza, musisz ustąpić Bartkowi”. Kiedy rozbił szybę piłką, to ja dostawałam karę za to, że „nie dopilnowałam brata”. Kiedy płakał, to ja miałam go pocieszać. Nawet teraz, kiedy dorosłam i mam własne życie, nadal jestem tą odpowiedzialną.

W pracy coraz częściej słyszę: „Wyglądasz na zmęczoną”. Szefowa patrzy na mnie z troską, koleżanki pytają, czy wszystko w porządku. Ale nikt nie rozumie tego ciężaru — tej odpowiedzialności za drugiego człowieka, która nie daje spać po nocach.

Czasem myślę o tym, żeby po prostu wyjechać. Zostawić wszystko i zacząć od nowa gdzieś daleko — może w Gdańsku albo nawet za granicą. Ale potem przypominam sobie mamę: jej drżące ręce, ciche „dziękuję”, kiedy podaję jej herbatę. I zostaję.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka Zosia.

— Aniu, musisz trochę odpocząć! Nie możesz wszystkiego brać na siebie!

— A kto się nią zajmie? Bartek? — zapytałam z goryczą.

Ciotka westchnęła ciężko. — On zawsze był inny… Ale ty też masz prawo do życia.

Zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od miesięcy pozwoliłam sobie na łzy.

Kilka dni później Bartek przyjechał. Wszedł do mieszkania mamy z szerokim uśmiechem i bukietem kwiatów.

— Cześć, mamo! — zawołał radośnie.

Mama rozpromieniła się jak dziecko. Przez chwilę patrzyłam na nich z boku i poczułam ukłucie zazdrości. On był tym dobrym synem, nawet jeśli pojawiał się raz na miesiąc.

Po godzinie Bartek już się zbierał.

— Muszę lecieć! Mam spotkanie online! — rzucił przez ramię.

Zostałam sama z mamą i jej smutnym spojrzeniem wbitym w drzwi.

Wieczorem zadzwonił Bartek.

— Aniu… Przepraszam. Wiem, że wszystko jest na twojej głowie. Ale ja naprawdę nie potrafię…

Nie odpowiedziałam nic. Bo co mogłam powiedzieć?

Czasem zastanawiam się: czy gdybym była inna — mniej odpowiedzialna, bardziej egoistyczna — czy wtedy ktoś inny przejąłby ten ciężar? Czy miłość i obowiązek zawsze muszą być tak nierówno rozdzielone?

Może to właśnie jest moje przeznaczenie: być tą silną córką, która nigdy nie zawodzi?

A wy? Czy też czuliście kiedyś ten ciężar samotnej odpowiedzialności? Czy naprawdę można nauczyć się prosić o pomoc?